Numer 10(376)    Październik 2016Numer 10(376)    Październik 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Strzały w cerkwi
Piotr Bajko
Jeśli ktoś uważa, że nikomu zdrowemu na umyśle nie przyszłoby do głowy strzelanie z broni w świątyni, bez względu na to do jakiej konfesji ona należy, to się myli (oczywiście nie biorę tu pod uwagę terenów, na których trwają działania wojenne). Przypadki takie na szczęście zdarzają się u nas rzadko. Ten, o którym chcę opowiedzieć, zdarzył się ponad wiek temu, dokładnie 26 grudnia 1905 roku.
W czasie katolickich świąt Bożego Narodzenia do obywatela ziemskiego Knobelsdorfa z powiatu mozyrskiego (gubernia mińska) zjechało w gościnę kilku krewnych. W rozmowach za świątecznym stołem poruszano różne lokalne sprawy. Ktoś z miejscowych wspomniał o szkodach, wyrządzanych okolicznym mieszkańcom przez lisy. Drapieżniki te założyły gniazdo pod cerkiewką, która znajdowała się w lesie, przy dzierżawionym przez Knobelsdorfa folwarku. Cerkiewka była w złym stanie, miała zniszczony dach i sufit. Padający śnieg przedostawał się do środka, zasypując podłogę, ołtarz i ikony. Nabożeństwa w niej odprawiano tylko raz w roku.
Podchmielona kompania, złożona z pięciu katolików i dwóch prawosławnych, postanowiła rozprawić się z drapieżnikami i ruszyła w stronę świątyni ze strzelbami i psami. Gniazdo lisie znajdowało się wprost pod ołtarzem. Tropiące zwierzynę psy odszukały norę pod cerkiewką i wypłoszyły stamtąd lisa, którego natychmiast zabito.
Tak się jednak złożyło, że psy zabłądziły w norze i nie mogły z niej wyjść. Myśliwi wpadli na pomysł, żeby wejść do cerkiewki, podnieść parę desek z podłogi i wypuścić psy. Problemu z otwarciem świątyni nie było żadnych, zamykana była jedynie na haczyk. Gdy podniesiono deski, psy natychmiast wyskoczyły, a za nimi także… lis. Jeden z myśliwych, nie zastanawiając się chyba gdzie się znajduje, wystrzelił do zwierzęcia. Lis skoczył na szerokie, dolne obramowanie ikony Chrystusa. Myśliwy strzelił powtórnie. Trafił śrucinami zarówno w lisa, jak i w obraz. Postrzelony drapieżnik rzucił się ku Carskim Wrotom, udało mu się je nieco otworzyć, ale psy go dopadły i zagryzły.
Całej tej historii postanowiono nie rozgłaszać. Widocznie świątecznym strzelcom doszło w końcu do świadomości, że swym zachowaniem zbezcześcili świątynię. Jednakże miejscowi wierni zauważyli po pewnym czasie nieporządek w swojej cerkiewce, a wokół niej ślady butów na śniegu. Zawiadomili policję. Ta wdrożyła śledztwo, w wyniku którego ustalono przebieg niedawnych tutaj wydarzeń. Niefortunni myśliwi zostali pociągnięci do odpowiedzialności sądowej. Sędzia jednak okazał się człowiekiem bardzo wyrozumiałym. Nie uznał opuszczonej i praktycznie otworem stojącej cerkiewki za świątynię i sprawę skierował do naczelnika ziemskiego, kwalifikując polowanie jako „samowolne”. Sprawa została wkrótce umorzona, gdyż właściciel terenu, uprawniony do dochodzenia podobnych spraw, nie wystąpił o ukaranie sprawców znieważenia cerkiewki.
Oburzony takim obrotem sprawy o. Jakubowicz, poseł do Dumy Państwowej, postanowił interweniować. Przedstawił informację na ten temat kilku innym posłom. Z dużym opóźnieniem, ale wszakże, uczestnicy tego haniebnego polowania stanęli 2 czerwca 1910 roku przed Sądem Okręgowym w Mińsku. Oskarżono ich, na podstawie artykułów 73 i 74 ówcześnie obowiązującego kodeksu karnego, o znieważenie świątyni oraz wyznania prawosławnego. Sąd wydał wyrok skazujący Knobelsdorfa na osiem lat ciężkich robót, Dołkowskiego i Urbańczyka na sześć lat, Kuksa i Szamborskiego na cztery lata zamknięcia w domu poprawy, Borbenkę na dwa lata wieży, a drugiego Urbańczyka, Antoniego, na rok.
A lisy? Podobno nie wybito ich wszystkich, ale te, które ocalały, przeniosły się na inny teren.

Piotr Bajko

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token