Numer 8(374)    Sierpień 2016Numer 8(374)    Sierpień 2016
fot.Jarosław Charkiewicz
Bez literatury nie będzie cywilizacji
Anna Radziukiewicz
Anna Radziukiewicz: – Mieszka Pan w Banja Luce.
Zoran Kostič: – Tak, w stolicy Republiki Serbskiej, będącej częścią Bośni i Hercegowiny. Urodziłem się jednak w 1948 roku w Cetynii, wtedy stolicy Czarnogóry. Ojciec był ministrem przemysłu w tej jugosłowiańskiej republice. To zaważyło na moim całym dzieciństwie. Gdy miałem rok, ojca aresztowano. Był to czas, kiedy drogi Stalina i Josipa Broz Tito rozeszły się definitywnie. Dzieciństwo upłynęło mi bez ojca. Bardzo cierpieliśmy. Baliśmy się najgorszego, że przyjdzie informacja o śmierci ojca. W obozie, w którym przebywał, zmarło 20 tysięcy ludzi, a istniała ich cała sieć. Ojciec wrócił z obozu po dziesięciu latach.
– Opuściliście Czarnogórę?
– Dopiero wtedy, gdy miałem 17 lat. Zamieszkaliśmy w Kruševacu, dawnej stolicy Serbii.
– Czarnogóra zaczęła się zmieniać dopiero, gdy zaczęły się wojny bałkańskie w latach 90. minionego wieku?
– Zmieniała się na moich oczach jako dziecka. My jako rodzina czuliśmy się Serbami. Czarnogórę i ziemie obecnej Serbii przez stulecia zamieszkiwał ten sam naród. Ale jakimś siłom zależało, by ten naród dzielić, wyodrębnić Czarnogórców. Wprowadzono na przykład do alfabetu dwie litery, wskazując na różnice językowe.
– Podobnie jak Chorwaci.
– I podobnie jak czynią to dziś Ukraińcy, podkreślając wszystko, co ich różni od narodu rosyjskiego.
– Dalej był Belgrad?
– W Belgradzie mieszkałem 33 lata. Tam ukończyłem studia filologiczne, koncentrując się na literaturze światowej, nosząc ciągle na plecach brzemię pochodzenia z „takiej” rodziny. Ojciec już nigdy nie pracował zawodowo.
– Twórca ma zwykle swoją duchową ojczyznę. A Pana ojczyzna?
– Od zawsze jest nią literatura rosyjska i nasza serbska, która niebywale podniosła swój poziom w okresie międzywojennym.
– Dlaczego wtedy?
– Po rewolucji październikowej ruszyła z Rosji do Serbii ogromna fala białej emigracji. Sprawiła ona, że w okresie międzywojennym ożyła u nas powieść i poezja. Co czwarty mieszkaniec Belgradu był Rosjaninem. Dla rosyjskiej emigracji Belgrad stał się jej zagraniczną stolicą.
– Co wam pozostawiła ta emigracja oprócz literatury?
– Podniosła poziom szkolnictwa. Wielu profesorów rosyjskich uniwersytetów pracowało w szkołach Serbii i Czarnogóry, czyli w prawosławnych krajach. Wydźwignęła teatr na profesjonalny poziom. Założyła balet. Z tej żyznej gleby i ja wyrastam.
– Wydając swoje plony.
– Zajmując się choćby od czterdziestu lat Puszkinem, przekładając jego poematy, wiersze, bajki. Tłumaczyłem też na serbski utwory innych rosyjskich poetów. W sumie ukazało się piętnaście książek, zawierających moje przekłady rosyjskiej literatury. Jako ostatnia antologia ruskiej i rosyjskiej poezji, zawierająca utwory pisane od XI do XXI wieku.
– To ogromna praca!
– Tak. Milenijna. Zawiera utwory około czterystu poetów.
– Przekłady rosyjskiej poezji stały się szkołą dla poetów serbskich?
– Oczywiście! Od XIX wieku na tych przekładach uczyli się nasi poeci. To dzięki przekładom z rosyjskiego, dokonanym przez znakomitego serbskiego poetę XIX wieku, Lazę Kosticia, do naszej poezji został wprowadzony jamb, bardzo pasujący do struktury serbskiego języka.
– Jest Pan też poetą i dramaturgiem.
– Pierwsze wiersze i opowiadania publikowałem w wieku 16 lat. Niestety, gdy mieszkałem w Belgradzie, silne uderzono mnie po palcach. W 1974 roku uchwalono w Jugosławii nową konstytucję. Krytykowałem ją. Napisałem na ten temat kilka tekstów, między innymi „Państwowa podstawa rozpadu państwa”.
– Wtedy przewidział Pan obecnie trwający proces?
– Nie trzeba było być jasnowidzem. Konstytucja dawała podstawy do autonomii Kosowa i Metochii oraz Wojewodiny. Sprzyjała rozpadowi Jugosławii w latach 90. Po tamtych tekstach aresztowano mnie, na szczęście tylko na trzy miesiące. Wypuszczono z zakazem publikacji. Tamten czas poświęciłem głównie na przekłady, również polskich poetów – Leśmiana, Staffa, Tuwima, Gałczyńskiego, Jastruna, Miłosza, Szymborskiej i wielu innych. Pisałem też własne wiersze, dramaty i opowiadania, ale do szuflady. To nie było złe. Horacy uczył młodych poetów: Niech twoje wiersze poleżą dziewięć lat, zanim udostępnisz je innym. Moje leżały jedenaście. Po śmierci Tito wyszły zbiory mojej poezji i dramatów, od razu w wielkich nakładach. Pewne wydania wznawiano. Literatura pozostawała wtedy w centrum uwagi. Teraz znalazła się na peryferiach naszych zainteresowań, a nawet poza nimi. Literatura utraciła swoją pozycję, jak i cała kultura.
– Dlaczego?
– Przy Tito nastąpiło polityczne oderwanie się Jugosławii od Związku Radzieckiego. Za tym poszło także oderwanie od rosyjskiej i radzieckiej kultury. Nastąpił ostry zwrot Jugosławii na Zachód. Jugosławia chłonęła zachodnie prądy, wtedy modernę i postmodernę. To nie było estetyczne zwycięstwo Zachodu, a ideologiczne. Zaczęliśmy biec za Zachodem.
– Co z tego wynikało dla literatury?
– Była zatruwana. I traciła słowiańskie korzenie. Zbliżając się w końcu lat 50. i na początku 60. do zachodnich prądów, nasi literaci trafili na pustkę, na jakieś resztki poetyckich możliwości. Najwyższym obrazem języka jest poezja. Na Zachodzie wielka poezja kończy się 150 lat temu. Poezja w Europie zachodniej umarła. Jej nie ma.
– A w Rosji?
– Współczesnego języka rosyjskiego też nie sposób uważać za język poetycki.
– Tunel bez wyjścia?
– Zaczyna się już u nas pojmować istotę tego groźnego procesu i wracać do poezji. Czynią to młodzi poeci.
– Przetrwamy?
– Bóg wie, czy przetrwamy ten proces globalizacji w literaturze. Globalizacja to walka przeciwko wszystkiemu, co zostało wykute przez tradycję – w rodzinie, społeczeństwie ale także w literaturze. Nastąpił rozpad państwa, wkroczyliśmy w dziki materializm. Trzymamy się jeszcze resztek narodowej pamięci i tradycji. Czy ocalejemy?
– Przekładał Pan polską literaturę. Tamte kontakty zrodziły przyjaźnie?
– Tak. Ale niestety wszyscy moi polscy przyjaciele natychmiast się odwrócili, gdy w latach 90. zaczęła się wojna na Bałkanach. Oni osądzili Serbów. Poczuli do nas nienawiść. Pytaliśmy: Co się stało? Byliście naszymi gośćmi. Teraz taka sama sytuacja jest na Ukrainie. Historia się powtarza. U prawosławnych Słowian jakoś nie obserwuję tej cechy nienawiści, która potrafi z dnia na dzień zatruć przyjaźnie, trwające dziesiątki lat. Nie obserwuję jej u Serbów, Rosjan, Białorusinów, ale także u Czechów.
– A Chorwaci?
– Oni nawet odrzucają swoją słowiańskość. Szukają sobie innej genezy, podobnie jak ukraińscy majdanowcy.
– Po titowowskim okresie zapatrzenia na Zachód, odradzają się związki Serbii z Rosją. Widzę to.
– I tak jest. Proces zaczął się w latach 90. Wtedy powstało towarzystwo przyjaźni serbsko-rosyjskiej – byłem jego sekretarzem – choć czas nam wtedy nie sprzyjał. Rządzili Związkiem Radzieckim, potem Rosją, Gorbaczow i Jelcyn. Mieli oni wpływ i na tragiczną sytuację na Bałkanach. Z towarzystwem związany jest znakomity rosyjski człowiek nauki i kultury, slawista Nikita Tołstoj, rosyjscy pisarze Jurij Łaszczycki i Walentin Rasputin. To są cudowne kontakty. Oni wspierali nas moralnie podczas wojny. Przygotowywaliśmy wspólne programy kulturalne. Wiele razy byłem w Rosji.
– Aż wreszcie przeprowadził się Pan do Moskwy.
– To było w 1994 roku. Dwa lata wcześniej w Nowym Sadzie w Serbii odbywał się międzynarodowy festiwal filmowy Złoty Witeź. Byłem dyrektorem artystycznym festiwalu. Przyjechała wtedy do nas znana rosyjska aktorka teatru Moskiewskiego Artystycznego Teatru Akademickiego im. Gorkiego (MChaT) Jelena Trepietowa. Otrzymała nagrodę za najlepszą rolę żeńską. Pobraliśmy się. Przeprowadziłem się do Moskwy. Pracowałem w wydawnictwie. Przyjęto mnie do Związku Pisarzy Rosji. Był to dla mnie ogromny zaszczyt. Stałem się pierwszym obcokrajowcem, przyjętym do tego związku po rewolucji październikowej. Dzięki temu organizowano mi wiele twórczych wieczorów. Odwiedziłem ponad trzydzieści miast. Rosję poznałem lepiej niż moja żona.
– W Pana dramatach również widać związki serbsko-rosyjskie.
– W każdym. Są to związki historyczne. U mnie nawet poezja opiera się na historycznej glebie tych związków, a proza szczególnie.
– Pana dramaty są nagradzane prestiżowymi nagrodami. Cieszą się one w Serbii popularnością?
– Nie mogą się cieszyć. Trzy z nich cenzura zdjęła z desek teatru. Serbia, zwłaszcza Republika Serbska, nie są wolnymi krajami. Wszystko, kultura szczególnie, jest kontrolowane przez tak zwaną międzynarodową społeczność. Jedno z przedstawień zdjęto tuż przed premierą, do której przygotowywano się dwa miesiące. W obowiązujące politycznej idei nie mieści się zwłaszcza „Droga do Carogrodu”. W trybunale w Hadze sądzono jeden naród – Serbów i jego lidera Miloszewicza. W moim dramacie sądzi się prawosławnych Słowian, czyli wiele narodów. Ożywają woskowe figury postaci ważnych dla tych narodów. Są sądzone za to, że chcą odbudować Carogród, czyli Konstantynopol.
– Wystawiono gdzieś „Drogę do Carogrodu”?
– W Mińsku, w jednym z wiodących teatrów. Dramat był grany bardzo długo, przez kilka lat. Jeszcze w ubiegłym roku nie schodził ze sceny. Pokazywano go na międzynarodowych festiwalach, na których otrzymał wiele prestiżowych nagród. Niestety, w mojej ojczyźnie nie można go obejrzeć.
– Ale grany jest w Pana ojczyźnie pański dramat „Trzynasty dzień”.
– Tak, przez wiele lat wystawiany był w Belgradzie i Banja Luce. Niebawem lecę do Irkucka na jego premierę, przygotowaną przez tamtejszy teatr. Interesuje mnie jego percepcja w tamtym zauralskim mieście.
– Fabułę tego dramatu oparł Pan…
– … na losach rosyjskiego pułkownika Mikołaja Rajeckiego. Zginął on w 1876 roku na serbskiej ziemi, dowodząc rosyjskimi ochotnikami, którzy razem z Serbami stanęli do boju przeciwko Turkom, w trzynastym dniu po przybyciu do Serbii. Rajecki stał się prototypem Wrońskiego, tołstojowskiego bohatera powieści „Anna Karenina”. Prześledziłem obie biografie – historyczną i literacką i stworzyłem swego bohatera.
– Pana poezja jest także tłumaczona na język rosyjski.
– W ostatnich 10-15 latach pojawiają się antologie poezji serbskiej tłumaczone na rosyjski. W jednej z nich zamieszczono siedemdziesiąt moich wierszy.
– Czy zna Pan białoruskiego serbistę profesora Iwana Czarotę? Jest on przyjacielem naszej redakcji.
– Znam go od lat osiemdziesiątych. Jest członkiem Związku Pisarzy Serbii i Serbskiej Akademii Nauk. Dawał wykłady na filologicznym fakultecie w Belgradzie. W Banja Luce, na wydziale filologicznym uniwersytetu, gdzie od pięciu lat prowadzę seminarium przekładu literatury rosyjskiej na serbski, też bardzo cenimy Iwana Czarotę. Dwa razy byłem gościem uniwersytetu w Mińsku, w którym pracuje.
– Proszę wyjaśnić, jak znalazł się Pan w Banja Luce. Była Moskwa…
– W Moskwie pracowałem jako wydawca. Żona grała. Urodziła nam się córka. Rząd Republiki Serbskiej zaproponował nam, byśmy zorganizowali dni serbskie w Moskwie. Wyruszyliśmy więc do Banja Luki. Spotykaliśmy się z pisarzami, poetami, ludźmi teatru i folkloru. Mija miesiąc. Dobrze idą przygotowania. W 1999 roku rozpoczyna się bombardowanie Serbii. Wszystko się zatrzymało – pociągi, samoloty i nasze życie. Dni kultury w Moskwie nigdy się nie odbyły. Nie mieliśmy jak wrócić do Moskwy.
– To był ból żony-aktorki?
– Musiała opuścić prestiżowy moskiewski teatr. Uczyła się serbskiego. Wtedy właśnie założono w Banja Luce instytut teatralny. Tam wykłada, jednocześnie gra w teatrze. Wykształciła wielu wspaniałych aktorów. Za swoją grę otrzymała wiele prestiżowych międzynarodowych nagród. Nie znam drugiego dwujęzycznego aktora rosyjsko-serbskiego, który z takim sukcesem jak Lena grałby na scenie. Teraz ze swoją byłą uczennicą przygotowuje dramat, grany przez dwie aktorki, o rosyjskiej poetce Annie Achmatowej i serbskiej Maksymowicz. Obie się znały. W pociągu Kijów – Moskwa w 1959 roku nastąpiło potajemne spotkanie się obu wybitnych poetek. Achmatowa tylko trzy lata spędziła przed śmiercią na wolności. Spektakl opowiada właśnie o tym spotkaniu. Na pewno będzie pokazywany na wielu międzynarodowych festiwalach.
– Mówi Pan, że literatura znajduje się dziś na peryferiach życia a nawet poza nimi. Można ją czymś zastąpić?
– Niczym jej nie zastąpisz. Nie mamy innego wyjścia, tylko powoli zwracać literaturze należne jej miejsce. Bez literatury, bez książki nie będzie cywilizacji. Ona jest niemożliwa. Internet nie zastąpi książki.
– Dziękuję bardzo za rozmowę,

fot. Anna RadziukiewiczAnna Radziukiewicz: – Mieszka Pan w Banja Luce.
Zoran Kostič: – Tak, w stolicy Republiki Serbskiej, będącej częścią Bośni i Hercegowiny. Urodziłem się jednak w 1948 roku w Cetynii, wtedy stolicy Czarnogóry. Ojciec był ministrem przemysłu w tej jugosłowiańskiej republice. To zaważyło na moim całym dzieciństwie. Gdy miałem rok, ojca aresztowano. Był to czas, kiedy drogi Stalina i Josipa Broz Tito rozeszły się definitywnie. Dzieciństwo upłynęło mi bez ojca. Bardzo cierpieliśmy. Baliśmy się najgorszego, że przyjdzie informacja o śmierci ojca. W obozie, w którym przebywał, zmarło 20 tysięcy ludzi, a istniała ich cała sieć. Ojciec wrócił z obozu po dziesięciu latach.
– Opuściliście Czarnogórę?
– Dopiero wtedy, gdy miałem 17 lat. Zamieszkaliśmy w Kruševacu, dawnej stolicy Serbii.
– Czarnogóra zaczęła się zmieniać dopiero, gdy zaczęły się wojny bałkańskie w latach 90. minionego wieku?
– Zmieniała się na moich oczach jako dziecka. My jako rodzina czuliśmy się Serbami. Czarnogórę i ziemie obecnej Serbii przez stulecia zamieszkiwał ten sam naród. Ale jakimś siłom zależało, by ten naród dzielić, wyodrębnić Czarnogórców. Wprowadzono na przykład do alfabetu dwie litery, wskazując na różnice językowe.
– Podobnie jak Chorwaci.
– I podobnie jak czynią to dziś Ukraińcy, podkreślając wszystko, co ich różni od narodu rosyjskiego.
– Dalej był Belgrad?
– W Belgradzie mieszkałem 33 lata. Tam ukończyłem studia filologiczne, koncentrując się na literaturze światowej, nosząc ciągle na plecach brzemię pochodzenia z „takiej” rodziny. Ojciec już nigdy nie pracował zawodowo.
– Twórca ma zwykle swoją duchową ojczyznę. A Pana ojczyzna?
– Od zawsze jest nią literatura rosyjska i nasza serbska, która niebywale podniosła swój poziom w okresie międzywojennym.
– Dlaczego wtedy?
– Po rewolucji październikowej ruszyła z Rosji do Serbii ogromna fala białej emigracji. Sprawiła ona, że w okresie międzywojennym ożyła u nas powieść i poezja. Co czwarty mieszkaniec Belgradu był Rosjaninem. Dla rosyjskiej emigracji Belgrad stał się jej zagraniczną stolicą.
– Co wam pozostawiła ta emigracja oprócz literatury?
– Podniosła poziom szkolnictwa. Wielu profesorów rosyjskich uniwersytetów pracowało w szkołach Serbii i Czarnogóry, czyli w prawosławnych krajach. Wydźwignęła teatr na profesjonalny poziom. Założyła balet. Z tej żyznej gleby i ja wyrastam.
– Wydając swoje plony.
– Zajmując się choćby od czterdziestu lat Puszkinem, przekładając jego poematy, wiersze, bajki. Tłumaczyłem też na serbski utwory innych rosyjskich poetów. W sumie ukazało się piętnaście książek, zawierających moje przekłady rosyjskiej literatury. Jako ostatnia antologia ruskiej i rosyjskiej poezji, zawierająca utwory pisane od XI do XXI wieku.
– To ogromna praca!
– Tak. Milenijna. Zawiera utwory około czterystu poetów.
– Przekłady rosyjskiej poezji stały się szkołą dla poetów serbskich?
– Oczywiście! Od XIX wieku na tych przekładach uczyli się nasi poeci. To dzięki przekładom z rosyjskiego, dokonanym przez znakomitego serbskiego poetę XIX wieku, Lazę Kosticia, do naszej poezji został wprowadzony jamb, bardzo pasujący do struktury serbskiego języka.
– Jest Pan też poetą i dramaturgiem.
– Pierwsze wiersze i opowiadania publikowałem w wieku 16 lat. Niestety, gdy mieszkałem w Belgradzie, silne uderzono mnie po palcach. W 1974 roku uchwalono w Jugosławii nową konstytucję. Krytykowałem ją. Napisałem na ten temat kilka tekstów, między innymi „Państwowa podstawa rozpadu państwa”.
– Wtedy przewidział Pan obecnie trwający proces?
– Nie trzeba było być jasnowidzem. Konstytucja dawała podstawy do autonomii Kosowa i Metochii oraz Wojewodiny. Sprzyjała rozpadowi Jugosławii w latach 90. Po tamtych tekstach aresztowano mnie, na szczęście tylko na trzy miesiące. Wypuszczono z zakazem publikacji. Tamten czas poświęciłem głównie na przekłady, również polskich poetów – Leśmiana, Staffa, Tuwima, Gałczyńskiego, Jastruna, Miłosza, Szymborskiej i wielu innych. Pisałem też własne wiersze, dramaty i opowiadania, ale do szuflady. To nie było złe. Horacy uczył młodych poetów: Niech twoje wiersze poleżą dziewięć lat, zanim udostępnisz je innym. Moje leżały jedenaście. Po śmierci Tito wyszły zbiory mojej poezji i dramatów, od razu w wielkich nakładach. Pewne wydania wznawiano. Literatura pozostawała wtedy w centrum uwagi. Teraz znalazła się na peryferiach naszych zainteresowań, a nawet poza nimi. Literatura utraciła swoją pozycję, jak i cała kultura.
– Dlaczego?
– Przy Tito nastąpiło polityczne oderwanie się Jugosławii od Związku Radzieckiego. Za tym poszło także oderwanie od rosyjskiej i radzieckiej kultury. Nastąpił ostry zwrot Jugosławii na Zachód. Jugosławia chłonęła zachodnie prądy, wtedy modernę i postmodernę. To nie było estetyczne zwycięstwo Zachodu, a ideologiczne. Zaczęliśmy biec za Zachodem.
– Co z tego wynikało dla literatury?
– Była zatruwana. I traciła słowiańskie korzenie. Zbliżając się w końcu lat 50. i na początku 60. do zachodnich prądów, nasi literaci trafili na pustkę, na jakieś resztki poetyckich możliwości. Najwyższym obrazem języka jest poezja. Na Zachodzie wielka poezja kończy się 150 lat temu. Poezja w Europie zachodniej umarła. Jej nie ma.
– A w Rosji?
– Współczesnego języka rosyjskiego też nie sposób uważać za język poetycki.
– Tunel bez wyjścia?
– Zaczyna się już u nas pojmować istotę tego groźnego procesu i wracać do poezji. Czynią to młodzi poeci.
– Przetrwamy?
– Bóg wie, czy przetrwamy ten proces globalizacji w literaturze. Globalizacja to walka przeciwko wszystkiemu, co zostało wykute przez tradycję – w rodzinie, społeczeństwie ale także w literaturze. Nastąpił rozpad państwa, wkroczyliśmy w dziki materializm. Trzymamy się jeszcze resztek narodowej pamięci i tradycji. Czy ocalejemy?
– Przekładał Pan polską literaturę. Tamte kontakty zrodziły przyjaźnie?
– Tak. Ale niestety wszyscy moi polscy przyjaciele natychmiast się odwrócili, gdy w latach 90. zaczęła się wojna na Bałkanach. Oni osądzili Serbów. Poczuli do nas nienawiść. Pytaliśmy: Co się stało? Byliście naszymi gośćmi. Teraz taka sama sytuacja jest na Ukrainie. Historia się powtarza. U prawosławnych Słowian jakoś nie obserwuję tej cechy nienawiści, która potrafi z dnia na dzień zatruć przyjaźnie, trwające dziesiątki lat. Nie obserwuję jej u Serbów, Rosjan, Białorusinów, ale także u Czechów.
– A Chorwaci?
– Oni nawet odrzucają swoją słowiańskość. Szukają sobie innej genezy, podobnie jak ukraińscy majdanowcy.
– Po titowowskim okresie zapatrzenia na Zachód, odradzają się związki Serbii z Rosją. Widzę to.
– I tak jest. Proces zaczął się w latach 90. Wtedy powstało towarzystwo przyjaźni serbsko-rosyjskiej – byłem jego sekretarzem – choć czas nam wtedy nie sprzyjał. Rządzili Związkiem Radzieckim, potem Rosją, Gorbaczow i Jelcyn. Mieli oni wpływ i na tragiczną sytuację na Bałkanach. Z towarzystwem związany jest znakomity rosyjski człowiek nauki i kultury, slawista Nikita Tołstoj, rosyjscy pisarze Jurij Łaszczycki i Walentin Rasputin. To są cudowne kontakty. Oni wspierali nas moralnie podczas wojny. Przygotowywaliśmy wspólne programy kulturalne. Wiele razy byłem w Rosji.
– Aż wreszcie przeprowadził się Pan do Moskwy.
– To było w 1994 roku. Dwa lata wcześniej w Nowym Sadzie w Serbii odbywał się międzynarodowy festiwal filmowy Złoty Witeź. Byłem dyrektorem artystycznym festiwalu. Przyjechała wtedy do nas znana rosyjska aktorka teatru Moskiewskiego Artystycznego Teatru Akademickiego im. Gorkiego (MChaT) Jelena Trepietowa. Otrzymała nagrodę za najlepszą rolę żeńską. Pobraliśmy się. Przeprowadziłem się do Moskwy. Pracowałem w wydawnictwie. Przyjęto mnie do Związku Pisarzy Rosji. Był to dla mnie ogromny zaszczyt. Stałem się pierwszym obcokrajowcem, przyjętym do tego związku po rewolucji październikowej. Dzięki temu organizowano mi wiele twórczych wieczorów. Odwiedziłem ponad trzydzieści miast. Rosję poznałem lepiej niż moja żona.
– W Pana dramatach również widać związki serbsko-rosyjskie.
– W każdym. Są to związki historyczne. U mnie nawet poezja opiera się na historycznej glebie tych związków, a proza szczególnie.
– Pana dramaty są nagradzane prestiżowymi nagrodami. Cieszą się one w Serbii popularnością?
– Nie mogą się cieszyć. Trzy z nich cenzura zdjęła z desek teatru. Serbia, zwłaszcza Republika Serbska, nie są wolnymi krajami. Wszystko, kultura szczególnie, jest kontrolowane przez tak zwaną międzynarodową społeczność. Jedno z przedstawień zdjęto tuż przed premierą, do której przygotowywano się dwa miesiące. W obowiązujące politycznej idei nie mieści się zwłaszcza „Droga do Carogrodu”. W trybunale w Hadze sądzono jeden naród – Serbów i jego lidera Miloszewicza. W moim dramacie sądzi się prawosławnych Słowian, czyli wiele narodów. Ożywają woskowe figury postaci ważnych dla tych narodów. Są sądzone za to, że chcą odbudować Carogród, czyli Konstantynopol.
– Wystawiono gdzieś „Drogę do Carogrodu”?
– W Mińsku, w jednym z wiodących teatrów. Dramat był grany bardzo długo, przez kilka lat. Jeszcze w ubiegłym roku nie schodził ze sceny. Pokazywano go na międzynarodowych festiwalach, na których otrzymał wiele prestiżowych nagród. Niestety, w mojej ojczyźnie nie można go obejrzeć.
– Ale grany jest w Pana ojczyźnie pański dramat „Trzynasty dzień”.
– Tak, przez wiele lat wystawiany był w Belgradzie i Banja Luce. Niebawem lecę do Irkucka na jego premierę, przygotowaną przez tamtejszy teatr. Interesuje mnie jego percepcja w tamtym zauralskim mieście.
– Fabułę tego dramatu oparł Pan…
– … na losach rosyjskiego pułkownika Mikołaja Rajeckiego. Zginął on w 1876 roku na serbskiej ziemi, dowodząc rosyjskimi ochotnikami, którzy razem z Serbami stanęli do boju przeciwko Turkom, w trzynastym dniu po przybyciu do Serbii. Rajecki stał się prototypem Wrońskiego, tołstojowskiego bohatera powieści „Anna Karenina”. Prześledziłem obie biografie – historyczną i literacką i stworzyłem swego bohatera.
– Pana poezja jest także tłumaczona na język rosyjski.
– W ostatnich 10-15 latach pojawiają się antologie poezji serbskiej tłumaczone na rosyjski. W jednej z nich zamieszczono siedemdziesiąt moich wierszy.
– Czy zna Pan białoruskiego serbistę profesora Iwana Czarotę? Jest on przyjacielem naszej redakcji.
– Znam go od lat osiemdziesiątych. Jest członkiem Związku Pisarzy Serbii i Serbskiej Akademii Nauk. Dawał wykłady na filologicznym fakultecie w Belgradzie. W Banja Luce, na wydziale filologicznym uniwersytetu, gdzie od pięciu lat prowadzę seminarium przekładu literatury rosyjskiej na serbski, też bardzo cenimy Iwana Czarotę. Dwa razy byłem gościem uniwersytetu w Mińsku, w którym pracuje.
– Proszę wyjaśnić, jak znalazł się Pan w Banja Luce. Była Moskwa…
– W Moskwie pracowałem jako wydawca. Żona grała. Urodziła nam się córka. Rząd Republiki Serbskiej zaproponował nam, byśmy zorganizowali dni serbskie w Moskwie. Wyruszyliśmy więc do Banja Luki. Spotykaliśmy się z pisarzami, poetami, ludźmi teatru i folkloru. Mija miesiąc. Dobrze idą przygotowania. W 1999 roku rozpoczyna się bombardowanie Serbii. Wszystko się zatrzymało – pociągi, samoloty i nasze życie. Dni kultury w Moskwie nigdy się nie odbyły. Nie mieliśmy jak wrócić do Moskwy.
– To był ból żony-aktorki?
– Musiała opuścić prestiżowy moskiewski teatr. Uczyła się serbskiego. Wtedy właśnie założono w Banja Luce instytut teatralny. Tam wykłada, jednocześnie gra w teatrze. Wykształciła wielu wspaniałych aktorów. Za swoją grę otrzymała wiele prestiżowych międzynarodowych nagród. Nie znam drugiego dwujęzycznego aktora rosyjsko-serbskiego, który z takim sukcesem jak Lena grałby na scenie. Teraz ze swoją byłą uczennicą przygotowuje dramat, grany przez dwie aktorki, o rosyjskiej poetce Annie Achmatowej i serbskiej Maksymowicz. Obie się znały. W pociągu Kijów – Moskwa w 1959 roku nastąpiło potajemne spotkanie się obu wybitnych poetek. Achmatowa tylko trzy lata spędziła przed śmiercią na wolności. Spektakl opowiada właśnie o tym spotkaniu. Na pewno będzie pokazywany na wielu międzynarodowych festiwalach.
– Mówi Pan, że literatura znajduje się dziś na peryferiach życia a nawet poza nimi. Można ją czymś zastąpić?
– Niczym jej nie zastąpisz. Nie mamy innego wyjścia, tylko powoli zwracać literaturze należne jej miejsce. Bez literatury, bez książki nie będzie cywilizacji. Ona jest niemożliwa. Internet nie zastąpi książki.
– Dziękuję bardzo za rozmowę,

fot. Anna Radziukiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token