Numer 9(375)    Wrzesień 2016Numer 9(375)    Wrzesień 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Nikt jak Bóg
Ałla Matreńczyk
Był 2013 rok, ostatnia niedziela lipca. W skromnej cerkiewce, żartobliwie nazywanej przez siostry soborem, trwała Liturgia. Przybyło na nią tak ze stu wiernych, wśród nich osoba, która od dwóch lat zmagała się z ciężką chorobą. Była tu nie po raz pierwszy, dobrze znała Zaleszany, a historię o tym, jak oddział Burego zamordował jej szesnastu mieszkańców, w tym pięcioro dzieci, słyszała nieraz. Przyszła tu ze swoją biedą, bo w tym stadium choroby pozostawała tylko modlitwa…
Nagle podczas kanonu eucharystycznego, gdy chór zaczął śpiewać Miłost’ mira, ujrzała niezwykłe zjawisko. Na dużej ikonie Matki Bożej, znajdującej się po lewej stronie cerkiewki, dostrzegła jeszcze większy wizerunek rozpościerającej swój omofor Bogarodzicy. Widzenie trwało może z dziesięć minut, do Dostojno jest’, zdołała mu się więc dokładnie przyjrzeć. Bogarodzicę otaczało siedmiu aniołów z krzyżami w rękach, u jej stóp widniał płonący dom z jednej strony i troje maleńkich dzieci w płomieniach z drugiej. „Pewnie przewidziało mi się” – postanowiła nikomu o tym nie mówić. Na razie. Bo oto po powrocie do domu, którejś nocy, usłyszała miły kobiecy głos, który nakazywał napisać tę ikonę, podyktował też słowa troparionu.
Radujsia, Błahodatnaja Bohorodice Diewo, wieś Zaleszany ot unicztożenija wrażyja sochraniła jesi, i nas nynie prosiaszczyja Twojeja pomoszczy i zastuplenija ot diawolskich kozniej zaszczyti, moliaszczy Syna Twojego i Boha naszego, pomiłowati duszy nasza.
Natychmiast po przebudzeniu zapisała słowa na kartce, później z pamięci nie potrafiła już powtórzyć. Zrozumiała. Dłużej trzymać tego w tajemnicy nie może, tym bardziej że lekarze ze zdziwieniem stwierdzili całkowite cofnięcie się zmian nowotworowych. Zadzwoniła więc do Zaleszan, a później za radą siostry Elżbiety wybrała się do metropolity Sawy, do Warszawy. Władyka od razu pobłogosławił spełnienie tajemniczej prośby, mnich z monasteru w Sakach przystąpił do prac. Zaleszańską Ikonę Matki Bożej uroczyście wyświęcono rok temu, w 2015 roku, a jej święto metropolita ustanowił na ostatnią sobotę lipca.
W tym roku obchodziliśmy je po raz pierwszy, wyjątkowo w niedzielę.
Jeszcze chyba nigdy młoda, bo zaledwie dziewięcioletnia, wspólnota monastyczna w Zaleszanach z przełożoną siostrą Elżbietą i posłusznicą Magdaleną nie przyjęła tylu wiernych. Około tysiąca osób wypełniło nie tylko maleńką cerkiewkę i przylegający do niej namiot, ale także znaczną część monasterskiej posesji z nowym monasterskim domem.
W skupieniu i z dużym wzruszeniem podchodzono do ustawionej na środku świątyni ikony. Liturgii przewodniczył metropolita Sawa.
– „Zbuduję Cerkiew swoją i bramy piekielne nie przemogą jej”, zawsze zastanawiamy się nad treścią tych słów, ale dzisiaj w tym miejscu powinniśmy to zrobić szczególnie wnikliwie – zwrócił się w homilii do wiernych. – Pan otacza troską świat, narody i każdego pojedynczego człowieka. A dzisiaj we wsi Zaleszany dokonuje kolejnego cudu. „Kto ma uszy niech słucha, kto ma oczy niech widzi”. Na miejscu cierpienia naszych braci, naszych sióstr i naszych dzieci, na ziemi zlanej krwią, dokonujemy dzisiaj Bożego dzieła – zwierzchnik Cerkwi sprawuje Liturgię. Oznacza to, że ziarno tej krwi przynosi owoce.
Powinniśmy się zastanowić, co odczuwają dzisiaj żywi świadkowie tej tragedii i ci, których tu zamęczono. Ich dusze są dziś z nami i cieszą się wielką radością. (…) Po dramatycznym doświadczeniu Pan sprawił, że na miejscu, gdzie cierpieli nasi bracia i siostry, pojawiła się mała duchowa komórka, pojawiła się skromna tymczasowa cerkiewka, pojawili się ci, którzy tu w tej wsi postanowili swoje życie poświęcić Bogu i jej mieszkańcom. I siostra Elżbieta z jeszcze jedną siostrą, i mnisi z Sak, zjawili się na tej ziemi nieoczekiwanie, bowiem to Bóg decyduje, nie my, nie my, lecz On.
My jesteśmy jedynie narzędziem w jego ręku. Pan daje siłę tym, którzy Go kochają, i ta siła pokonuje wszelkie trudności i przeszkody. Pan naszymi rękoma tworzy wielkie dzieło, dzisiaj być może dla niektórych niezrozumiałe, czy wręcz niejednoznaczne, ale taka jest rzeczywistość. Tę rzeczywistość dzisiaj przeżywamy i tę rzeczywistość wyznajemy dziś światu.
– Nikt jak Bóg – podkreślał władyka, przypominając historię napisania Zaleszańskiej Ikony Matki Bożej. – On wie, co komu i kiedy jest potrzebne. On wie i objawia we właściwym czasie. I czy to dzisiejsze święto Bogarodzicy w Zaleszańskiej Ikonie nie jest cudem?
Metropolita raz jeszcze przytoczył słowa z Listu ap. Pawła do Rzymian (Rzym 12, 6-4). „Miłość niech będzie bez obłudy! Miejcie wstręt do złego, podążajcie za dobrem! W miłości braterskiej nawzajem bądźcie życzliwi! W okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie! Nie opuszczajcie się w gorliwości! Bądźcie płomiennego ducha! Pełnijcie służbę Panu! Weselcie się nadzieją! W ucisku bądźcie cierpliwi, w modlitwie wytrwali!” (Rz 12,9-12), podkreślając że są to niezbędne wskazówki dla każdego prawosławnego chrześcijanina.
Po Liturgii wszyscy z krestnym chodem przeszli pod stojący na środku wsi krzyż, upamiętniający zaleszańskie ofiary 1946 roku. Rozległa się modlitwa za pokój ich dusz…
– To właśnie tutaj stał dom podpalony z mieszkańcami w środku – tłumaczy 84-letni Mikołaj Sacharczuk, jeden z nielicznych już uczestników tamtych tragicznych wydarzeń. – Zachowały się nawet jego fundamenty.
Rozmawiamy po nabożeństwie, pan Eugeniusz zaprasza do siebie.
– Oddział Burego zjawił się u nas, w środku srogiej zimy, 29 stycznia 1946 roku, około szóstej rano – wspomina. – Śniadanka dajcie dobrego kobietki – zażyczyli sobie jego podkomendni, gdy otoczyli całą wieś. I ludzie starali się jak mogli, kob im dohodyty, kob niczoho ne zrobili. Potem do domów krytych dachówką kazali nanosić słomy. Po co ta słoma? – pytaliśmy. – Chcemy się na niej przespać, bo dawno nie spaliśmy na słomie – odpowiadali. I gdzieś koło drugiej zarządzili zbiórkę owsa. Ja miałem 15 lat, taty już nie było, bo zginął w obozie w Stuthofie. Wyniosłem im worek ze zbożem. Myślałem, że worek oddadzą, bo worki, tuż po wojnie, były w cenie. Ale gdzie tam, nic z tego. „Przyjdziesz na zebranie” – burknął mi na odchodne jeden z leśnych, bo już chodzili najeżeni…
Teodor Sacharczuk tego dnia młócił cepem, zajechali furmanką pod jego stodołę i dawaj wszystko ładować. – Weźcie worek, resztę zostawcie – prosił. A oni za pistolet i go zastrzelili. Zastrzelili też syna sołtysa, Piotra Demianiuka, a taki młody był, miał zaledwie 16 lat, całował im ręce, nogi, „co ja zrobiłem” pytał, i Aleksandra Zielinko z Suchowolców. Za co?
Wieś stawiła się „na zebranie” w domu Dymitra Sacharczuka niemal w komplecie, kto się ociągał z wejściem, został wepchnięty. Zaczynało zmierzchać. – O Boże, palą się stodoły – ktoś krzyknął. Ale nie, to czerwoną łuną zachodziło słońce. Było cicho.
„Wszyscy pójdziecie do Boga na ofiarę” – oznajmił Bury albo któryś z jego podkomendnych, dodając też coś o złym wychowaniu, bo podobno dzieci z naszej wsi bawiły się śnieżkami i któregoś z leśnych uderzyły.
Potem zamknięto drzwi domu. Któryś z leśnych wystrzelił z kul zapalających. Słomiany dach zapalił się natychmiast. Zrobiło się gorąco. Nie było wyjścia, trzeba było podjąć próbę ratunku, choć wokół stali ludzie Burego z bronią w ręku. Gdy udało się wyważyć drzwi, zaczęliśmy uciekać. Janowi Niczyporukowi z kilkuletnią córeczką się nie udało. Ojciec od kuli zginął na miejscu, trafiona dziewczynka miała jedną wielką ranę od pępka do krocza. „Mamo, tak żywotik bolit” – męczyła się aż do dziewiątej, a nie było jej jak pomóc. Inni mieli więcej szczęścia. Bo od strony podwórka któryś z ludzi Burego strzelał tylko w górę, na postrach.
Jednocześnie podpalono wszystkie budynki we wsi. Silny wiatr, który zerwał się nie wiadomo skąd, tylko wzmagał ogień. Konie, krowy, owce, świnie paliły się żywcem. Dobytek jęczał, ryczał i wył.
Dom, w którym miało odbyć się zebranie, płonął jak pochodnia. Płomienie smagały także stojących przy nim ludzi z oddziału Burego. Odeszli. Większość mieszkańców, którzy uciekali w stronę Toporek, przeżyła. A potem… Gdyby to było lato, można by szałas albo ziemiankę zbudować. Ale w środku zimy? Nie było też jak uprzątnąć spalonych zwierząt. Moja mama nie mogła tego znieść. Zachorowała psychicznie, do końca życia nie odzyskała zdrowia. Nikt nam nie dał żadnego odszkodowania, owszem proponowano zakup drewna na budowę domu. Ale kto podpisze 15-latkowi weksle? Daleki krewny z sąsiedniej wsi dał nam starą chatkę.
Tego dnia zginęło 14 osób, dwie kolejne zmarły wskutek ran kilka dni później – kończy Mikołaj Sacharczuk.
O tych zbrodniczych mordach prokurator IPN Dariusz Olszewski, prowadząc śledztwo „w sprawie zbrodni przeciwko ludzkości popełnionych w okresie od 29 stycznia 1946 roku do 2 lutego 1946 na terenie powiatu Bielsk Podlaski w celu wyniszczenia części obywateli polskich, z powodu ich przynależności do białoruskiej grupy narodowej o wyznaniu prawosławnym” w 2005 roku napisał, że noszą znamiona ludobójstwa.
A zaleszanie długo opłakiwali swoich bliskich.
Największy dramat spotkał Nikitę Niczyporuka, dziadka także urodzonej w Zaleszanach siostry Elżbiety. Stracił 36-letnią żonę, trzech synów, w wieku 8, 6 i 4 lat i czwartego, najmłodszego, który wypadł z nadpalonego boku matki i żył tylko kilka minut. Na „zebranie” poszedł z dwiema starszymi córeczkami, brzemienną żonę z trójką chłopców zostawił w domu, a potem już nie zdążył uratować. Stracił też brata z bratową i ich dziecko.
– Nieraz zastanawiałam się, skąd wziął siły, żeby to przeżyć – przyznaje jego synowa Maria Niczyporuk, mama siostry Elżbiety. – Pochował osiem osób, w środku zimy, na gołej ziemi został sam z dwiema córeczkami. Jak nie postradał zmysłów? Musiał mu Pan Bóg pomóc.
Nie należał do żadnej partii, był wiejskim, spokojnym, wierzącym człowiekiem. Co roku, aż do śmierci, jeździł na Preobrażenije na Grabarkę. Nawet wtedy, gdy bardzo bolała go noga, modlił się przez całą noc. Stał jak bocian na jednej nodze, oparty plecami o sosnę.
Teść nieraz wspominał tę tragedię, zawsze z bólem, ale nigdy z nienawiścią do oprawców. „Żeby tego nie zrobiło żadne z moich dzieci” – kiedyś powiedział.
A tak ze dwa lata temu spotkałam trójkę turystów z Bydgoszczy, małżeństwo z koleżanką. Opowiadałam, że monaster w Zaleszanach powstał na krwi męczenników, których zamordował oddział Burego. – Syn Burego, też Romuald, to mój serdeczny przyjaciel. Jest już na emeryturze, służy jako organista w kościele – na to mężczyzna. – Na początku bardzo się cieszył, że jego ojciec jest bohaterem, tylko ostatnio dziennikarze mu zamętu narobili. – Żadnego zamętu nie narobili – ja na to – po prostu dowiedział się prawdy. Wtedy ten mężczyzna postanowił, że po powrocie synowi Burego o wszystkim opowie. – O nie, Romek już od półtora roku modli się za wszystkich, którzy niewinnie życie oddali – zaprotestowała żona. Ale potem słyszałam, że w Internecie umieszcza wpisy w zupełnie innym duchu.


(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


Ałla Matreńczyk
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token