Numer 12(378)    Grudzień 2016Numer 12(378)    Grudzień 2016
fot.www.meloman.ru
Pedagog, psycholog socjolog
Dorota Wysocka
- Moja kariera naukowa to proces dynamiczny, zmienny w czasie – rozpoczęła. – Ukończyłam pedagogikę na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie po wojnie osiedli moi, wywodzący się z Warszawy, rodzice. Dom był polski, patriotyczny (ojciec był powstańcem warszawskim, dowódcą plutonu w oddziale „Parasol”, odznaczonym krzyżem Virtuti Militari), ale nie bogoojczyźniany. Nie byliśmy – jako rodzina – gorliwi religijnie, za to otwarci i tolerancyjni.
W latach sześćdziesiątych zaczęły się w Polsce ukazywać książki wcześniej niedostępne, na przykład „Wstęp do psychoanalizy” Zygmunta Freuda. Odkryciem byli jednak dla mnie amerykańscy psychologowie. „Psychologii społecznej” Theodore Newcomba nauczyłam się niemal na pamięć.
Pod wpływem takich lektur zaczęłam myśleć o pracy naukowej. Tego co planowałam nie dałoby się osiągnąć bez dobrej znajomości angielskiego. Zaczęłam od podstaw, bo w liceum był tylko rosyjski i niemiecki, ale motywację miałam silną. Tej nauki nie zarzuciłam nigdy i stale go doskonalę.
Na studiach wydawało mi się, że szkoła to ważne wyzwanie, wymagające głębszych analiz i że powinnam się zająć tą problematyką. Praca magisterska dotyczyła zatem dynamiki pracy nauczyciela.
A zaraz potem wyjechałam do Stanów Zjednoczonych, prywatnie. Amerykę, mogę powiedzieć, poznawałam od kuchni, dosłownie, bo w takim charakterze zatrudniłam się na jednej z parafii w Los Angeles. Dobra to była szkoła, lepsza niż turystyczne objazdy.
Zgłosiłam się także na Uniwersytet Kalifornijski (UCLA). Poszukiwałam książek. Przyjął mnie w maleńkim pokoiku młody człowiek z nogami na stole. Podałam mu karteczkę ze słowami-kluczami (key-words), a po kilku dniach odebrałam pięknie zapakowaną paczkę, w której mieściły się wydruki wszystkiego, co na interesujący mnie temat napisano w wybranych przeze mnie językach. U nas wówczas o komputerach słyszeli tylko niektórzy, a tam studentom podawano wszystko na tacy. Z tego kontaktu wyciągnęłam wniosek, że panujący u nas system musi upaść. Poszukiwanie tego co wtedy dostałam zajęłoby mi w Polsce z pięć lat.
Materiały te posłużyły mi do napisania książki „Samoświadomość nauczyciela”. Pod wieloma zawartymi tam opiniami dziś już bym się nie podpisała.
Wcześniej był doktorat, poświęcony stylom pracy nauczyciela. Moją promotorką, na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie skończyłam studia doktoranckie, była prof. Hanna Świda-Ziemba. Przyjaźń z nią przetrwała do końca jej życia.
Magisterium, doktorat i książka o samoświadomości należą w mojej pracy do nurtu szkolno-nauczycielskiego. Sądzę, że mój romans z psychologią humanistyczną nie był udany. Nabrałam przekonania, że ludzie w znacznie większym stopniu determinowani są przez czynniki społeczne niż indywidualne. Wcale nie żyją tak, jakby tego pragnęli, bo krępują ich różne wymogi społeczne.
Przeszłam na prawosławie, wielu do dziś myśli, że „za mężem”, ale to nie cała prawda. Weszłam głębiej w prawosławie za sprawą obecnego władyki Jeremiasza, który – gdy go poznałam – nie miał jeszcze doktoratu. Nie był nawet księdzem, a po prostu Jankiem, przyjacielem mojego narzeczonego, potem męża. Odkryłam jego wiedzę, mądrość, ale przede wszystkim głęboką duchowość. Biegałam podczas studiów doktoranckich na wykłady różnych naukowych znakomitości, ale nikt nie miał porównywalnej z nim siły duchowej. Nikt mi tak nie zaimponował.
Po ślubie znalazłam się w samym centrum prawosławia i ciagle zastanawiałam się, jak uchronić to co najlepsze z dziedzictwa męża i mojego.
Na świat przychodziły dzieci (troje) i to w kontekście ich przyszłości zastanawiałam się nad kwestiami narodowościowymi i wyznaniowymi.
I gdy tak prywatnie rozważałam różne problemy narodowościowe, zaczęła mnie o nie podpytywać młoda asystentka, dziś już profesor i aktualna moja przyjaciółka, Dorota Misiejuk, pisząca o nich doktorat. Okazało się, że jestem obczytana w temacie i mam własne, oryginalne, przemyślenia. Z Dorotą wymyśliłyśmy wspólną książkę „Dwujęzyczność i dwukulturowość w perspektywie socjo-pedagogicznej”, moją pierwszą związaną z mniejszościami.
We wrocławskim środowisku to że stałam się prawosławna, budziło duże zainteresowanie. Ciągle mnie o nie wypytywano, jakie jest, czym się różni od rzymskiego katolicyzmu, a także o prawosławnych, o to z jakimi trudnościami się spotykają i jak sobie z nimi radzą. Zachęcano, bym coś o tym napisała.
Klucz do nowej książki znalazłam dzięki stypendium w Cambridge. Zetknęłam się tam z socjologicznym konceptem stygmatu społecznego, którego twórcą jest Erving Goffman, Kanadyjczyk, naukowiec sławny i chętnie cytowany. Tak powstała moja książka habilitacyjna
„Białoruska mniejszość narodowa jako grupa stygmatyzowana” do dziś przez wielu uważana jest za pracę kontrowersyjną. Do dziś też otrzymuję podziękowania za nazwanie problemu, który wciąż nęka prawosławną społeczność Podlasia.
Dostrzegłam uniwersalność tego tropu i po kilku latach ukazał się „Stygmat społeczny”, kilkakrotnie już wznawiany, podejmujący problem w dużo szerszej perspektywie. Niedawno dowiedziałam się ze zdumieniem, że na pracę tę najczęściej powołują się medycy, zapewne w kontekście różnych „wstydliwych chorób”.
Wkrótce ukazała się prezentacja badań inspirowanych stygmatem społecznym, pod wspólną z Marzeną Rusaczyk, moją bardzo inteligentną i oczytaną doktorantką, której i ja, w sensie naukowym, wiele zawdzięczam, redakcją, „Gorsi inni – badania”.
Kolejny kierunek badań podsunęła mi wizyta we Francji, na konferencji, w której brali udział Bretończycy, francuska mniejszość narodowa. Nie znam francuskiego, uwagę skupiłam zatem na mowie ciała, brzmieniu głosu, atmosferze wypowiedzi. Zauważyłam, że przedstawiciele mniejszości bretońskiej wyrażali dokładnie takie same emocje, jak nasi Białorusini. Podobieństwo było trudne do wyrażenia, ale uchwytne. Zrozumiałam, że warto szukać jeszcze innych kluczy do stygmatu społecznego.
W Polsce ukazała się wtedy sławna książka Jonathana H. Turnera i Jana E. Stetsa „Socjologia emocji”, przełomowa dla mojego myślenia. Nabrałam pewności, że emocje, które nie wchodzą w paradygmat nauki, nie mieszczą się w niej, bo są niepowtarzalne, wyjątkowe, są ważne. A w naszych czasach niemal wszystko ma podłoże emocjonalne. I że powiązanie emocji ze stygmatem będzie dalszym krokiem w moich analizach.
Szukałam emocji uniwersalnej, niezależnej od kultury, w jakiej wyrastają ludzie i za taką uznałam wstyd. Wstydzą się wszyscy, chociaż przepracowują tę emocję w różny, zależny właśnie od kultury, sposób. Tak powstała moja ostatnia książka, „Wstyd. Perspektywa socjo-pedagogiczna”, wysoko oceniona, co bardzo mnie ucieszyło, w rankingu internautów.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Dorota Wysocka
fot. ze strony www.prezydent.pl




Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token