Numer 11(377)    Listopad 2016Numer 11(377)    Listopad 2016
fot.Natalia Klimuk
Patefon
Marek Cybart
Kiedy sąsiad zobaczył u mnie zbiór płyt gramofonowych, zainteresował się, czy mam jakieś przedwojenne szlagiery.
Nastawiłem mu to i owo, a wtedy on, nucąc znajome melodie, opowiedział mi taką historię:
Mój tato, jeszcze będąc kawalerem, marzył o posiadaniu patefonu i płyt z melodiami do tańca.
Ale przecież wiadomo, że nikt mu czegoś takiego nie był w stanie podarować, w domu było niebogato – dopiero zaleczyły się rany zadane gospodarstwu przez bieżeństwo 1915 roku. A sam nie miał gdzie zapracować na ten zakup, rodzice przecież nie płacili mu za pomoc.
Marzenie o patefonie stawało się coraz silniejsze. Musiał więc znaleźć jakiś inny sposób zdobycia pieniędzy. I znalazł. Stopniowo wynosił z gospodarstwa niewielkie ilości zboża i sprzedawał je Żydom. Z trudem, ale potrzebną sumę zgromadził i poszedł do Siemiatycz dokonać zakupu. W starozakonnym sklepie kupił wymarzony sprzęt i kilka pierwszych płyt. A jako bezpłatny dodatek do patefonu Żyd nauczył go tańczyć tango, walca i co tam jeszcze było modne.
Stopniowo dokupywał nowe płyty, a młodzież w Bacikach nie musiała już szukać na swoje tańce grajka. Z czasem kolekcja nagrań osiągnęła poziom dziewięćdziesięciu sztuk.
Przyszła wojna. W dworze Ciecierskich zainstalowali się Niemcy, jacyś rekonwalescenci z Wehrmachtu. Pewnego dnia przed dom mojego sąsiada podjechał samochód, z którego wysiedli niemieccy wojskowi w mundurach.
Poprzez tłumacza objaśnili, że słyszeli, iż w tym domu jest patefon i że oni chcieliby go kupić. „Już lepiej niech siłą zabiorą, ale nie sprzedam” – postanowił młody sąsiada. „Nie chcesz sprzedać, to pożycz”. „To co innego, jest cień nadziei, że aparat wróci do mnie” – pomyślał i zgodził się. Niemcy wzięli patefon i płyty i odjechali.
I nikt w domu moich sąsiadów nie spodziewał się, że jeszcze kiedyś ujrzą swój grający sprzęt. Aliści latem 1944 roku, na dzień czy dwa przed opuszczeniem naszych stron przez okupantów, przed domem sąsiada ponownie zatrzymało się auto. Niemcy przywieźli patefon, wszystkie płyty, a jako „czynsz dzierżawny” dołożyli trochę cukru i tytoniu ze swoich zapasów. Podziękowali, pożegnali się i odjechali.
Wkrótce potem pojawili się żołnierze sowieccy, później ludzie dowiedzieli się, że tu u nas to jednak będzie Polska i pomału zaczęły się instalować nowe, polskie władze. I wtedy zaczęły się nocne wizyty umundurowanych zbrojnych ludzi. Podobno było to AK, ale ludzie dość szybko zaczęli nazywać ich „kożusznikami” (AKurę..., AKaczkę..., AKożuch...). Rozpoczęła się grabież białoruskich wieśniaków, zdarzały się zabójstwa, powszechne były energiczne zachęty do wyjazdu do sowieckiego „raju”.
Pewnej nocy zjawili się i u moich sąsiadów. Przyszli po... patefon i płyty: „Dawaj wszystko, sk...synu kacapie!”. Spróbuj nie oddać! Zabrali co chcieli i zniknęli. I tak się zakończyła dla taty mojego sąsiada przygoda z samodzielnym muzykowaniem.
Daleko ten patefon nie zawędrował. Był u kowala w jednej z pobliskich szlacheckich wsi po drugiej stronie szosy, do dziś dzielącej powiat siemiatycki na dwie części – prawosławną, niegdyś białoruską, a dziś coraz bardziej polską, i szlachecką, zawsze podobno polską.
Chociaż historyk wie, że to nieprawda, że i tam były niegdyś szlacheckie wsie prawosławne, czego śladem jest istniejąca sieć cerkwi na terenach prawie jednolicie katolickich. Ale to już inny temat.

Marek Cybart

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token