Numer 9(375)    Wrzesień 2016Numer 9(375)    Wrzesień 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Dzwony Białej Rusi
Ałła Matreńczyk
Rozmawiamy w Supraślu, podczas Międzynarodowego Festiwalu Cerkiewnego Dzwonienia. Jelena Szat’ko, etnomuzykolog-kampanolog, członek rzeczywisty Stowarzyszenia Sztuki Cerkiewnego Dzwonienia Rosji, właśnie zakończyła prace w jury supraskiego konkursu, dzień wcześniej, podczas sympozjum, prezentowała swoją książkę: „Kołokolny zwon Biełoj Rusi: tysiaczyletije tradycji”. Fundamentalną.
Nie, wtedy w Jerozolimie jeszcze nie myślała, że dzwony staną się tak ważną częścią jej życia. Tym bardziej wcześniej. Urodziła się w inteligenckiej rodzinie, babcia była wierząca, mama ukradkiem też chodziła do cerkwi. Krzyżyk Jeleny póki co leżał w szafie, bo choć była ochrzczona, w szkole wszyscy jak jeden mąż byli pionierami, komsomolcami. Potem przyszły studia – Akademia Muzyczna im. Glinki, klasa cymbałów. Uczelnia mieściła się niedaleko mińskiego soboru Świętego Ducha, a tam w 1989 roku, po kilkudziesięcioletniej przerwie, znów zadzwoniły dzwony. Zawsze, gdy przechodziła obok, zatrzymywała się, żeby ich posłuchać.
Aż tu w 2000 roku dowiedziała się, że w Mińsku przy cerkwi Ikony Matki Bożej Wszystkich Strapionych Radość została otwarta szkoła dzwonników. Zapisała się od razu. Miała szczęście. Szkole dyrektorował niezapomniany Aleksander Ikonnikow, wybitna osobowość, który nauczył się dzwonić w Moskwie. Nie tylko swoje umiejętności przekazywał uczniom, ale organizował festiwale cerkiewnego dzwonienia – w Mińsku i Połocku, Kalinkowiczach, Zasławiu, zapraszał znanych kampanologów. Wydawał też czasopismo „Dzwonnica”. – Piszitie teksty – nakazywał uczniom. Wszyscy pisali, Jelena nie, bo od najmłodszych lat, w co trudno uwierzyć czytając jej książkę, pisać nie lubiła. Zresztą, nie wiedziała o czym. Lata wojny i komunizmu odarły cerkwie z dzwonów na terenie całego ZSRR, zakaz ich używania wymazał z pamięci kołokolny zwon… „Czyżby z tysiącletniej tradycji nic nie pozostało? Nie ma starych dzwonów na Białorusi, nie ma dzwonników?” – zaczęła się zastanawiać.
Rok później weszła na dzwonnicę swojej cerkwi Włodzimierskiej Ikony Matki Bożej w Mińsku, zaczęła dzwonić. Niedługo. Bo posypały się oficjalne skargi, że dzwon ludziom przeszkadza, drażni. Batiuszka nie miał wyjścia – zawiesił dzwonienie. – Dzwoń słowem – powiedział po miesiącu, gdy nabożeństwa wciąż przebiegały w ciszy. – Pisz o dzwonach.
Biblioteka Narodowa, katalogi. I dwa, może trzy artykuły – temat o dzwonach do 1990 roku był zakazany. Przeczytała wszystko co znalazła, Tekst „Dzwoń mój dzwonie, dzwoń” pisała ze dwa miesiące. Do znalezionych informacji, także o leczniczym oddziaływaniu dzwonu, którego ultra i infradźwęki zabiją bakterie, mikroby, dodała własne. Te o cudzie usłyszane podczas pielgrzymki do Poczajowa. Kiedyś przyjechała tam mama z córeczką, która w wieku trzech lat straciła słuch. Lekarze bezradnie rozkładali ręce, a zrozpaczonej kobiecie ktoś podpowiedział, żeby weszła z dzieckiem na monasterską dzwonnicę i uderzyła w dzwon. Przy drugim uderzeniu dziewczynka poruszyła się i krzyknęła: – Mamo, ja słyszę.
– Wyślij tekst do wszystkich gazet i czasopism – polecił batiuszka, bo cel był jasny – przypomnieć Białorusinom o cerkiewnych dzwonach, których przez siedemdziesiąt lat nie słyszeli. „Wieczernij Minsk”, „Biełarus”, „Komsomołka”, „Znamia mołodosti”, „Kultura”, nawet „Traktorostroitiel” – długo by wymieniać redakcje, do których skierowała artykuł.
Niektóre zamieniły go na wywiad, inne uzupełniały, podpisując innym nazwiskiem, gazeta „Trud” nadała własny tytuł: „Dzwonnik ma odciski na rękach”, chociaż odciski może mieć gitarzysta czy cymbalista, ale dzwonnik – nigdy. A redakcja „Kultury” oskarżyła Jelenę Szat’ko o... plagiat. – Nie wypłacimy honorarium, więcej, nie opublikujemy, chociaż tekst jest ciekawy – rzuciła naczelna od progu. A o tym, że tekst pisze się do jednej gazety, Jelena po prostu nie wiedziała.
Artykuł ukazywał się w różnych czasopismach przez trzy-cztery miesiące. Trafił w ręce wybitnej badaczki białoruskiej ludowej instrumentalnej tradycji, prof. Inny Nazinej.
Ta zaproponowała Jelenie studia doktoranckie z zakresu kampanologii.
Tego Jelena się nie spodziewała. A że dzwon jest instrumentem wykorzystywanym podczas nabożeństwa, poszła po błogosławieństwo do władyki Filareta. Otrzymała nie tylko błogosławieństwo, później także dokument, swoistą przepustkę, która otwierała przed nią drzwi wszystkich cerkwi w kraju.
Już wiedziała – zajmując się kampanologią na Białorusi będzie musiała zmierzyć się z tysiącletnią tradycją. Tysiącletnią, bo już w nowogrodzkiej kronice z XI wieku napotykamy wzmiankę o kołokołach, które padły łupem połockiego kniazia: W leto 6574 (1066) priidie Wsiesław i wzia Nowgorod… i kołokoła s’ima u swiatyja Sofii. O, wielika biasze bieda w czas tyj… Także w „Słowie o pułku Igora” mówi się o wykorzystaniu dzwonów w połockiej Hagia Sophii: Dla niego (kniazia Wsiesława) w Połockie pozwonili k zautrenie rano u swiatoj Sofii w kołokoła, a on w Kijewie zwon tot słyszał. Badania archeologiczne to potwierdzają – fragmenty dzwonów z XII-XIV wieków znaleziono w Grodnie, Brześciu, Turowie, Witebsku, Połocku, Drucku, Mstisławiu. Najciekawszy jest ten z Grodna, sprzed 1183 roku, z zachowanym słowem Rabu.
Ale Jelenę Szat’ko czekała nie tylko praca z dokumentami, choć wiele czasu spędziła w 24 archiwach Białorusi, Litwy, Rosji i Polski. Także naukowe ekspedycje do 280 parafii, głównie mińskiej i witebskiej, a przede wszystkim grodzieńskiej i brzeskiej obłasti. Intuicja jej nie zawiodła, to właśnie tam – w zachodniej części Białorusi – która od 1921 do 1939 roku stanowiła terytorium Polski, przetrwała nie tylko sztuka dzwonienia, zachowały się też dzwony. I to niemało, tych historycznych kilkadziesiąt razy więcej niż na całym postradzieckim obszarze.
Pierwsze ekspedycje, jeszcze bez komputera, kamery, porządnego aparatu. Posługiwała się aparatem taty, poczciwą Zorką z 1965 roku. Już po pierwszych rozmowach z duchownymi, dzwonnikami nie miała wątpliwości – musi mieć nie tylko nowy aparat, ale także kamerę, żeby rejestrować wspomnienia rozmówców. Na pomoc rodziców nie mogła liczyć, tym bardziej, że właśnie zmarł jej tata. „Gospodi, pomóż mi kupić kamerę” – zaczęła się modlić. Bóg usłyszał jej prośbę. Wkrótce otrzymała dodatkową pracę, fizyczną. Po trzech latach mogła kupić nie tylko kamerę i aparat fotograficzny, ale także komputer.
Jak wyglądały pierwsze wyjazdy?
Wstawała o szóstej rano. Z notatnikiem, Zorką, termosem i kanapką wyruszała w drogę. Najpierw do Rakowa w mińskiej obłasti. Po Liturgii podchodzi do batiuszki, przedstawia się, mówi czym się zajmuje. Batiuszka pozwala obejrzeć dzwony, ale nie ma drabiny, a one wiszą na wysokości sześciu metrów. W następną niedzielę znowu przyjeżdża. Drabina jest, ale nie ma kto jej potrzymać. Tydzień później zjawia się już w sobotę i prosi batiuszkę o nocleg i pomocników. I tak przez dwa lata w dni wolne od pracy zjeździła cały wołożyński powiat. W 2005 roku podczas jednej z ekspedycji zasłabła, trzeba było wzywać karetkę. – I Bóg, i ludzie będą wam pomagać, bo to Boże dzieło, a i wozić was będą samochodem – powiedział jej młody batiuszka, gdy następnego dnia doszła do siebie.
I tak się stało. Wkrótce zrozumiała, że życia jej nie starczy, jeśli będzie pracować w ten sposób. Zmieniła taktykę. Odtąd na ekspedycje zaczęła poświęcać letnie urlopy, do organizacji jej pobytów włączali się dziekani.
Jak zbierała informacje?
Przyjeżdżała do cerkwi, po błogosławieństwie batiuszki prosiła o wiadro i szmatę, wkładała roboczy fartuch i czyściła dzwon. Potem mierzyła, przepisywała inskrypcje, fotografowała.
Musiała przy tym przemóc swój lęk wysokości, raz w Zelwie omal nie spadła z drabiny, bo spłoszyła nietoperze, które na dobre zadomowiły się na dzwonnicy. I tak zinwentaryzowała ponad 1800 dzwonów, Potem czekały ją spotkania z ludźmi, dzwonnikami, duchownymi, parafianami. Rozmowy prowadziła według zaplanowanej ankiety, filmowała.
A ludzie opowiadali. O tym, jak ukrywali dzwony przed Niemcami, potem sowietami. Kto ich nauczył dzwonić, komu przekazali swoje umiejętności. Pokazywali, jak dzwonią. Jelena Szat’ko błyskawicznie zrozumiała: to duchowa bezcenna spuścizna.
Wracała do Mińska, systematyzowała informacje.
Zimy spędzała w archiwach, także zagranicznych. Do Warszawy przyjechała z listem polecającym od władyki Filareta. Dzięki życzliwości metropolity Sawy zatrzymała się w Seminarium Duchownym na Paryskiej. Był styczeń, środek tęgiej zimy. W Archiwum Akt Nowych spędziła trzy tygodnie. Nie na próżno. Dotarła do ciekawych dokumentów o reewakuacji dzwonów w latach dwudziestych. Gdy wybuchała I wojna światowa, ich wywóz zainicjował car Mikołaj II, żeby „nasz wróg – jak napisał w odezwie – wykorzystując miedź z tych dzwonów do produkcji nabojów, nie mógł zabijać naszych synów, braci, bliskich”. Kołokoły ewakuowano więc na wschód, czasami ukrywano. Gdy wojna dobiegła końca, na mocy traktatu ryskiego (1921) Rosja Radziecka i Ukraina miały je zwrócić. I dzwony powoli zaczęły wracać. Nie wszystkie, nie zawsze do właścicieli. I nigdy za darmo.
Każda parafia za swój dzwon musiała zapłacić 15 proc. jego wartości w polskich markach według cen z 1914 roku: 7,5 procent do skarbu państwa, 2,5 proc. za przewóz, załadunek i wyładunek od granicy, 5 proc. na wydatki kancelarii, za składowanie dzwonów i fundusz dla tych parafii, których nie stać na opłatę.
Dla niektórych parafii była to bariera nie do pokonania. Ale to nie opłaty były głównym zmartwieniem metropolity Dionizego. Władykę martwiło co innego – cerkiewne dzwony mogły wrócić tylko do otwartych cerkwi, a w Polsce międzywojennej, wskutek polityki rządu, szereg cerkwi zostało odebranych bądź zamkniętych. W ten sposób trafiały do świątyń innych konfesji.
Podczas pobytu w Warszawie Jelena Szat’ko na każdym kroku odczuwała troskę i opiekę o. rektora Jerzego Tofiluka. I to właśnie metropolita Filaret, metropolita Sawa i o. Jerzy Tofiluk otworzą długą listę osób, którym podziękuje we wstępie do swojej książki.
Książka jest plonem piętnastu lat ciężkiej pracy. Zawiera nie tylko szeroki rys historyczny, ale liczne, także archiwalne, fotografie, wybrane wywiady, zapisy linii melodycznych. Ci, którzy nie znają nut, mogą je usłyszeć. Do książki dołączone są dwie płyty – z najciekawszymi nagraniami cerkiewnych dzwonów, także wypowiedziami dzwonników, filmami dokumentalnymi, programami telewizyjnymi i radiowymi, których powstanie Jelena Szat’ko zainicjowała.
To jej „dzwonienie słowem” rozchodzi się więc nieustannie, i bardzo daleko. Ale Jelena Szat’ko nie porzuciła dzwonnicy. Jest laureatką międzynarodowego konkursu „Dzwonnik świata” (Mołdawia, 2003). Najbardziej lubi stare dzwony, te sprzed rewolucji.
– To właśnie w Rosji w XIX i na początku XX wieku odlewano najlepsze dzwony na świecie – mówi. – Kto nie słyszał o zakładach Filnadskiego czy Samginów z Moskwy, które pilnie strzegły swoich tajemnic. Te dzwony miały dużo ultra i infradźwięków, które bardzo korzystnie wpływają na zdrowie. Kiedy je odlewano – nigdy w święta – ludzie pościli, modlili się. Dzwony stygły w ziemi. Podstawowymi materiałami były cyna i miedź, a tych Rosja miała pod dostatkiem.
Książka Jeleny Szat’ko, którą już rekomendowano do bibliotek uniwersyteckich, spotkała się na Białorusi z dużym zainteresowaniem. Jej prezentacje odbyły się w wielu miastach. Także w Mińsku.
– Podczas uroczystości minister kultury Białorusi Borys Swietłow odznaczył dziesięciu zasłużonych dzwonników staruszków za osobisty wkład w zachowanie historyczno-
kulturowej spuścizny Białorusi – nie kryje radości badaczka.
I marzy, by jej książka ukazała się po polsku. Także o tym, by napisać podobną o dzwonach Białostocczyzny.

Ałła Matreńczyk
zdjęcia pochodzą z książki
„Kołokolny zwon Biełoj Rusi: tysiaczyletije tradycji”


Drodzy Czytelnicy, jeśli posiadacie fotografie z powitania bądź poświęcenia dzwonów w waszej parafii w latach 1930-1939, jeśli wasi dziadowie czy pradziadowie ofiarowali do cerkwi dzwon i chcecie o tym opowiedzieć Jelenie Szat’ko, prosimy o kontakt z redakcją, tel. 85 742 18 57.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token