Numer 11(377)    Listopad 2016Numer 11(377)    Listopad 2016
fot.Natalia Klimuk
Moce i niemoce pogranicza
Anna Radziukiewicz
-Jesteśmy zawieszeni w przestrzeni naszego kontynentu jak dzwon – kontynuował pisarz. – Bije on wtedy, gdy wiatr historii powieje. Bije w przeciągach. Dziś, po wiekach szamotaniny, mamy szansę usłyszeć dzwon wieczystego pokoju. Z Zachodem jakoś sobie poradziliśmy. Pozostaje do uładzenia kierunek wschodni, tym trudniejszy, że rozwałkowany na nowe byty państwowe, których przyszłość jest jeszcze mniej wyraźna niż nasza ojczysta. Nasze wschodnie sąsiedztwo nam się zdecydowanie nie udaje. Wielorakie konflikty historyczne na tym drugim obszarze to żywa część dziejów.
Pisarz wspomniał o uniach: – Unijność nasza zawsze była dwuznaczna, posługująca się podstępem, zarówno w akcie wołkowyckim (unii państwowej, znanej w historii raczej jako unia w Krewie – ar), jak i późniejszej unii religijnej w Brześciu, skrywając słabość Korony w mocy Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Historiozofia na temat unii musi ulec poważnej rewizji.
– Idee są podstawą wszystkiego: życia codziennego, polityki i gospodarki – twierdził Paweł Kozłowski, ekonomista i socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. I o nich mówił, dokładnie o obecnych w Rosji. O ile od czasów rewolucji francuskiej główny wybór ideowy w Europie dokonywał się między lewicą i prawicą, w Rosji, poczynając od wieku XIX – zakreślił mówca – polega na wyborze między byciem częścią Zachodu lub na uznaniu, że bycie Zachodem jest niemożliwe i szkodliwe. Czyli istnieje tam podział na zapadników i okcydentalistów. Rewolucja październikowa była produktem ideowym Zachodu, projekcją zapadników, którzy chcieli znaleźć się na czele ówczesnego świata. Paweł Kozłowski wymienił najważniejsze nazwiska i ośrodki życia ideowego współczesnej Rosji, mające podstawowe znaczenie zarówno dla życia politycznego, jak i gospodarczego. Zauważył, że współczesna myśl rosyjska o wiele więcej czerpie z myśli Europy Zachodniej, Ameryki Północnej czy Południowej niż z Polski.
Zakreślił też dwie podstawowe strategie świata zachodniego wobec współczesnej Rosji. Jedną – wciągania Rosji do świata zachodniego – realizują głównie Niemcy i Francja, drugą – odpychania Rosji jak najdalej od tego świata i i dezintegracji Rosji realizuje USA i Polska.
Żadna dla Rosji nie jest korzystna – chciałoby się skomentować. Obie ją by niszczyły, nie uznając jej cywilizacyjnej odmienności i misji.
Ciekawej analizy relacji polsko-rosyjskich dokonał Andrzej Romanowski, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktor naczelny Polskiego Słownika Biograficznego, polonista. Choć na panel nie przybył, jego referat odczytano. Na początek przywołał słowa nestora polskiej myśli politycznej Stanisława Stommy, swojego – jak określił – mistrza ideowego, wypowiedziane w grudniu 1990 roku. Przewidywał on, że za lat dziesięć, a może i pięć, Rosja znów będzie odgrywać rolę mocarstwa. Dlatego powinna Polska zachować wobec Rosji rozumną powściągliwość, nie mieszać się w konflikty wschodnich sąsiadów i – uchowaj Boże – nie podsycać występujących tam antagonizmów. Stomma, ciągnął profesor z Krakowa, ze swymi litewskimi korzeniami i tradycją ugody z Rosją, opowiadający się za bezwarunkową federacją Rosji, Białorusi i Ukrainy, niewątpliwie nie docenił prozachodniej opcji Ukraińców z ówczesnej Galicji, owej Rusi Halickiej, dążącej do Zachodu, i nie docenił rangi północno-zachodniej katolickiej Białorusi, ciągnącej do Wilna, którego ludność przyjęłaby federację z Rosją jako wrogą inicjatywę.
– Uważam, że polityka polska nie powinna odwracać się plecami do wschodnich sąsiadów, z którymi złączyła nas historia – uświadamiał prof. Romanowski. – Przyciąganie zaś ich do świata zachodniego, aby było skuteczne, musiałoby się odbywać w długim marszu, zakrojonym na pokolenia i nie przeciwko Rosji. Sięgający średniowiecza mit jedności świata ruskiego i głęboka więź wytworzona w tej geopolitycznej przestrzeni przez prawosławie oraz trwające od XVII wieku związki ekonomiczne naszych wschodnich sąsiadów z Moskwą, nakazywałyby daleko posuniętą ostrożność wobec Rosji. Związek Radziecki przegrał wyścig gospodarczy, kulturalny i cywilizacyjny, ale nie przegrał wojny. A nowa Rosja, powstała na gruzach państwa sowieckiego, nie rozpadła się w nowej smucie. Ona istnieje. Dlatego imperatyw niemieszania się w wewnętrzną politykę krajów wschodnich wydaje mi się być podstawą polskiej racji stanu.
Przyczyna konfliktu między Rosją i Polską to rywalizacja o ziemie ruskie. I w związku z tym trwający kilkaset lat fatalizm wrogości. Zasadnicza przyczyna konfliktu znikła w 1945 roku, kiedy Polska wycofała się, nie z własnej woli, z historycznych ziem ruskich. I odrzuciła do nich jakiekolwiek pretensje. Cząstki historycznej Rusi wprawdzie pozostały we współczesnych granicach Polski – Przemyśl, Sanok, Rzeszów, Krosno, Bielsk, Drohiczyn – ale te miasta zostały już spolonizowane.
Jednak do 1989 obce sojusze i absurdalna ideologia określały wciąż podległość Polski wobec ZSRR. Znikły one wraz z wycofaniem się wojsk sowieckiej armii z terenów Polski, kończąc długi konflikt. A Rosja pogodziła się nawet z wstąpieniem Polski do NATO w 1999 roku, usiłując wprawdzie blokować polskie natowskie aspiracje, nigdy jednak nie posuwając się poza działania dyplomatyczne. Teraz więc między Rosją i Polską nie ma żadnej płaszczyzny konfliktogennej. Profesor zwrócił uwagę na znaczenie wizyty premiera Putina w 2009 roku na Westerplatte i na wagę jego słów. Władimir Putin powiedział wtedy, co dla Rosjan musiało brzmieć obrazoburczo, że druga wojna zaczęła się w 1939 roku, a nie w 1941, uznając tym samym pakt Ribbentrop-Mołotow i jego wszelkie konsekwencje. Niestety w Polsce tego przemówienia nie doceniono.
Podobnym krokiem do zbliżenia na drodze porozumienia polsko-rosyjskiego było spotkanie premierów Polski i Rosji – Donalda Tuska i Władimira Putina 7 kwietnia w Smoleńsku. Wagę tego spotkania przysłoniła jednak reakcja na katastrofę smoleńską z 10 kwietnia 2010 roku. I choć Rosjanie wykazali wielki ładunek współczucia i żalu z powodu katastrofy i choć przybył na pogrzeb prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego prezydent Federacji Rosyjskiej Dymitr Miedwiediew, a nie przyleciało wielu przywódców krajów, tłumacząc się zagrożeniami w ruchu powietrznym, to i tak Polska odpowiedziała na to wszystko słowem, które mogło Rosjan głęboko ranić. Smoleńsk nazwano ziemią przeklętą, co świadczyło nie tylko o polskim bezkrytycyzmie ale i ignorancji. A może jest to ziemia błogosławiona – zastanawiał się intelektualista z Krakowa. Dała ona bowiem schronienie wielu powstańcom styczniowym. I czy gotowi jesteśmy – pytał – ziemię polską nazwać przeklętą, skoro ulokowano na niej Auschwitz? Do tego doszła kampania nienawiści, bredząca o sztucznej mgle, wybuchu na pokładzie prezydenckiego samolotu, spisku Tuska z Putinem. Rosjanie musieli przecierać oczy ze zdumieniem.
W Polsce nie chciano przyjąć całkowitej odpowiedzialności za smoleńską katastrofę. Odpowiedzialnością za nią rząd Tuska próbował się dzielić z Rosjanami, odrzucając z butą rosyjski raport MAK-u. Zaczęła się, ze strony PO i PiS, licytacja na antyrosyjskość, co doprowadziło do tego, że w pełni uprawnione stało się stwierdzenie Bronisława Łagowskiego, iż rusofobia stała się składnikiem polskiej polityki.
Z Rosją – przywołał prof. Romanowski jeszcze słowa Stommy – nie mamy żadnych spraw spornych, ale można sztucznie tworzyć sytuacje konfliktowe, ingerując w sprawy sporne poza naszą wschodnią granicą.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


Anna Radziukiewicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token