Numer 12(378)    Grudzień 2016Numer 12(378)    Grudzień 2016
fot.www.meloman.ru
Za krótko był z nami
Irena Matus
Плачет по его кудрям Крещатник,
И Жировичи, Афон, Посад,
Яблочинские рассветы плачут,
А корнянскй вечер как набат.
(Памяти отца Леонида Шешко,
Гайновка 10-06-2016 г.

Wiersz anonimowego autora, wywieszony w hajnowskiej cerkwi)
Batiuszka Leonid Szeszko przyszedł na świat 15 kwietnia 1959 roku jako drugie z kolei dziecko (starsza siostra Maria miała dwa latka) Nadziei i Mikołaja Szeszków. Rodzice wychowywali go w miłości do Boga i szacunku do drugiego człowieka. Z rodzinnego domu wyniósł także miłość do przyrody.

Od najmłodszych lat życie przyszłego kapłana było nierozerwalnie związane z Cerkwią. Beztroskie, wypełnione rodzicielską miłością dzieciństwo upływało w religijnej atmosferze. Niezwykle pobożną osobą była, zajmująca się wychowaniem dzieci, mama, tata blisko czterdzieści lat stróżował w kornińskiej cerkwi, a Lonia jako dziecko, a potem nastolatek, często mu towarzyszył.
Rodzice zaszczepili też w młodym człowieku miłość do historii. Chętnie słuchał opowieści taty (to po nim odziedziczył talent gawędziarza) o cudownej Kornińskiej Ikonie Matki Bożej, o sanktuarium, w sąsiedztwie którego stał ich dom, o bieżeństwie, i wielu innych wydarzeniach. Zaowocowało to w życiu dorosłym ogromnym zainteresowaniem dziejami Podlasia, Rosji, Cerkwi prawosławnej. Ojciec Leonid miał świetną pamięć, dużo czytał i zdobył rozległą wiedzę teologiczną i historyczną, którą chętnie się dzielił. Uczył, zwłaszcza młodzież, szacunku do własnego narodu, ojczystej historii, w ostatnich latach organizował w niedziele, po zakończeniu Liturgii, cykliczne spotkania w salce przy cerkwi, podobnie jak przed stu pięćdziesięciu laty czynili to znamienici pedagodzy, ojcowie Sosnowscy z parafii puchłowskiej.
Koledzy z kornińskiej szkoły podstawowej do dziś wspominają talent aktorski przyszłego batiuszki, niezapomniane postacie, w które wcielał się w szkolnych przedstawieniach i łatwość operowania słowem. Był duszą towarzystwa, potrafił rozbawić do łez. Pamiętają go jednocześnie jako osobę przysługującą w cerkwi, uczynną i skorą do pomocy innym.
W latach 1974-1978 uczył się w Liceum Ogólnokształcącym im. Bronisława Taraszkiewicza w Bielsku Podlaskim. To wtedy ukształtowało się jego spojrzenie na świat. W tamtych latach w szkole nie mówiło się o religii. Mimo to Leonid coraz częściej rozmawiał o tym z wychowawczynią, przyjaciółmi. Nie zdecydował się wówczas wejść na drogę prowadzącą do kapłaństwa, wybrał studia na Wydziale Prawa Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku, które ukończył w 1982 roku. Prawnicza kariera jednak go nie pociągała, ukończył Wyższe Prawosławne Seminarium Duchowne w Jabłecznej (1984), którego był także wykładowcą, i Akademię Duchowną w Moskwie (1988).
W 1985 roku ożenił się z Marią Filimoniuk, w tym samym roku 25 czerwca otrzymał z rąk metropolity Bazylego, w monasterze św. Onufrego w Jabłecznej, święcenia diakońskie, a w 1988 roku w monasterze świętych Marty i Marii na Świętej Górze Grabarce kapłańskie. Od 28 września 1988 roku niósł posługę duszpasterską, początkowo jako wikariusz w parafii Świętej Trójcy w Hajnówce, a od 1 maja 1996 roku jako proboszcz nowej parafii Narodzenia Świętego Jana Chrzciciela w Hajnówce.
Ojciec Leonid prowadził intensywny tryb życia, jego praca to nie tylko posługa kapłańska, ale także działalność społeczna. Znał wszystkich parafian, interesował się ich sprawami. Nigdy nie przechodził mimo ludzkich problemów. Pomagał w załatwieniu różnych spraw parafianom, znajomym ze szkoły, ze studiów. Modlił się w intencji wszystkich, którzy go o to prosili, pielgrzymując do świętych miejsc zawsze woził stosy zapisek. Każdy, kto miał problem i prosił ojca Leonida o modlitwę, wie, że nie odmawiał, modlił się wszędzie. Niósł wielką pomoc jako molitwiennik, nawet na telefon. Był nauczycielem, katechetą i przewodnikiem dla wielu. Pozostawił wiele osieroconych duchowych czad.
W pamięci parafian, przyjaciół, znajomych, pozostanie jako organizator niezliczonej liczby pielgrzymek – pieszych, rowerowych, samochodowych, autokarowych do świętych miejsce w Polsce i za granicą. Każda była dobrze przemyślana. Podczas pieszych i rowerowych modlił się przy każdym krzyżu. Prowadził dziesiątki pielgrzymek na Grabarkę, do Supraśla, Jabłecznej, Kornina i innych sanktuariów. W tym względzie nie miał sobie równych.
Przed niezliczoną liczbą cudownych ikon i moszczy świętych prosił o wstawiennictwo w intencji rodziny, przyjaciół, parafian, znajomych. Szczególnie upodobał sobie Poczajów, bywał tam często i stamtąd czerpał siłę duchową i cielesną.
Większość monasterów na wschodzie znała ojca Leonida, jego modlitewny podwig i autorytet. Wszędzie on i jego połomniki byli witani z otwartymi rękami. Ojciec Leonid znał trudną sytuację nowo reaktywowanych bądź nowo powstałych monasterów na Wschodzie. Starał się pomagać mnichom czy mniszkom, przy pracach fizycznych trudzili się wszyscy, także on. Zawsze zostawiał ofiarę. Byłam świadkiem, jak podczas jednego z wyjazdów z młodzieżą do Bakczysaraju na Krymie ofiarował pieniądze na pokrycie miedzianą blachą kopuły kaplicy.
Kto choć raz pojechał z ojcem Leonidem na pielgrzymkę, jej modlitewnej atmosfery nie zapomni nigdy. Pielgrzymujący po powrocie dziękowali i pytali, kiedy kolejny wyjazd. Na nich poznała się i pobrała niejedna para. Lubił młodzież, która go także uwielbiała. Dla młodych chórzystów organizował pielgrzymki za przysłowiową złotówkę, bądź w ogóle nieodpłatnie, do Bułgarii, Grecji, czy na Krym, gdyż wszędzie miał przyjaciół. Młodzieży starał się przede wszystkim pokazać duchowość, wielkość i piękno prawosławia w czasie licznych pielgrzymek i wyjazdów prywatnych do miejsc świętych głównie na terenie Rosji, Ukrainy, Białorusi, Litwy, Grecji, na Atos, do Bari i innych.
Specyfiką wszystkich wyjazdów z ojcem Leonidem była edukacja katechetyczna i historyczna, zwłaszcza młodzieży.
W tym roku na Annę w Korninie, w oczekiwaniu na adorację płaszczenicy, słyszałam rozmowę dwóch kobiet, które płacząc opowiadały sobie o niezwykłej atmosferze duchowej jego pielgrzymek.
Nie miał w sobie pychy, zarozumiałości, był wymagający wobec siebie i innych. Nabożeństwa, które celebrował, trwały dłużej niż w innych świątyniach, gdyż służył według monasterskiego ustawu i przyzwyczaił do tego także swoich parafian, którzy nie skarżyli się, że batiuszka odprawia za długo. Nie służył z obowiązku, ale z powołania i z potrzeby duszy. Celem, jaki sobie postawił, było służenie Bogu i ludziom. Każdą pracę wykonywał dokładnie, był bardzo skrupulatny, nawet kaligrafię opanował do perfekcji, miał niezwykle staranny charakter pisma.
Dał się poznać jako świetny pedagog, wykładając w Wyższym Prawosławnym Seminarium Duchownym w Jabłecznej, ucząc religii, na kazaniach, pielgrzymkach, na ulicy. Nauczanie przychodziło mu z naturalną łatwością. Nie unikał trudnych, kontrowersyjnych tematów. Dla wielu młodych ludzi był autorytetem, ojcem duchowym, pomógł wielu błądzącym, którzy przychodzili do niego po ojcowską poradę i to nie tylko w kwestii wiary, ale także w codziennych życiowych sprawach. O pomoc zwracały się także osoby wysoko postawione.
Posiadał ogromną wiedzę i miał niezwykły dar jej przekazywania. Rozumiał, że prawosławni są w mniejszości i powinni mieć większą świadomość i szacunek do swojej religii, nacji.
Jego dewizą życiową było żyć w zgodzie z przyrodą. Martwił się losem Puszczy Białowieskiej. Chciał, aby była żywą puszczą, a nie tylko upiornym cmentarzyskiem drzew. Opowiadał się za ochroną, ale żywych drzew, za prowadzeniem przez człowieka, tak jak dawniej, właściwej gospodarki pielęgnacyjnej. Obecny stan puszczy porównywał do chorego organizmu, któremu należy pomóc, a nie pozostawiać samemu sobie. Wsie przypuszczańskie od dawna były zamieszkałe przez ludność prawosławną, której wielu pokoleniom, od strzelców osoczników po pracowników leśnych, dawała utrzymanie. Nie mógł przeboleć, że dobry materiał gnije w puszczy. Opowiadał się za rezerwatem ścisłym, ale na wydzielonym terenie. Zaangażował się bardzo w sprawę puszczy. Kilka razy występował w jej obronie przed posłami i senatorami. Miał świadomość, jak ważny jest głos duchownego. Spacery po puszczy go wyciszały, tam też często się modlił. Jako nastolatek rozważał nawet ewentualność nauki w technikum leśnym.
Kochał zwierzęta, na plebanii zawsze były koty, psy, króliki, papugi… Przygarniał wszystkie bezpańskie, parafianie wiedzieli o tym i często podrzucali niechciane koty. Pamiętam historię zaginięcia szarego kota o. Leonida, za którego oferował znaleźne. Dzieci znosiły mu wtedy dużo szarych kotów. Po śmierci taty blisko rok jeździł do Kornina dokarmiać koty, nigdy o nich nie zapomniał. Pomagał dzikim zwierzętom, które dokarmiał każdej zimy i przedwiośnia. Zawsze latem suszył w Korninie siano, którym karmił sarny, zające, jelenie, a one podchodziły nieraz aż pod plebanię. Pamiętam moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam przed cerkwią stos warzyw, a nawet obierki, to o nie prosił ojciec Leonid parafian i dokarmiał nimi puszczańskich mieszkańców.
Uwielbiał kwiaty i znał się na nich. Latem podwórko było zawsze zadbane, a trawnik starannie przystrzyżony. Piękne okazy ulubionych daturii ogrzewał przez całą zimę w garażu, niestety ostatniej zimy zmarniały.
Borykał się z wieloma kłopotami, związanymi z budową cerkwi, parafią, parafianami, potem dołączyły problemy zdrowotne, pomimo to zawsze pamiętał o drugim człowieku. Wspierał osoby pokrzywdzone przez los, które pogubiły się w życiu, dobrym słowem, ale zdarzało się, że oferował pomoc finansową. Doradzał młodym i staruszkom. Rozumiał jak mało kto ludzkie problemy, działał jak prawdziwy kapłan i psycholog. Zawsze był pełen optymizmu i nadziei i to przekazywał ludziom, mawiał Hospod’ ne bez miłości, czy Ne padaj duchom. Do parafii ojca Leonida dołączyło kilka osób, które odnalazły tu cel życia.
Nigdy nie przechodził mimo ludzkich problemów, cierpienia. Swoją postawą uczył szacunku do starszych ludzi. Kiedy zamieszkałam w Białymstoku, nieraz ojciec Leonid dzwonił z zapytaniem, czy może wpaść na chwilę, ponieważ przywiózł do lekarza czy na chemię straszą osobę i ma wolny czas. Nie robił tego odpłatnie, po prostu były to osoby samotne bądź nie stać ich było na wynajęcie samochodu.
Miał rzadki dar słuchania ludzi, rozumiał ich, miał czas na rozmowę. Kiedy pielgrzymował na Grabarkę, pomimo trudu drogi i zmęczenia całą noc spowiadał, pocieszał. Cudzych problemów nie traktował mechanicznie, pochylał się nad każdym człowiekiem, rozmawiał, doradzał tak, jakby ten problem dotyczył także jego. Starał się wczuwać w sytuację osoby cierpiącej i chciał jej pomóc choć dobrym słowem.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Irena Matus
fot. ze zbiorów rodziny Szeszków i przyjaciół

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token