Numer 12(378)    Grudzień 2016Numer 12(378)    Grudzień 2016
fot.www.meloman.ru
Czy zajmą nasze miejsca?
tłum. Ałła Matreńczyk
Z punktu widzenia chyba większości zachodnich Europejczyków emigranci z muzułmańskich krajów to nieszczęśni ludzie, którzy powinni być im dozgonnie wdzięczni za zezwolenie na życie w tak uporządkowanym świecie. A z punktu widzenia muzułmanów-emigrantów Europejczycy to w swojej masie bezbożnicy, nie wiadomo dlaczego korzystający z niesłychanych bytowych dobrodziejstw. Różnica w podejściu ogromna. Asymilacji nie będzie, trzeba uczciwie przyznać. Nastąpi nieunikniona chemiczna reakcja, jaka zachodzi przy zetknięciu wody i kwasu. Ze strony europejskich aborygenów będzie to wojna o rozmyte i bezbarwne liberalne wartości, mdłe jak białko jajka (tolerancja, gender, widmo wolności), z drugiej konkretna wojna nosicieli określonych idei religijnych o triumf swego światopoglądu (Bóg pozwolił – Bóg zabronił. To wszystko!). To współczesne zjawisko ma bardzo wyraźną biblijną analogię.
Żydzi za czasów Józefa weszli do Egiptu jako ratująca się przed głodem duża rodzina pasterzy. W ciągu kilku stuleci stali się dużym ludem, już nie zajmującym się wypasem bydła, tylko budownictwem, ale ludem zniewolonym. Potem było Wyjście i wędrówka, podczas której Żydzi nie byli już ani pasterzami, ani budowniczymi. Byli wędrowcami i żołnierzami. Na miejsce tych, którzy zmarli lub zginęli po wyjściu z Egiptu, rodzili się nowi ludzie. To im przyszło wejść do krainy Kanaan. Ludzie, którzy pod wodzą Jozuego zajęli Ziemię Obiecaną, nie znali osiadłego trybu życia. Nie budowali, nie siali i nie zbierali plonów, nie zajmowali się rzemiosłem. Tylko wędrowali i wojowali. Kilka pokoleń ludzi, którzy zapomnieli, co to znaczy orać albo budować!
A przeznaczone im było osiąść na ziemi, którą przecinały drogi, gdzie wykopano baseny i studnie, zasadzono sady i winnice. Zakurzony wędrowiec otrzymał od Boga nakaz osiedlenia się na ziemi, na której przez wieki żyli oracz i winiarz, kowal i tkacz, lekarz i kupiec.
Ale prawdą jest, że Żydzi mieli coś, czego nie mieli Kanaanejczycy – religijne prawo, otrzymane na Synaju, nakaz, by okazywać bojaźń Panu po wsze czasy i starać się wypełniać wszystko, co jest zapisane w księdze Zakonu. A u Kanaanejczyków kwitła rozpusta. Uprawiano rytualną prostytucję, zarówno żeńską jak i męską, składano ofiary diabłom, urządzano rytualne orgie, działali czarownicy, przywoływano zmarłych. Robiono to wszystko, przed czym Pan w Piśmie ostrzegał Żydów: „Nie postępujcie według zwyczajów narodów tej ziemi. Nie powtarzajcie ich obrzydliwości, bowiem za te obrzydliwości wypędzam ich sprzed waszego oblicza. Rysunków i nacięć na ciele nie czyńcie. Martwych nie przywołujcie. Wróżbitów nie trzymajcie. Nie obcujcie z mężczyzną jak z kobietą. Ze zwierzyną nie spółkujcie. Jeżeli będziecie to robić, nauczycie się tego co nie trzeba, i was wypędzę z ziemi mlekiem i miodem płynącej. Bójcie się Pana. A teraz wchodźcie i panujcie nad ziemią, mieszkajcie w domach, których nie budowaliście. Jedzcie owoce, których nie sadziliście”.
Oto obraz z Pisma Świętego, który w pewnym stopniu grozi powtórką i w chrześcijańskim Starym Świecie.
Niezależnie od tego, jakie błędy i zabłądzenia towarzyszyłyby muzułmańskim emigrantom, daleko nie wszystko w ich wierze jest nieprawdziwe. Ich nieprawda jest widoczna jedynie w porównaniu z Ewangelią. Ale w porównaniu z moralnymi uwarunkowaniami współczesnego Zachodu widoczne jest akurat kłamstwo tego ostatniego. Muzułmanie wypadają lepiej. Muzułmanin wierzy w przyszłe życie, w piekło i raj. Są to dla niego niewidoczne do pewnego czasu rzeczywistości. Europejczyk raz po raz wyśmiewa podobną archaiczność. Muzułmanin wierzy, że ciało zmartwychwstanie w Dniu Ostatecznym. Ciała nie można zatem deprawować za życia i palić po śmierci. Europejczyk odwrotnie – rozwiązłość za życia ma za normę, a po śmierci wrzuca ciało w ogień, bez myśli o zmartwychwstaniu. Muzułmanin nie ceni ponad wszystko swego biologicznego życia, tym bardziej biologicznego życia ideologicznego przeciwnika. Najważniejsze dla niego są prawa Najwyższego – tak, jak jemu je objaśniono. Dlatego nie boi się ani umierać, ani zabijać. Europejczyk oprócz biologicznego istnienia nie zna innych wartości. Spotkanie twarzą w twarz z kulturą inaczej pojmującą śmierć jest dla Europejczyka groźne i nieznośne. Przegrywa już na wstępie.
A czym dalej, tym gorzej. Pojawiają się problemy seksualne, bezdzietność, aborcje, bezwstyd. Wszystko to wywołuje w emigrantach religijny gniew. Tak, przyjechali do obcego kraju. Są nowi. Ale jest ich pełno. „Nie można opalać się bez majtek przy ludziach” – mówią, zjawiając się na plaży nudystów z bronią w ręku. I mamy spór niemego z głuchym. Europejczyk z oburzeniem marszczy brwi: „Jak śmiecie nas pouczać? Przecież was przyjęliśmy”. Na to Jousuf czy Ali, wcale się nie krygując, odpowiada: „Robicie to, czego nie można robić. Nie macie ani wiary, ani wstydu, ani sumienia. Nie zaprosiliście nas w gości. Najpierw zbombardowaliście nasze miasta. Poczekajcie, jeszcze was nauczymy, jak czcić Boga”. I jakby nam nie było szkoda Kurta czy Fritza, przyznać pewną rację słowom Alego czy Jousufa powinniśmy.
Kobiety obłapywane wokół katedry w Kolonii to nie tylko chuligaństwo. Kobieta jest pierwszym trofeum zdobywcy. Na oczach zwyciężonego przeciwnika zgwałcić jego kobiety to szczęście – mówił Czyngiz Chan. Od tej pory niewiele się zmieniło w psychologii zwycięzców. I to, że Niemkom wkładano rękę za pazuchę w środku miasta w obecności mężczyzn, należy odczytać jako przesłanie: „Jesteście słabeuszami. Zrobimy z wami co chcemy. Mamy do tego prawo”. W ogóle o „poniżone kobiety Wschodu” martwi się wielu mężczyzn – ojciec, wujek, bracia, narzeczony, potem synowie. O europejską kobietę nie martwi się nikt. Jak się okazało w Niemczech, nawet policja. I kobiety jako pierwsze, jak zawsze, czują upadek swojej cywilizacji. Na swojej skórze czują.
Wkrótce nastanie dzień, kiedy Arabowie i Afrykańczycy zechcą żyć nie w obozach i ośrodkach migracyjnych, a w mieszkaniach obecnych gospodarzy. Zechcą żyć tak jak dawni gospodarze, ale nie obok, a zamiast nich. Oczywiście dla utrzymania europejskiego komfortu potrzebna jest wiedza i praca. Potrzebni są elektrycy, lekarze, inżynierowie, piloci. Potrzebne są setki zawodów, ciągłość porządku i władzy. Dlatego przyszłość rozdartej Europy wydaje się mroczna. Wielu emigrantów nie będzie chciało się uczyć ani pracować. Wielu zechce siłą sięgnąć po cudze, rozdeptać ręką stworzony miniaturowy raj tak, jak Atylla rozdeptał i ograbił Rzym. Co będzie dalej, mało ich interesuje. Są jedynie toporem w ręku rąbiącego, a topór nie ma zwyczaju się zastanawiać. Ale to będzie potem. A na razie emigranci są takim „biczem dla Europy”, jakim byli barbarzyńcy dla Wiecznego Miasta. Nawet kiedy po europejsku się zdeprawują, nie staną się tolerancyjni. Pozostaną religijnie zmotywowanymi obcymi.
Możliwe, że Europę czeka skręt na prawo. Kibole, faszyzująca młodzież, wszelkie przejawy rasizmu, rozpoczynające się chociażby na stadionach piłkarskich. Ale to nie uratuje sytuacji. Naprawi ją jedynie powrót do rdzennej dla Europy chrześcijańskiej religijności. Zwycięstwo można osiągnąć jedynie w duchu. Ale tę jedyną odtrutkę należy uznać za mało prawdopodobną. Chyba Europa wydaje się nie mieć siły na chrześcijańskie odrodzenie.
Biały człowiek w Starym Świecie będzie w dalszym ciągu uważał, że ma prawo żyć i grzeszyć jak mu się chce. A źli biedacy z Koranem w ręku będą, niczym atakująca oazę pustynia, zajmować kawałek po kawałku nadające się do życia terytorium, odcinać dzielnicę za dzielnicą, region za regionem. Na pewnym etapie zaczną wypędzać Europejczyków z ich domów, nakładać przeznaczone dla niewiernych podatki, wprowadzać szariackie sądy, narzucać kobietom nakrycia głów, itd. Będą działać konsekwentnie i logicznie. Proces wydaje się nieodwracalny.
Wszystko to dotyczy także Rosji. Należy przemyśleć swoją kulturową zależność od Zachodu. Wdychane przez nas, płynące z Zachodu, opary rozwiązłości, wymagają chrześcijańskiego respiratora. Wszystko, co zrodziła chrześcijańska Europa, trzeba kochać i przyswajać. A wszystko, co narodziło się w postchrześcijańskiej Europie, należy trzymać na dystans i badać z ostrożnością. Po zbadaniu najczęściej odrzucać.
Przyjmując wynaturzone kulturowe nowinki my sami, jako Europejczycy, wystawiamy się na ciosy. Prawosławna Rosja umiała zbudować dobrosąsiedzkie stosunki z muzułmanami wewnątrz swego kraju, jak i poza jego granicami. Postchrześcijańska Rosja będzie tak samo słaba i narażona na ciosy, jak słaby jest każdy egoista i bezbożnik w kontakcie z religijnie zmotywowanym przeciwnikiem, któremu przyświeca wyższy cel.
Nasi muzułmanie nie są przyjezdni. To tutejsi. Nie oddziela ich silna bariera językowa, a i bariera kulturowa została solidnie obniżona. I musimy robić w domu to, co się nie udaje i prawdopodobnie już się nie uda Europejczykom. Muzułmanie XXI wieku mają do chrześcijan XXI wieku pretensje. Sedno pretensji jest proste: Gdzie wasza świętość? Gdzie modlitwy i post? Gdzie szacunek do starszych i posłuszeństwo żony wobec męża? Gdzie wasza młodzież – w szalonych klubach czy w sportowych salach? Gdzie miłosierdzie? Nie jałmużna, a właśnie miłosierdzie? Gdzie znajomość własnej historii? I jeśli w odpowiedzi wstydliwie będziemy milczeć, powiedzą „Popatrzcie na nas”. Pokażą nam swoje lepsze cechy, przemilczając gorsze, a my jeszcze bardziej pogrążymy się w milczeniu. A milczeć nam nie wolno. Nasza odpowiedź powinna być życiowa i religijna.
„Oto nasz post i nasze modlitwy. Oto nasza pomoc wzajemna. Oto nasza młodzież. Oto nasze rodziny. O wszystkim co nasze pamiętamy, do cudzego odnosimy się z szacunkiem. Rany przeszłości leczymy i efekty są już widoczne”. Jeśli odpowiedź będzie rzeczowa i poparta bezspornymi faktami, to będzie i pokój, i wzajemny szacunek. Nie można nie szanować ludzi, którzy bronią rodziny, pomagają sobie wzajemnie, kłaniają się Bogu w duchu i w prawdzie, szanują sąsiada i jedzą chleb, na który zapracowali.

o. Andrej Tkaczew
tłum. Ałła Matreńczyk

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token