Numer 10(376)    Październik 2016Numer 10(376)    Październik 2016
fot.Anna Radziukiewicz
I po co, czyli fragment większej całości…
Marek Borkowski
Mieszkam na Podlasiu… W południowej jego części, co ma znaczenia dla mojej narracji. Otóż od pewnego czasu w lokalnych placówkach kulturalno-naukowych (tak to ujmę, by tekst nie robił wrażenia donosu) pojawiła się „moda na unitów podlaskich”. Nie byłoby problemu, gdyby nie fakt, że ich historię przedstawia się tak jednostronnie, że wręcz fałszywie. Oczywiście, każda wspólnota religijna wedle własnego gustu i zapotrzebowania ma prawo modelować wizerunki osób (lub środowisk) uznanych przez siebie za tzw. drogowskazy wiary. Gdybyż jednak działo się to w obrębie muzeów czy instytucji będących własnością owych wspólnot!
Przeciwnie, prezentacje jednostronnego, a tym samym nieprawdziwego obrazu zdarzeń historycznych mają miejsce w salach wystawowych mających charakter publiczny, które z definicji mają obowiązek dbania o obiektywizm i rzetelność przekazywanej wiedzy. W przypadkach, które skłoniły mnie do napisania tych uwag, dzieje unitów podlaskich (są bowiem inni unici, o których za chwilę…) pokazuje się metodą – jak ją określam – niedopowiedzeń oraz przemilczeń.
Na czym ona polega? Oto na jednej z owych prezentacji, poświęconej kolejnym jubileuszom zawarcia Unii Brzeskiej oraz beatyfikacji męczenników pratulińskich, bohaterami są podlascy unici, których władze carskie przemocą skłaniały do porzucenia swego obrządku i przyjęcia prawosławia. Jednak tylko na tym jednym się skupiono – na męczeństwie. Całkowitym milczeniem pominięto szereg ważnych wątków i okoliczności zawarcia aktu z roku 1596.
Skupienie się na – skądinąd chwalebnej – wierności wyznawanej wierze niebywale spłyca i upraszcza ad absurdum obraz tego ważnego w różnych wymiarach wydarzenia historycznego. Ograniczono się bowiem do poinformowania widzów, że w Brześciu nad Bugiem w roku 1596 takową unię zawarto… Kto i na jakich warunkach ją podpisał oraz jakie wywołała skutki polityczne i społeczne – widz się nie dowie. A powinien…
Ani słowa o głównym celu unii brzeskiej, którym miało być w perspektywie pozyskanie dla rzymskiego katolicyzmu tworzącego się państwa rosyjskiego.
Ani słowa o tym, że akt unii podpisała tylko część hierarchów prawosławnych i to wbrew pozostałym władykom oraz wbrew opinii kleru parafialnego.
Ani słowa o tym, że przygniatająca część Rusinów wyznających prawosławie wizja przyjęcia zwierzchnictwa Stolicy Apostolskiej bynajmniej nie przyprawiała o radosną ekstazę. Ba, bywało, dowiadywali się z zaskoczeniem, że kładąc się spać byli wyznawcami prawosławia, a o świtaniu stanowili już część zupełnie nowej wspólnoty religijnej. Wspólnoty, która – choć miała gwarancję nienaruszalności swych obrządków – z czasem musiała (na polecenie władz odgórnych) zaaprobować szereg działań mających na celu ich latynizację. Bo unitami mieli być tylko do czasu. Ich przeznaczeniem było przeistoczenie się w „porządnych rzymskich katolików”…
Na wystawie nie wspomniano o tym, że unici byli Rusinami, a nie Polakami. O rzekomym utożsamianiu się ich z narodem polskim ma przekonywać obraz, na którym zgromadzony przed cerkwią unicką tłum, broniący swej cerkwi przed żołnierzami rosyjskimi, wysoko dzierżył… biało-czerwony sztandar!
Tu wtręt niezbędny, a wymowny – jak sądzę. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku prowadziłem badania terenowe w nadbużańskich wsiach położonych między Terespolem a Kodniem, czyli – rzec by można – w „mateczniku unickim”. Pośród pytań zadawanych respondentom były takie, które miały zbadać ich świadomość etniczną. Pamiętam spotkaną we wsi Lebiedziew wiekową kobietę, która indagowana o jej poczucie przynależności narodowej stanowczo, choć z wyczuwalną obawą, odparła: Panie, ale o co wam idzie?… Ja nic nie wiem, ja tutesznia...
I przykład najświeższy. Program konferencji naukowej poświęconej setnej rocznicy tzw. bieżeństwa (Grabowiec, 12.09.2015) przewidywał wysłuchanie opowieści, jakie przekazywane są o tamtych wydarzeniach wśród mieszkańców okolicznych wsi. Choć każdy z mówców zaczynał wystąpienie po polsku, rychło wiódł je pa naszemu, bo tak było mu łatwiej oraz – jak powiedziała mieszkanka wsi Witowo – lepiej pasowało do tematu.
Nie jest prawdą, jak twierdzili oratorzy uświetniający otwarcie jednej z „okołounickich” wystaw, że oto – mimo prześladowań rosyjskich po roku 1874 – „unia przetrwała do roku 1905”. Był to bowiem rok ogłoszenia carskiego ukazu tolerancyjnego, który m.in. pozwalał unitom na przejście do Kościoła rzymskokatolickiego. Nie wrócili jednak do swojego obrządku (unickiego, który zamiennie bywa rusińskim nazywany!), bo Mikołaj II nie zgodził się na jego reaktywowanie, ale też i Pius X nie starał się o to, by cara nie drażnić… Tymczasem, wbrew opinii „znawców przedmiotu” (i to nie tylko w Polsce!), funkcjonuje i ma się dobrze Cerkiew greckokatolicka, która jest w prostej linii spadkobierczynią wspólnoty powołanej podczas prounijnego soboru brzeskiego. Ona też ma swoich męczenników i to bardzo wielu. Ofiary z siebie, jakie złożyli wyznawcy ukraińskiej Cerkwi greckokatolickiej w dobie istnienia ZSRR są absolutnie porównywalne z ofiarami, jakie złożyli niezłomni w wierze unici podlascy. Tylko kto o tamtych unitach wie cokolwiek, kto wie o ich ofierze za wierność wyznawanej wierze?
Kto wie, że niedaleko cerkwi św. Mikołaja, gdzie zebrał się sobór mający unię ustanowić w tym samym Brześciu nad Bugiem – obradował sobór, który chciał unii zapobiec? Tenże sobór potępił unię i nałożył klątwę na każdego wyznawcę prawosławia, który poprzez przyjęcie zwierzchnictwa papieża stałby się unitą. Tyle, że to na dążących do zawarcia unii nie zrobiło najmniejszego wrażenia! Tak, jak nie robiły na nich wrażenia metody „nakłaniania” duchownych prawosławnych do przyjęcia obrządku unickiego. Nawet tak – ujmując eufemistycznie – kontrowersyjne, jakich użyła księżna Anna Ostrogska. A nakazała ona zamknąć proboszczów prawosławnych w lochach jarosławskiego więzienia, w których większa część upornie przy prawosławiu trwającego duchowieństwa umarła (ks. Bogdan Prach, Myłoserda Dweri. Sanktuarium maryjne w Jarosławiu, Warszawa 1996, s. 40).
Czy i dlaczego głoszenie chwały unitów podlaskich, broniących swej wiary w wieku XIX, wyklucza wspomnienie o tych, których przymuszano do przyjęcia obrządku zwanego dziś bizantyjsko-ukraińskim? A może właśnie o tę „ukraińskość” chodzi, zaburzającą słodko-rzewny obraz unitów jako „prawdziwych Polaków”? Obraz, który jest bardziej „poręczny” do popularyzacji kultu unitów z Południowego Podlasia, jako „świętych męczenników za jedyną świętą wiarę”? Bo czasy, niestety, mamy takie, że ponownie reaktywowano, zrodzone w zupełnie innej rzeczywistości, mamidło „Polaka – katolika”…
Nie jest moim celem wybrzydzać na konkretne instytucje i osoby. Niech Bóg broni! Boli mnie jednak (i dlatego napisałem ten tekst) włączenie się w manierę „poprawiania historii” lokalnych instytucji kultury, których zasługi znam, i przekonany jestem o rzetelnej i głębokiej wiedzy ludzi w nich pracujących. Nie śmiem jednak dociekać przyczyn, dla których szacowne gremium przedłożyło „gminne opowieści” nad obiektywizm. Jeśli, jak zapewniano obecnych na jednej z inauguracjach wystaw, celem ekspozycji było przybliżenie losu unitów oraz doniosłości zawarcia Unii Brzeskiej gościom Światowych Dni Młodzieży, to pytam: Jaką prawdę o Unii Brzeskiej przekazuje się przez wyeksponowanie munduru rosyjskiego żołnierza i zawieszenie na ścianie nahajki?
Oczywiście, carat mieczem i ogniem chciał wyplenić obrządek unicki w Królestwie Polskim, ale przecież nie łagodną perswazją przekonywali do unii liczni przecież jej „apostołowie” bezpośrednio po roku 1596!
Na ekspozycji znajdują się wizerunki jednego z gorliwszych krzewicieli „pojednania” prawosławia z katolicyzmem, Jozafata Kuncewicza. Na dwu obrazach (ikonach?) przedstawiony jest z symbolem swego męczeństwa – ostrzem topora wbitym w głowę. Prawda, mieszczanie w Witebsku (1621) rozpłatali mu głowę – co głosi informacja umieszczona pod obrazami. Ale już na innym malowidle tenże Jozafat trzyma topór w dłoni. W moim odbiorze ten wizerunek też jest prawdziwy. Topór – symbol przemocy – bywał bowiem ważnym narzędziem mającym „przekonać” opornych prawosławnych do stania się unitami…
Można czerpać wiedzę o czynach Jozafata Kuncewicza z hagiograficznej opowieści Tadeusza Żychiewicza (wyd. Calwarianum 1985), ale można też z obszernego studium zamieszczonego w zbiorze Zbigniewa Mikołejki Żywoty świętych poprawione (wyd. WAB 2000)…
Przechodzę do podsumowania. Mam nieodparte wrażenie, że nie dość rzetelne (by uniknąć określenia: zmanipulowane) prezentacje unickie, które wywarły na mnie tak przykre wrażenie, nie są „wpadkami”. Nie są przypadkowymi potknięciami profesjonalnych historyków. W moim głębokim przekonaniu te prezentacje wpisują się w trend nazywany „nową polityką historyczną”. Bowiem jakoś za bardzo owe unickie ekspozycje pasują do dyletanckiego pod względem przekazu oraz tendencyjnego w treści Przewodnika po historii Polski 966-2016 (Warszawa 2016), firmowanego przez MSZ, IPN i Redutę Dobrego Imienia.
Jestem na tyle dużym chłopcem, by pamiętać nauczanie najnowszych dziejów ojczystych w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Skojarzenie zasadne, bo technika indoktrynacji była taka sama, jak i dziś! Różnica polegała na tym, że bliźniacze w tonie i formie „opowieści dziwnej treści” snuto o innych zdarzeniach i bohaterach. Dziś, okazuje się, snucie takich opowieści nadal jest ulubionym zajęciem kolejnego pokolenia historyków i ich politycznych mocodawców, którzy postanowili jeszcze raz „napisać historię na nowo”…
Rozumiem potrzebę mitu założycielskiego. Rozumiem, że (bywa) rozpaczliwie poszukuje się „korzenia”, na którym ów mit da się ufundować, ale jakiż to fundament zbudowany z półprawd, które de facto są kłamstwami? Zresztą już samo określenie „mit” sugeruje nad wyraz swobodne podejście do materii historii. Tylko co z kreślenia „nowych wizji przeszłości”, co z przypisywania sławy tym, których obciążają draństwa, co z pisania nowych „landrynkowych” życiorysów, które nijak się mają do rzeczywistości, gdy celem jest zawładnięcie duszami ogółu społeczeństwa?
Boję się… I jest to strach autentyczny. Strach wynikający z tego, że włączenie się do walki o „rząd dusz” (która w moim głębokim przekonaniu trawi współczesną Polskę) grona autentycznych intelektualistów i dużo większej gromady aspirujących do takiego statusu, może doprowadzić do destrukcji więzi społecznych, do utrwalania podziałów na „naszych” i „obcych” – „dobrych” i „złych”. Czyli do tego, co (także za sprawą elit intelektualnych) dokonało się w byłej Jugosławii.
I po co nam to? Czy w ustroju demokratycznym (jeśli nadal ma być podstawą Państwa Polskiego) każda nowa ekipa rządząca będzie pisała i upowszechniała „autorską” wersję dziejów Polski? I czy nie byłoby najlepiej (wreszcie!) napisać naszą wspólną historię rzetelnie – od początku do końca – uwzględniając wszelkie „cienie” i „półcienie”, by nie musieć jej nieustannie „modyfikować” i podawać nam, społeczeństwu, jako kolejne „prawdy do wierzenia”?

Marek Borkowski
Ekumenizm, 24 lipca 2016

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token