Numer 9(375)    Wrzesień 2016Numer 9(375)    Wrzesień 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Lata wojny w Choroszczy
Halina Surynowicz
W 1930 roku byłem proboszczem na niewielkiej parafii w miasteczku Choroszcz. Cieszyłem się, że mam cerkiew, nową plebanię, niewielką ogrodzoną siedzibę i komunikację z Białymstokiem.
(...) W 1940 zaczęli przyjeżdżać do nas sowieccy ludzie. Przyjechało NKWD i zajęło jeden z wolnych pokoi na plebanii. Strasznie było. W magistracie powstał „Sielsowiet”. Mojego cerkiewnego starostę wybrali na zastępcę przewodniczącego „Sielsowieta”, przewodniczącym został mieszkaniec Choroszczy, katolik, Polak, który wcześniej przebywał w Rosji i podobał się mu sowiecki ustrój życia. (...) W „Sielsowiecie” najważniejszy był jednak komisarz, „politruk” – jakiś człowiek z Kaukazu.
Symbolem bolszewickiej władzy stały się trzy gipsowe posągi Lenina. Jeden z nich Sowieci umieścili na rynku, demontując częściowo Pomnik Niepodległości. Pojawiły się też ...plakaty propagandowe. Na jednym z nich była cerkiew i dzwoniący na dzwonnicy „świaszczennik”, który wzywał wiernych na nabożeństwo. Niżej namalowano grupkę tańczącej młodzieży i umieszczono napis: „Nam i bez ciebie wesoło”. Na innym plakacie był namalowany stół, a na nim prosfory, które sprzedawał stojący za stołem duchowny. Pewna mieszkanka Choroszczy popatrzyła na plakaty i powiedziała: „A dlaczego oni z Żydów się nie śmieją?”. Następnego dnia została aresztowana i wywieziona.
Sowieci rozpoczęli deportacje rodzin żołnierzy polskich, którzy znaleźli się w sowieckiej niewoli i trafili do łagrów. Wśród nich byli prawosławni z choroskiej parafii. Ich los nie był znany rodzinom. NKWD aresztowało choroską inteligencję. Groźba wywózki zawisła też nad o. Garustowiczem: Ja zwolniłem starostę ze służby i znalazłem wroga. On doniósł NKWD, że jestem wrogiem Sowietów. O wszystkim mi powiedział mój nowy cerkiewny starosta. Już zacząłem szykować się do wyjazdu na „biełyje miedźwiedzi”, ale mój cerkiewny starosta zaręczał, że będzie mnie bronił. Pojechałem do swojego sąsiada, duchownego prawosławnego, do Wasilkowa, aby się poradzić. Był on człowiekiem mądrym, wykształconym i szanowanym. Mieszkała u niego staruszka, uboga i bezdomna kobieta, którą nazywano Gapką. Ludzie mówili, że ona jest „prozorliwa” (...), nadto była bardzo religijną kobietą. (...) Spotkałem Gapkę i mówię do niej: „Sługo Boża, Agafio! Pomódlcie się za mnie do Boga i powiedzcie, czy Sowiety wyślą mnie na „białe niedźwiedzie”? (...) Gapka podeszła do ikony Chrystusa, upadła na kolana i zaczęła się modlić. A gdy skończyła, powiedziała: „Nie, Was nie wywiozą. Polska podzieli się na dwie części nową granicą, ale nasz batiuszka i Wy będziecie razem. Stanie się to tak szybko, że Sowiety będą uciekać stąd: noc będzie dla nich dniem – dzień nocą”.
Lecz zanim wypełniło się proroctwo Agafii: ...Poszła pogłoska, że Sowieci będą tworzyć w Choroszczy „wojenny gorodok”. Wkrótce przyjechało z Rosji wielu robotników, mechaników. Przyjechali z żonami i dziećmi. Zamieszkali prawie w każdym domu w Choroszczy. Na plebanii zamieszkał robotnik z żoną i dwójką dzieci, inna rodzina w domu psalmisty. Przychodził na plebanię stary, wychudzony robotnik, Parfienij, któremu dałem butelkę oleju. Napiekł bliny, najadł się, a resztę tej oliwy wysłał żonie i dzieciom do Rosji. (...) Ogólnie odczuwało się ogromny niedostatek wszelkich produktów u nas i w Białymstoku. Aby coś dostać, trzeba było stać w długich kolejkach.
Na główną bazę i sztab „wojskowego miasteczka” Sowieci wyznaczyli obszar szpitala i rozpoczęli jego likwidację. Większość chorych ewakuowano do różnych szpitali w ZSRR. Somatycznie chorych przeniesiono na katolicką plebanię. Szpital stał się „Wojskowym miasteczkiem nr 1” z sowieckim sztabem. W pobliskim lesie o nazwie Mec stacjonowała sowiecka autokolumna – sprzęt, samochody i działa doskonale maskowały drzewa. Podlegała ona „Wojskowemu miasteczku nr 2”, które znajdowało się w dawnym majątku Alfreda Moesa, w Nowosiółkach.
Po zajęciu Białostocczyzny przez Armię Czerwoną, parafie prawosławne podporządkowano Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Powołano eparchię grodzieńsko-wilejską, która została powierzona pieczy arcybiskupa Pantelejmona (Rożnowskiego). Wikarnym biskupem brzeskim mianowano archimandrytę żyrowickiego monasteru Benedykta (Bobkowskiego).
Część sowieckich rodzin zaczęła wkrótce chrzcić potajemnie w cerkwi choroszczańskiej swoje dzieci. Pierwszy taki chrzest zapisano w księgach metrykalnych 21 lipca 1940 roku. Rodzice miesięcznego Anatola Fiłatowa pochodzili z województwa omskiego. W 1940 roku wpisano w księgach 12 chrztów dzieci w różnym wieku urodzonych w głębi ZSRR. Znacznie więcej odnotowano ich w kolejnych dwóch latach – 1941 i 1942. O. W. Garustowicz, na ogólną liczbę 162 chrztów w latach 1940-1942, ochrzcił 102 dzieci urodzonych w rejonach Symferopola, Sewastopola, Kijowa, Orenburga, Tuły, Połocka, Kurska, Smoleńska, Moskwy, a nawet w Baszkirii.
Radziecka okupacja szybko się skończyła. Niemcy rozpoczęli agresję na ZSRR. Pograniczne wojska – pisze o. Garustowicz – opuszczały swe pozycje. Jakiś oddział przechodził przez nasze miasteczko. Ktoś zaczął strzelać do nich przez kościelne ogrodzenie i ranił dowódcę tego oddziału. Żołnierze odeszli od miasteczka i okopali się w polu. Poszły wieści, że będą strzelać z armat i spalą miasto. W ogrodzie wykopaliśmy ogromną jamę – schron, zbiegli się tu sąsiedzi z dziećmi, gdy nagle zauważyłem aptekarza i jego żonę, którzy gdzieś szli z tobołkami.
– Gdzie wy idziecie?
– Idziemy do domu „Amerykańca”. U niego są ogromne piwnice. Sowieci będą bombardować.
Poszedłem wszystkich powiadomić, gdy nagle z góry usłyszeliśmy: „Wychodźcie, kto tam jest. Na górze stali sowieccy żołnierze. (...)
– Idź do swojego domu i pokaż, gdzie ukryłeś broń.
Poszliśmy do domu, oni przeszukali wszystko i niczego nie znaleźli.
– A teraz prowadź nas do cerkwi.
„Bojcy” weszli do cerkwi z bronią, obeszli w czapkach ołtarz i zaczęli się wspinać na dzwonnicę, ale nic nie znaleźli. Wówczas dowódca powiedział: – Twoje szczęście, że nie masz ukrytej broni! Możesz iść. (...)
Wróciłem, więc i poszliśmy wszyscy do domu „Amerykańca”. W piwnicach tego domu było już mnóstwo ludzi – świeciła się tam latarka. Ludzie szeptali, że Sowieci będą strzelać. I nagle usłyszeliśmy pierwszy wybuch. Prawie natychmiast, niedaleko od nas, kolejne – drugi, trzeci (...) dziewiąty... Ktoś powiedział „Strzelają w kościół”. Po przerwie, znowu usłyszeliśmy wybuchy, ale dalej, w okolicach szpitala. Tam była kircha i do niej strzelali. Po przerwie znowu usłyszeliśmy wybuch blisko nas, potem jeszcze jeden i wszystko ucichło. Kiedy wyszliśmy na górę, dowiedzieliśmy się, że na kościół puszczono dziewięć bomb, na kirchę cztery, a na cerkiew dwie. Z tych na cerkiew, pierwsza „nie doleciała”, a druga „przeleciała”. Pierwsza wybuchła obok okien posterunku sowieckich „bojcow”, którzy natychmiast telefonicznie wydali rozkaz, by przerwano bombardowanie. Tak cudownie ocalała cerkiew „w czest’ Pokrowa Bożej Matiery”. (...)
Miejscowy ksiądz zorganizował delegację i wysłał ją do sowieckich dowódców, z prośbą, aby nie strzelali więcej. Poszło sześciu ludzi. W sztabie ich aresztowano, ale później czterech zwolniono, zatrzymano dwóch zakładników: doktora miejscowego szpitala (Żyda) i jeszcze jednego. Poszły słuchy, że ich zabito. To była prawda. Zabitych przywieziono i zorganizowano im pogrzeb. Nabożeństwo było w kościele i poszedłem na nie. Rozstrzelanych przewieziono na katolicki cmentarz. Ksiądz wygłosił kazanie. Na rynku Sowieci zorganizowali mityng – przyszło dużo ludzi. Sowiecki mówca starał się udowodnić, że rozstrzelano ich za to, iż strzelali do sowieckiego wojska. Wystąpił też z mową mój były starosta cerkiewny. Polacy nie wybaczyli mu tego wystąpienia.
Atak niemiecki w czerwcu 1941 roku przypominał grom z jasnego nieba. Jak jastrzębie szybowały po niebie niemieckie samoloty, zrzucając bomby na Białystok. Widok był przerażający. Skryliśmy się do naszego schronu, ale przybiegł przerażony psalmista i mówi: – Niemcy przyszli i krzyczą „Schlafen! Schlafen!”. Ulicą szli niemieccy żołnierze i głucho dudniły ich buty. Był wówczas późny wieczór.
Następnego dnia, 27 czerwca 1941 roku, wojska niemieckie zajęły Białystok. 22 lipca dekretem Hitlera utworzono specjalny okręg białostocki „Bezirk Bialystok”, który włączono do III Rzeszy.
Niemieckie rządy w Choroszczy rozpoczęły się od zainstalowania, jak pisze o. Garustowicz: (...) Amtskomisarza w domu „Amerykańca”. Do jego obowiązków należały sprawy cywilne. W magistracie zasiadł komendant z gestapo i wydał zarządzenie o godzinie policyjnej. Nikt nie miał prawa poruszać się po mieście po godzinie 9 wieczorem. Na rynku obok kościoła każdego dnia, wieczorem, grała kapela wojskowa, „żeby ludziom było na sercu weselej”. Zaczęły się donosy na miejscowych komunistów, tzn. na tych, którzy służyli u Sowietów i na tych, którzy byli im przychylni. Niemcy aresztowali mego byłego starostę cerkiewnego. Raniutko przybiegła do mnie jego żona i prosiła, aby ratować jej męża. Ale jak? Za służenie komunistom czekała go niechybnie śmierć. Nie znałem języka niemieckiego. Ale dobrze znał go, mieszkający u mnie na kwaterze, były polski oficer. Poprosiłem go, aby napisał prośbę o zwolnienie byłego cerkiewnego starosty, na tej podstawie, że przez dziewięć lat zajmował się cerkiewną buchalterią i służył przy cerkwi jako starosta, a do partii komunistycznej nigdy nie należał. Poszedłem z polskim oficerem do niemieckiego komendanta, który nas wysłuchał i wyjaśnił, że aresztowani zostali rano przewiezieni do Białegostoku. (...) Pojechaliśmy do Białegostoku na gestapo. W piwnicach gestapo siedziało wielu ludzi. Żony aresztowanych prosiły mnie, abym wyspowiadał ich mężów. Nie odmówiłem. Ciężko mi było patrzeć na tych ludzi, którym groziła śmierć. Na drugi dzień byłego starostę wypuszczono. Wśród więźniów był również przewodniczący choroszczańskiego „Sielsowieta” – Polak. Jego brat przyszedł i prosił, abym mu pomógł, tak jak pomogłem mojemu byłemu staroście. Jednak nie odważyłem się pójść do niemieckiego komendanta i poprosić o jego uwolnienie, gdyż wielu miejscowych Polaków, jak powiedział mi były polski oficer, któremu Niemcy polecili być tłumaczem, podpisało pismo, że jest komunistą. Los jego już był przesądzony i nikt mu pomóc nie mógł. Niemcy okrutnie go skatowali, zmasakrowali mu twarz.
Niemcy postanowili zlikwidować „szpital” na plebanii katolickiej. Ciężko chorych i tych przebywających na tzw. domowym leczeniu u miejscowych gospodarzy przewozili ciężarówkami do pobliskich Nowosiółek. W młodym chojniaku wykopali ogromne doły i rozstrzeliwali. Wkrótce los chorych podzielili oskarżeni o współpracę z Sowietami cywile, a także sowieccy dowódcy i oficerowie polityczni z obozu jenieckiego, który otworzyli Niemcy w blokach poszpitalnych. Krótko funkcjonował tu Oflag 57. Szpital ogradzano kolczastym drutem, a jego jedenaście bloków stopniowo przystosowywano pod obóz jeniecki dla rannych, chorych i niezdolnych do pracy rosyjskich żołnierzy, tworząc Kriegsgefangenenlazarett – Stalag 316 (grupę tę tworzyły obozy i podobozy: Siedlce – Wołkowysk – Białystok –Losna – Grodno – Zambrów).
W Choroszczy przebywało około 12 tysięcy więźniów. Obóz-lazaret, który miał przywracać zdrowie, w rzeczywistości był obozem śmierci. Poddawano tu więźniów ciągłym szykanom, pozbawiano jakiejkolwiek opieki medycznej, doprowadzano do kompletnego wyczerpania fizycznego i psychicznego.
Po przybyciu transportu jeńców następowała selekcja. Wśród tysięcy żołnierzy wyszukiwano Żydów i funkcjonariuszy partii komunistycznej – oficerów politycznych i dowódców. Tych najczęściej rozstrzeliwano. Pierwszym komendantem obozu był Niemiec o nazwisku Jahr, rodem z Kurlandii, który ukończył Uniwersytet w Petersburgu i dobrze posługiwał się językiem rosyjskim. Jego zastępcą był oficer, który również dobrze znał język rosyjski.
W swoich „Wspomnieniach” o. Garustowicz wiele stron poświęcił jeńcom. Codziennie umierało od kilkunastu do kilkudziesięciu jeńców. Na szpitalnym cmentarzu, przy drodze do Żółtek, pogrzebano w czasie wojny 7-8 tys. jeńców. Mieszkańcy Choroszczy nie byli obojętni wobec cierpień tych ludzi, pomagali dostarczając chleb i gotowane ziemniaki. Jak wspominała śp. Halina Łuszyńska: ...o. Garustowicz myślał także o duchowym wsparciu i sam Bóg pomógł mu w tym dziele.
Pewnej niedzieli, w czasie nabożeństwa – wspomina o. Garustowicz – weszli do cerkwi dwaj oficerowie niemieccy, postali, rozejrzeli się i wyszli. Na drugi dzień przyszedł na plebanię jeden z tych oficerów. Wyjaśnił mi po rosyjsku, że jest pastorem. Interesuje go prawosławie i prawosławne nabożeństwo, chciałby częściej przychodzić na służbę do cerkwi i do mnie. Jak później się okazało, wiele mi pomógł w mojej biedzie, która miała mnie spotkać.
Ale o tym w kolejnym numerze.

Halina Surynowicz
fot. www.jura-pilica.com

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token