Numer 10(376)    Październik 2016Numer 10(376)    Październik 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Lata wojny w Choroszczy (2)
Halina Surynowicz
Na drugi dzień przyszedł na plebanię jeden z tych oficerów – wspomina o. Włodzimierz Garustowicz. Wyjaśnił mi po rosyjsku, że jest pastorem. Interesuje go prawosławie i prawosławne nabożeństwo, chciałby częściej przychodzić na służbę do cerkwi i do mnie. Jak później się okazało, wiele mi pomógł w mojej biedzie, która miała mnie spotkać.
Wkrótce komendant i pastor złożyli wizytę na plebanii prawosławnej. Komendant obozu (...) opowiadał o swojej nauce w Petersburgu, o swoim życiu w Rosji. Przy pożegnaniu zaprosił mnie do odwiedzenia obozu i jeńców, pozwolił mi posyłać im przez kancelarię paczki. Poszedłem więc któregoś dnia do obozu. (...) Komendant zaprowadził mnie do kuchni i powiedział: „Proszę zobaczyć, jak karmimy jeńców. Ile oni nas kosztują! Czy my morzymy ich głodem? Spójrzcie”! Pokazał na wielki kocioł, przy którym stał jeniec ubrany w biały kitel i mieszał drewnianym wiosłem gotującą się koninę. W kuchni panowała wzorowa niemiecka czystość. Gdy wyszliśmy na podwórko, czekał jeniec, który zdaje się miał do komendanta jakąś sprawę – prośbę lub skargę. Był tak słaby, że nie mógł stać o własnych siłach. Komendant usiadł na ławce, poprosił, abym i ja spoczął, i wtedy siadł też jeniec. Oburzony komendant zerwał się i chwycił jeńca za ucho, podniósł go z ławki, wrzasnął i zawołał niemieckiego strażnika, aby zaprowadził jeńca na trzy dni do aresztu. Rozgniewany komendant zaczął się żalić: „...ruskije ludzi niekulturnyje, prosto dikary”. Szybko pożegnałem się z rozgniewanym komendantem i wyszedłem z obozu.
11 września 1941 roku na cmentarzu szpitalnym, dzięki pozwoleniu komendanta, została odśpiewana panichida „Na ścięcie Głowy Jana Chrzciciela”, którą wykonuje się za dusze zmarłych żołnierzy. Mieszkańcy Choroszczy, niezależnie od wyznania, zaczęli wkrótce dostarczać pod szpitalną bramę kosze gotowanych ziemniaków i chleba. Każdej niedzieli w cerkwi zbierano pieniężną ofiarę „na jeńców”, przynoszono i przywożono na cerkiewny plac kosze gotowanych ziemniaków i chleba, które odwożono pod szpital.
Pewnego dnia na plebanię przyszła młoda kobieta z dwójką dzieci – chłopczyk miał 5, a dziewczynka 7 lat. Kobieta, płacząc, opowiedziała, że dotarła tu piechotą zza Wołkowyska. Tam niemieckie samoloty zbombardowały pociąg, którym jechały sowieckie rodziny – bieżeńcy. (...) „Nie poszłam z dziećmi do Rosji, postanowiłam zawrócić, tu w obozie jest mój mąż – Lutostański. Pomóżcie mi! Nie mam, ani pieniędzy, ani chleba. Nakarmcie moje dzieci. Pomóżcie zobaczyć się z mężem. On przed wojną był felczerem i trafił do niewoli nie jako wojskowy, a cywil”. No cóż, pomóc trzeba. Zaprosiłem ich do domu, nakarmiłem i zauważyłem, że kobieta jest przy nadziei. Udało mi się znaleźć dla nich kwaterę. Dobrzy ludzie dali chleb i do chleba. Poszedłem do komendanta i opowiedziałem o losie tej kobiety. Ona poszła do obozu z dziećmi, a komendant pozwolił jej zobaczyć się z mężem. Zauważywszy, że kobieta jest w ciąży, kazał wydać pościel, poduszkę i koc. Sprawdził również status jej męża, a gdy okazało się, że jest cywilem, zwolnił go z obozu. Lutostański znalazł tu pracę jako felczer, a gdy sowiecka armia szła na Berlin, zabrała go ze sobą. Jego żona z dziećmi wyjechała do Rosji.


(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Haliny Surynowicz
fot. archiwum
„Gazety w Choroszczy”

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token