Numer 9(375)    Wrzesień 2016Numer 9(375)    Wrzesień 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Wobec kultu żołnierzy wyklętych
Dorota Wysocka
– Ostatnio karierę robi pojęcie „polityka historyczna”. Przeszłość, wybrane jej elementy, ma kształtować przyszłość, a o doborze i upowszechnianiu owych fragmentów mają decydować politycy. Środowisko historyków wcale nie jest w tej kwestii jednomyślne. Niektórzy przyłączają się do takich działań, formułując nie tylko nowe interpretacje, ale i budując nowe fakty. Najwyraźniej historia, zwłaszcza najnowsza, staje się dostarczycielką argumentów w batalii o współczesność.
– Polityka historyczna uprawiana jest od dawna w wielu państwach świata. Mistrzostwo w tej dziedzinie osiągnęli Niemcy i sporo inwestowali w zmianę swojego negatywnego wizerunku wśród narodów świata. Własną politykę historyczną prowadzą Amerykanie, Rosjanie, Anglicy, Francuzi. Każda taka polityka ma dość luźny związek z historią, bowiem chodzi w niej przede wszystkim o kształtowanie świadomości obywatela pod kątem bieżących potrzeb elit, sprawujących formalnie władzę lub posiadających wpływ na władzę. Z reguły wraz ze zmianą formacji dokonuje się zmiana polityki historycznej, czasami bardzo gwałtowna, co dzisiaj szczególnie wyraźnie widać na Ukrainie, ale także i w Polsce.
Jeżeli chodzi o historyków, to środowisko to zawsze było podzielone. Część dostosowywała się do oczekiwań władz i tworzyła pożądaną przez nie narrację. W Polsce Ludowej na przykład uczeni tacy w zamian mogli liczyć na przyspieszone awanse naukowe, ułatwienia w publikacji swoich dokonań. Obecnie przemożny wpływ na wyniki prac historyków ma polityka grantowa. Państwo poprzez finansowanie badań wyznacza także ich obszary. W przypadku historii najnowszej rządzący w Polsce mają także do dyspozycji potężną instytucję, Instytut Pamięci Narodowej.
– Co czują specjaliści od historii najnowszej, których usiłuje się wprzęgnąć w bieżące, koniunkturalne, rozgrywki? Czego mogą oczekiwać naukowcy, opierający się naciskom?
– Historykom chcącym zachować niezależność od aktualnych ośrodków władzy nikt oczywiście nie przeszkadza prowadzić własnych badań, lecz niewiele można zrobić bez pieniędzy. Mało motywuje do pracy także świadomość, że wyniki badań, odbiegające od aktualnie obowiązującej wykładni dziejów, znikną pod zalewem propagandowych haseł, dominujących w mediach, uroczystościach rocznicowych, podręcznikach szkolnych czy opracowaniach „poprawnie myślących” uczonych. Najgorsze jest to, że rzeczywista historia politycznych decydentów nigdy tak naprawdę nie interesowała, lecz jedynie jej interpretacja z punktu widzenia ich bieżących potrzeb. Moim zdaniem na podstawie fałszywej historii można prowadzić tylko fałszywą politykę, a ponadto fałszywa historia nigdy nie była i nie będzie przysłowiową nauczycielką życia.
– Szczególne emocje od pewnego czasu wywołują „żołnierze wyklęci”. Ich heroizacja wyjątkowo boleśnie uderza w środowisko białoruskie, wobec którego niektórzy z nich dopuścili się zbrodni. Czy są one dobrze udokumentowane i czy są podejmowane oficjalne próby podważenia dotychczasowych ustaleń?
– W sprawie relacji narodowego podziemia polskiego z ludnością białoruską w pierwszych latach po wojnie istnieją obecnie dwie wzajemne wykluczające się narracje. W ogromnym uproszczeniu pierwszą stanowi usilnie upowszechniany mit o szlachetnych i nieskazitelnych rycerzach, którzy w beznadziejnej sytuacji podjęli heroiczną walkę o wolność z sowieckim okupantem i jego miejscowymi kolaborantami. To przekaz, który dominuje w publicystyce, wypowiedziach polityków głównych partii, dziełach historyków IPN, podręcznikach szkolnych i popkulturze młodzieżowej. Jest on efektem świadomej polityki historycznej, realizowanej zresztą od wielu już lat. Białorusini, jeżeli wspomina się o nich w kontekście „żołnierzy wyklętych”, znajdują się najczęściej w obozie wrogów wolności. Ich ofiary, spowodowane działaniem podziemia, są zatem następstwem miejsca zajmowanego w tym czarno-białym obrazie powojennej rzeczywistości. Nie da się zaprzeczyć, że Białorusini znaleźli się w różnych instytucjach aparatu władzy komunistycznego państwa, lecz w porównaniu do zatrudnionych tam setek tysięcy Polaków w skali kraju stanowili niewielki odsetek. Liczną reprezentację stanowili jedynie w powiatach białostockim i bielsko-podlaskim. W 1945 r. około 550 Białorusinów należało do PPR, co najczęściej wiązało się z pełnieniem służby urzędniczej, w milicji lub organach bezpieczeństwa. To oznacza, że około 0,3 procenta populacji w pierwszych latach po wojnie formalnie było powiązane z ówczesną władzą. Polska Ludowa od połowy 1945 r. była zresztą państwem uznawanym przez cały świat.
Białoruska narracja, zajmująca marginalne miejsce w przestrzeni publicznej, jest zbudowana na doświadczeniach i emocjach odchodzącego pokolenia. O tym, co ci ludzie przeżyli w pierwszych latach po wojnie, a przede wszystkim o swoim przeraźliwym strachu przed ludźmi, często z bliskiego sąsiedztwa, opowiedzieli swoim dzieciom, dziś pokoleniu pięćdziesięcio-sześćdziesięciolatków. Rzadko przekaz ten trafiał do wnuków, a sporadycznie do prawnuków.
– Przed rokiem dużą popularność zdobył kryminał Katarzyny Bondy „Okularnik”, w którym pojawia się wątek żołnierzy „Burego”. Autorka w wywiadzie przyznała, że o tym, że jej babcia była jedną z ich ofiar dowiedziała się już jako osoba dorosła, w pełni ukształtowana.
– Niemal w każdej miejscowości do niedawna można było usłyszeć o zabitych, uprowadzonych, obrabowanych. Z licznych relacji wynika, że większość mieszkańców białoruskich wsi żyła przez kilka lat w oczekiwaniu czegoś najgorszego, mając świadomość, że ich jedyną winą była inność wyznaniowa i kulturowa. Na szczęście nie wydarzył się żaden kataklizm na miarę tego z pogranicza polsko-ukraińskiego.
– Jedna z czytelniczek „Przeglądu”, w wieku 50+, opowiadała, że gdy przed laty chciała nagrać na dyktafon opowiadania ojca o tym, czego jego rodzina i sąsiedzi doświadczyli od „wyklętych”, usłyszała stanowcze „nie”. „Chcę – oświadczył ojciec – byś ty i twoje dzieci przeżyły”. W ten sposób jednak prawda nigdy się nie przebije.
– Historycy, gdy podejmują się opisu działalności tzw. „żołnierzy wyklętych” na ziemiach zamieszkałych przez Białorusinów, z reguły bazują na dokumentach i wspomnieniach uczestników podziemia oraz materiałach instytucji państwowych. Nie znam poważnych opracowań, w których część bazy źródłowej stanowiłyby na przykład relacje ocalałych mieszkańców pacyfikowanych wsi. To co się wydarzyło w Zaniach, Szpakach, Zaleszanach, czy Potoce zostało przecież opowiedziane minuta po minucie przez bezpośrednich świadków wydarzeń, lecz nigdy nie trafiło do polskiej opinii publicznej.
– Dlaczego?
– Ponieważ burzyłoby misternie budowaną mitologię na temat „żołnierzy wyklętych”. Prokurator Białostockiego Oddziału IPN, po wysłuchaniu ponad stu świadków, nie miał innego wyjścia, jak napisać o dokonaniach oddziału „Burego” na początku 1946 roku, że była to „zbrodnia o znamionach ludobójstwa”.
Odchodzi z tego świata pokolenie, które było świadkami powojennej historii na Białostocczyźnie. O tym co ci ludzie przeżyli, opowiadali najczęściej tylko najbliższym. Większość przez wiele lat nie godziła się na upublicznianie swoich wspomnień, argumentując, że zbyt blisko obok siebie żyją ich potomkowie oraz potomkowie sprawców okrutnych czynów. Narracja białoruskich świadków o dokonaniach „żołnierzy wyklętych” w ten sposób przestaje istnieć.
– Oprócz partyzantów po wsiach działali „kożusznicy”, zwyczajni grabieżcy, podszywający się pod walczących z nową władzą. Im też robi się teraz miejsce na pamiątkowych tablicach. Czy oni również znajdują się w polu widzenia historyków?
– Z perspektywy mieszkańców białoruskich wsi niemożliwe było ocenić, kto jest partyzantem reprezentującym jakąś opcję polityczną, a kto tylko zwyczajnym rabusiem. Jedni i drudzy przychodzili uzbrojeni i przedstawiali się jako „wojsko polskie”. Człowiek pod lufą karabinu przecież nie będzie pytać o legitymację czy jakiś inny dowód przynależności organizacyjnej. Zresztą granica między aktywnością mającą kontekst polityczny i kryminalną w wielu przypadkach była dość płynna. Po latach zwyczajni złodzieje, karani przez wymiar sprawiedliwości Polski Ludowej za działalność rabunkową, skłonni byli przypisywać sobie cechy weteranów walki z komunizmem. Słyszałem podczas konferencji naukowych od specjalistów zajmujących się problemem podziemia na Białostocczyźnie o wyrokach wydawanych przez dowódców oddziałów na przywódców grup rabunkowych, podszywających pod partyzantów. Jeden z takich watażków z wyrokiem podziemnego sądu działał na terenie gmin Michałowo i Zabłudów. Przez mieszkańców został zapamiętany jako wybitny przedstawiciel środowiska, określanego dziś mianem żołnierzy wyklętych. Niestety problem ten bardzo rzadko znajduje się w polu zainteresowania historyków, jest prawie nieobecny w literaturze naukowej. Tak jakby komuś zależało na udowodnieniu, że każdy, kto bez zgody ówczesnej władzy komunistycznej robił użytek z karabinu, zasługuje na miano bohatera.
– Jaka była skala działalności „żołnierzy wyklętych” w polsko-katolickich powiatach? Jak byli traktowani przez miejscową ludność? Czy tam także działali „kożusznicy”?
– W niektórych rejonach Polski, na przykład w zachodnich powiatach Białostocczyzny, podziemie cieszyło się dużym poparciem społecznym, przynajmniej w pierwszych latach po wojnie. W miarę umacniania się struktur władzy wygasała wiara w sens działalności konspiracyjnej i rodziły się naturalne w każdym społeczeństwie potrzeby powrotu do normalnego życia. W końcu lat czterdziestych niewielkie grupy zbrojne, ścigane przez funkcjonariuszy bezpieczeństwa, znalazły się w sytuacji rzeczywiście żołnierzy wyklętych. Nie mogli już liczyć na amnestię i bardziej walczyli o własne przetrwanie niż o jakiekolwiek idee, które im obecnie się przypisuje. Wiązało się z tym likwidowanie rzeczywistych i domniemanych konfidentów Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, milicjantów i wstępujących do PPR, wszystkich, którzy potencjalnie mogliby zagrozić egzystencji „wyklętych”. Bez względu na rolę czynnika radzieckiego w zbudowaniu systemu komunistycznego w Polsce, to jednak setki tysięcy Polaków wypełniły wszystkie struktury władzy. Powojenny konflikt z udziałem „żołnierzy wyklętych” na ziemiach etnicznie polskich był nie mniej krwawy niż na wschodniej Białostocczyźnie.
Natomiast wspomniani „kożusznicy”, inaczej bandy zajmujące się rabunkiem mienia, to z reguły zjawisko dość powszechnie towarzyszące konfliktom politycznym. Wojna demoralizuje ludzi, umożliwia dostęp do broni różnym psychopatom, u wielu wyzwala zbrodnicze skłonności. W powojennej rzeczywistości w Polsce można było zajmować się rozbojem, zasłaniając hasłami zwalczania komunizmu. Znakomitym przykładem jest napad na prawosławną wieś Stacewicze w gminie Wyszki 18 kwietnia 1946 r. kilku partyzantów Narodowego Związku Wojskowego, pochodzących z sąsiednich miejscowości, szczycących się mianem szlacheckich. Dowodził nimi Adolf Niwiński pseudonim „Dąb”, powiązany z konspiracją „Burego”. Zrabowane mienie załadowano na siedem wozów, a w roli furmanów uprowadzono trzech mieszkańców Stacewicz. Miejsce ich pochówku odnaleziono w 1990 r. Członkowie NZW rabunku i zabójstw dokonali nie w imieniu organizacji, lecz dla osobistej lub rodzinnej korzyści. Łączyli patriotyzm z dbałością o swoją przyszłość w spokojnych czasach. Domyślam się, że w ich mniemaniu obrabowali i zabili tylko jakichś „ruskich”, a więc z definicji wrogów Polski i Polaków. Sam Niwiński, pojmany przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, za cenę zachowania życia przystał na współpracę i pomagał ścigać swoich „wyklętych” towarzyszy, przez co pozostał bezkarny i dożył późnej starości. To jeden z przykładów mówiący o tym, że powojenna rzeczywistość nie była tak czarno-biała, jak opisuje ją współczesna machina propagandowa.
– Głoszący chwałę „Burego” i „Łupaszki” poszukują usprawiedliwienia ich czynów. Forsowany jest przekaz, że za dokonane na prawosławno-białoruskiej ludności zbrodnie winę ponoszą same ofiary.
– Tak. Na początku lat 90. próby historyków, publicystów, organizacji kombatanckich racjonalnego wytłumaczenia tego, co się stało w styczniu-lutym 1946 roku, szły w kierunku poszukiwania winy ofiar. Pojawił się wątek powtarzany za „Burym” o wrogim stosunku miejscowej ludności do podziemia, strzelaniu do żołnierzy polskich we wrześniu 1939 roku, ostrzelaniu przez mieszkańców jednej z wiosek oddziału „Burego” z broni maszynowej, a nawet prowokacji sowieckiej. Wszystkie te wersje zostały objęte śledztwem prokuratora Białostockiego Oddziału IPN w kwietniu 2002 roku. W ciągu trzech lat przesłuchano 169 świadków, w większości rodziny ofiar oraz byłych żołnierzy „Burego”, uwzględnił dostępne dokumenty. Wszystkie wersje, mające wykazać winę ofiar, zostały odrzucone
– „Żołnierze wyklęci” okazali się wdzięcznym narzędziem kształtowania postaw – przynajmniej z nazwy – patriotycznych, przemówili do wyobraźni dużo silniej niż regularna Armia Krajowa. Niedawno na przykład monaster w Supraślu odwiedziła grupa obozowiczów w koszulkach z napisami „Bury nasz bohater”. Ich opiekun zapewniał, że zbrodnie Burego to mistyfikacja, efekt komunistycznej propagandy, a wszystkiemu winni są prawosławni prowokatorzy. Był oburzony, kiedy przewodnik nie wpuścił ich do świątyni. „Wyklęci” bywają też wzorami dla młodzieży prawosławnej. Czy prostą drogą prowadzi to do zagubienia przez młode pokolenie poczucia samoświadomości (co przecież dzieje się i na innych polach). Co – z punktu widzenia historyka – można robić, by je chronić?
– Opiekun młodzieży w koszulkach z napisami „Bury nasz bohater”, przychodząc z grupą do prawosławnego monasteru, udowodnił, że jest pozbawionym jakichkolwiek skrupułów prowokatorem. Rosnąca fala nacjonalizmu i histerii wojennej stwarza zapotrzebowanie na takich wychowawców młodego pokolenia. Wzorem do naśladowania dla nich staje się człowiek, który wydawał rozkazy zabijania bezbronnych cywili, w tym dzieci. Nie sądzę, aby tacy ludzie sami wierzyli, że ofiary zbrodni „Burego” były komunistami i agentami NKWD, lecz ich podopieczni prawdopodobnie już w to wierzą. Zetempowcy także wierzyli, że Stalin był najszlachetniejszą osobą na świecie, nakazywał zabijać tylko okrutnych faszystów i ich kolaborantów i tym samym uratował ludzkość przed zagładą.
Prawosławni młodzi ludzie w szeregach wielbicieli dokonań „Burego” i jemu podobnych to symbol słabości i klęski środowiska prawosławnego i białoruskiego. Osobiście współczuję tym młodym ludziom, ponieważ – pewnie nieświadomie – depczą pamięć i uczucia swoich dziadków i pradziadków, symbolicznie profanują ich mogiły.
Rodzice nie przekazali im wiedzy, którą otrzymali od swoich rodziców, świadków lub uczestników powojennych wydarzeń. Chcieli zapewne oszczędzić swoim dzieciom poczucia strachu, którego sami przez lata doświadczali. Szkoła i różne instytucje publiczne kształtowały w tym czasie świadomość, która dziś pozwala prawosławnej młodzieży, często potomkom ofiar, czcić pamięć oprawców.
Na pytanie, czy można współczesną młodzież uchronić przed przyjmowaniem, nawet nieświadomie, tak kompromitujących i poniżających postaw – nie znajduję dobrej odpowiedzi. Czasy wybitnie sprzyjają realizacji planów ich różnych „opiekunów”, w tym kapłanów kultu „Burego” i jemu podobnych. Oni mają narzędzia, aby zrobić z obecną młodzieżą wszystko co zechcą.
– Dziękuję za rozmowę.

Eugeniusz Mironowicz, prof. dr hab., kierownik Katedry Polityki Międzynarodowej w Instytucie Historii i Nauk Politycznych Uniwersytetu w Białymstoku. Autor m. in książek: Historia państw świata XX wieku. Białoruś, Warszawa 1999, wyd. II w 2007 r; Polityka narodowościowa PRL, Białystok 2000; Białorusini i Ukraińcy w polityce obozu piłsudczykowskiego, Białystok 2007; Polityka zagraniczna Białorusi 1990-2010, Białystok 2011; Polityka zagraniczna Ukrainy 1990-2010, Białystok 2012; Wojna wszystkich ze wszystkimi. Białoruś 1941-1944, Kraków 2015.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token