Numer 10(376)    Październik 2016Numer 10(376)    Październik 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Tam w górach Karpatach
Anna Radziukiewicz, Eugeniusz Czykwin
– To promysł Boży, że zostaliście biskupem tej diecezji. Na ile Władyko moglibyście się podpisać pod takim stwierdzeniem.
– Pan Bóg tak układa nasze drogi, abyśmy z nich nie zboczyli. Jeśli błądzimy, to poprzez własną pychę. Może rozpocznę od historii sprzed ponad dwudziestu pięciu laty, kiedy miałem rozpocząć studia teologiczne w Moskwie. Nie udało się, były ku temu różne przyczyny. Miałem studiować w Bułgarii, ale rozpoczął się raskoł w Cerkwi bułgarskiej i to uniemożliwiło mi wyjazd do tego kraju. Zapytałem władykę Abla: – A może do Preszowa? – Jeśli chcesz, błogosławię – na to władyka. Wtedy zebrała się spora grupa chętnych do studiowania na Słowacji – ja jako hieromnich, świętej pamięci o. Tomasz Lewczuk, który zginął w nieszczęśliwym wypadku pod Hajnówką, o. Roman Dubec, o. Lubomir Worchacz, o. Jan Kot z Hrubieszowa i matuszka Mirosława Dubec. Tam po raz pierwszy zetknąłem się ze specyfiką południa, innym ustawem, nie synodalnym, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Inne melodie cerkiewnych śpiewów, starokijowskie, tak powinno się je nazywać. Język liturgiczny nie z wymową synodalną, a bliższą oryginałowi – twardą. Tak pomału wchodziłem w specyfikę tych ziem. Czy Pan Bóg nie przyzwyczajał do tego, żeby inność południowego prawosławia nie była dla mnie szokiem? Porównam prawosławie do pięknego ogrodu kwiatów. Ale w nim są kwiaty różne. Gdyby były jednakowe, ogród stałby się nudny. A on jest piękny w różnorodności, która nie zaprzecza jedności Cerkwi.
– Wtedy zaczęły się pierwsze kontakty z Łemkowszczyzną?
– Tak. Pierwszy kontakt, który wywarł na mnie wielkie wrażenie duchowe, to dzień kanonizacji św. Maksyma Gorlickiego. W tym też był chyba promysł Boży. Byłem wtedy młodym hieromnichem, pięć lat po święceniach. Pamiętam, jak jechaliśmy, z seminarzystami, busem do Gorlic z Jabłecznej. Niezgodnie z przepisami, bo z tyłu nie było miejsc siedzących. Rzuciliśmy więc na podłogę materace i tak jechaliśmy prawie czterysta kilometrów. Pamiętam Gorlice, cerkiew ze starym ikonostasem i błoto dookoła świątyni oraz budujący się dom parafialny. Ale najbardziej zapamiętałem modlitewne przeżycie kanonizacji pierwszego świętego w historii autokefalicznej Cerkwi w Polsce. Przybyli hierarchowie z Polski, Ameryki, Słowacji, Ukrainy. Stałem spokojnie z boku. I usłyszałem słowa pokojnego metropolity Bazylego: – Bierycie ikonu świaszczennomuczennika Maksima. Metropolita wyraźnie wskazał na mnie. Wziąłem ikonę wraz z innymi. To jakby sam Maksym poprosił mnie, żebym niósł jego ikonę. Wracaliśmy do domu w nocy. I o niczym innym nie myślałem, tylko o tym, co się stało w Gorlicach. Wcześniej nie interesowała mnie tak osoba Maksyma.
– Studia na Słowacji trwały?
– Tak. Praca magisterska, potem obrona doktoratu.
– I nie od razu Gorlice.
– Służyłem na Grabarce, w Warszawie, potem przyszło archijerejstwo. Byłem w Łodzi biskupem piotrkowskim. I to wtedy dzwoni do mnie ze Słowacji władyka Juraj: – Przyjedź władyko, bo trzeba wnieść moszczy św. Maksyma do jednej z naszych cerkwi. Władyka Juraj otrzymał błogosławieństwo arcybiskupa przemyskiego i nowosądeckiego Adama na przeniesienie cząsteczki relikwii. Mówi: – Święty Maksym prosi ciebie, żebyś wniósł jego święte relikwie. Pomyślałem wtedy – czego oczekuje ode mnie święty Maksym? I zaraz potem zaczęła się moja peregrynacja do Gorlic. Od tego czasu odczuwam obecność św. Maksyma w moim życiu.
– Jako hierarchy?
– Przede wszystkim. Biskup musi podejmować różne decyzje i nieraz nie wie, jak poradzić sobie z problemem. Wtedy modlę się do św. Maksyma albo jadę na Świętą Górę Jawor. I przychodzi rozwiązanie problemu.
– Władyka nazywa też św. Maksyma cudotwórcą.
– Jest na to niejeden przykład. Do relikwii św. Maksyma do Gorlic przyjeżdżają ludzie, szczególnie z problemami duchowymi, i otrzymują pomoc. Odjeżdżają z duchowym bagażem, zostawiając swój ziemski, wszystko co ich przygniata. W czerwcu 2010 roku była powódź. Powódź w górach to coś innego niż na równinie. Tu pada, pada, a potem idzie ogromna fala. Gorlicom zagrażało zalanie dziewięciometrową falą. Woda podeszła pod schody cerkwi. Z rana przyszedł o. Roman Dubec i mówi, że trzeba przestawić samochody do górnej części miasta. Ale jest pytanie najważniejsze – co robić z relikwiami św. Maksyma? Przecież fala zaleje cerkiew. Z głośników, umieszczonych na samochodach jeżdżących po mieście, płynie informacja, że tama na Klimkówce nie wytrzyma i zaleje miasto. Cóż, modlimy się. Myślę – święty Maksymie, albo pomożesz nam, albo twoje relikwie trzeba będzie zabierać na strych i nie wiadomo, czy na strychu się uratują, czy woda ich nie zmyje. Minęły dwie godziny, wychodzimy na dwór, wody pod cerkwią nie ma. Tylko w piwnicy parafialnego budynku stoi po pas. W Klimkówce drzewo zablokowało tamę i przestano spuszczać wodę. Fala spokojnie przeszła przez Gorlice, zalewając tylko dolne części miasta. Poszła na Jasło, gdzie zalała domy na osiedlu do drugiego piętra. A tu spokój.
– Wtedy rozpoczęły się rozmowy z władzami Gorlic w sprawie patrona miasta?
– Tak, podczas mojej pierwszej wizyty u burmistrza po powodzi powiedziałem: – Święty Maksym uczynił cud. Miasto powinno być mu wdzięczne, bo nie zostało zalane. I rozpoczęły się rozmowy na temat uznania św. Maksyma za współpatrona Gorlic. I choć oficjalnie nie ma w tradycji prawosławnej uznawania świętych za patronów miasta, ale realnie tak jest. Św. Maksym przebywa w Gorlicach, teraz w stolicy Łemków, w swoich relikwiach i wierzymy, że jest niebiańskim opiekunem tego miasta. Zrobiono listy. Zbierano podpisy, by Matka Boża była patronką miasta. Nic nie mieliśmy przeciwko takiemu wyborowi. Ale okazało się, że radni zadecydowali, że św. Maksym będzie współpatronem miasta. To też był cud. Na ponad dwudziestu radnych tylko trzech wstrzymało się od głosu. Nikt nie był przeciwny. Decyzję potraktowałem jako akt rehabilitacji Gorlic, miasta, w którym w 1914 roku zastrzelono na dziedzińcu sądu, ale bez sądu, niewinnego duchownego Maksyma Sandowicza.
– Na patronacie nie poprzestaliście?
I w stulecie męczeńskiej śmierci św. Maksyma pojawiła się w Gorlicach ulica św. Maksyma. Prowadzi od głównej ulicy do naszej posesji. Dalej jest ul. Jana Brzechwy. I za to też dziękujemy Bogu, naszym władzom samorządowym i mieszkańcom Gorlic.
– W Gorlicach dwadzieścia lat temu wybudowano centrum diecezjalne, podczas gdy siedziba biskupa była w Sanoku.
– To też jak promysł Boży. Władyka Adam bał się, że na fali odradzania się Cerkwi unickiej może być zmuszony do opuszczenia Sanoka. Stąd koncepcja budowy centrum w Gorlicach.
– To centrum spełnia rolę ośrodka diecezjalnego od początku swego istnienia.
– O. Roman Dubec ożywił ten budynek. Jest w nim centrum kultury, jest to miejsce spotkań młodzieży, działa Elpis.
Wymienię chociażby niektóre przeprowadzane tu przedsięwzięcia – jest to olimpiada ekumeniczna, są rozgrywki w szachy, impreza na wysokim poziomie, na przełomie maja i czerwca idą ludzie do prawosławnego ośrodka, żeby wziąć udział w olimpiadzie szachowej. Tu się recytuje poezję łemkowską. O. Roman gromadzi tu starodruki, opisuje je i kataloguje. Myślę, że zgromadził największy ich zbiór w naszej Cerkwi. Brakuje miejsca na muzeum diecezjalne. Marzy się nam rozbudowa ośrodka.
– Wiele zależy od aktywności duchownych?
– Duchowni naszej diecezji oddają Cerkwi całych siebie, wszystkie swoje siły duchowe i fizyczne. Nie zawsze rozumieją to duchowni z innych regionów Polski. U nas parafie liczą i po trzydzieści osób. Nie wszyscy mają nawet katechezę w szkołach, a nikt nie ma pełnego etatu. A jak żyją? Żyją. Są duchowni, którzy uczą w szkole oprócz religii innych przedmiotów. Ktoś ma pasiekę i sprzedaje miód.
– Ile jest w diecezji parafii?
– Etatowych szesnaście.
– A ile rodzin?
– Trudno powiedzieć. Bo jest sporo rodzin mieszanych, na przykład tylko mama jest prawosławna, a pozostali to albo katolicy, albo unici. Mamy dwa tysiące wiernych oficjalnie zapisanych, a z tymi co sporadycznie przychodzą do cerkwi jest drugie tyle. Boli fakt, że w naszych miastach mieszka wielu prawosławnych z Podlasia i niestety mało kto z nich szuka cerkwi prawosławnej. Cała nasza diecezja to jak jedna białostocka parafia.
– Mniejszość stara się zawyżać liczbę swoich wiernych.
– Kiedy mnie pytają, ilu jest prawosławnych w Gorlicach, dla żartu czasem odpowiadam – z rzymskimi katolikami jest nas 30 tysięcy. A tak naprawdę to mamy stu prawosławnych w Gorlicach. Ale na niedzielne Liturgie przychodzi siedemdziesiąt-dziewięćdziesiąt osób. Budująca jest tu frekwencja na nabożeństwach. Praktycznie znam wszystkich aktywnych prawosławnych w diecezji. Pozdrawiamy się na ulicy. Ludzie nie boją się władyki. Podchodzą, rozmawiają. Zresztą nie tylko prawosławni.
– Prawosławni waszej diecezji nie obawiają się reakcji większości? Nie czują się stygmatyzowani?
– Łemkowie nie wstydzą się swoich korzeni. Jeśli spotykają się na ulicy, nigdy nie rozmawiają po polsku
– W przeciwieństwie do Białorusinów w Białymstoku.
– Młodzież tak samo.
– I starają się Łemkowie rozmawiać w domach z dziećmi po swojemu?
– Tak, nie tylko starają się, a rozmawiają, jest to naturalne. Nienaturalne jest mówienie po polsku.
– W tegorocznej pielgrzymce z Warszawy na Świętą Górę Grabarkę szła grupa młodych Łemków. Rozmawiali między sobą po łemkowsku, jako jedyni w języku mniejszości narodowej.
– Jeśli ktoś nie boi się na ulicy rozmawiać w swoim języku, to w innych sytuacjach też nie będzie się bał. Dlaczego mamy się bać? Żyjemy na swojej ziemi. Kładziemy także nacisk na to, by religia była prowadzona w języku ojczystym – po łemkowsku lub ukraińsku. Powinniśmy zachowywać tradycje naszych przodków i pielęgnować świadomość tego, kim jesteśmy.
– Ale jest niebezpieczna granica – widać to szczególnie na Ukrainie – kiedy kwestie narodowościowe stają się ważniejsze niż wyznaniowe.
– Ale po to jesteśmy duchownymi, żeby wskazać ludziom tę granicę.
– Tam też są duchowni i nie zawsze potrafią wskazać tę granicę.
– Są to duchowni bez głębszego wychowania teologicznego. To jest problem.
– Są i działacze narodowościowi bez teologicznej refleksji na temat narodu.
– Jest to bardzo cienka granica, której nie wolno przekroczyć ani z jednej, ani z drugiej strony. Dla mnie przykładem była Chełmszczyzna. Tam do dziś ludzie mówią o sobie „tutejsi”. To znaczy, żyjemy tu od wieków i byliśmy, jesteśmy i będziemy prawosławni! Powiem: Módlmy się więcej. Post i modlitwa pomoże nam, byśmy nie przekraczali tej granicy, za którą czają się groźne nacjonalizmy w tym złym rozumieniu. Pamiętajmy, żeby wszystko było dobrze, my też powinniśmy być „w dobrych relacjach” z Bogiem – dlatego też klęknijmy, pomódlmy się z głębi serca, przynieśmy Bogu pokajanije, czyńmy dzieła chrześcijańskiej miłości… Mniej słuchajmy tego co fałszywe, co często przekazuje nam Internet czy telewizja, a słuchajmy tego co dobre i prawdziwe – Świętej Ewangelii. Wtedy nie zbłądzimy i zły duch nie zwiedzie nas z drogi prawdy.
– Utrzymujecie kontakty z Ukrainą i Słowacją?
– Graniczymy z diecezją lwowską. Władyka Filaret bywa zawsze na naszych ważnych uroczystościach. Teraz to ma nawet łatwy dojazd. Autostrada prowadzi do samej granicy polsko-ukraińskiej. Utrzymujemy także dobry kontakt z biskupami i duchownymi z Cerkwi słowackiej. Przyjeżdżają chętnie zwłaszcza na Świętą Górę Jawor.
– Wciąż sporną?
– Kwestię góry Jawor rozwiązał sąd, przekazując unitom działkę, na której stoi kaplica, chociaż to prawosławni uratowali kaplicę przed ruiną. To bolesne. Ale taka jest sprawiedliwość tu na ziemi. Osobiście uważam, że najlepszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie kaplicy jako własności Skarbu Państwa i dalsze użytkowanie jej przez prawosławnych i unitów, czyli tak jak było poprzednio. Unici na to się nie zgodzili. Ale na górze Jawor mamy swoją działkę, 70 arów, znajduje się bliżej miejsca objawienia Matki Bożej. Może taka jest wola Boża? Gdy zajdzie potrzeba, zbudujemy na niej kaplicę. Pan Bóg działa, a jaki jest Jego plan w tej kwestii, spokojnie zaczekajmy i wkrótce zobaczymy.
W okresie międzywojennym nie było można zbudować kaplicy na miejscu objawienia, ponieważ leżało na polsko-słowackiej granicy. Teraz, w Unii Europejskiej, przepisy prawne dotyczące takiego pasa pozwalają na większą swobodę. Mamy jednak nadzieję, że będziemy nadal współużytkować obecną kaplicę. W Wysowej, u podnóża góry Jawor, mieszkają teraz jedynie dwie starsze panie unitki – jedna chodzi do cerkwi, druga do kościoła.
– Pięć kilometrów od Gorlic, w Bielance, także doszło do konfliktu z unitami.
– Tam cerkiew musieliśmy oddać. Może myślano, że jeśli pozbawi się nas prawa do tej cerkwi, wszyscy prawosławni z Bielanki pójdą do unickiej cerkwi. Ale prawosławni wybudowali swoją. Teraz bywa, że niektórzy z wiernych unickich przychodzą do naszej. A tyle było emocji, gdy przekazywano nam plac pod budowę. Pamiętam ówczesne wiejskie zebranie w Bielance. Wstaje staruszek i krzyczy: – Wy prokłatyje Moskali, was prywezli z Moskwy w czornych teczkach! Dobrze, że zaprosiłem na zabranie proboszczów rzymskokatolickiego i unickiego i powiedziałem im: oto owoc waszej pracy duszpasterskiej.


(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

fot. Andrzej Zawidniak
za orthodox.pl

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token