Numer 1(379)    Styczeń 2017Numer 1(379)    Styczeń 2017
fot.Ikona Bożego Narodzenia
U podnóża twierdzy
Ałła Matreńczyk
Fotografia wisi na ścianie kancelarii parafii prawosławnej w Stanisławowie. Stąd do twierdzy Modlin może dziesięć kilometrów.
– Gdyby nie twierdza, nie byłoby naszej parafii – mówi stanisławowski proboszcz, o. Andrzej Bołbot.
Twierdzę zaczął wznosić co prawda Napoleon, ale od lat trzydziestych XIX wieku to kolejni rosyjscy carowie nie ustawali w wysiłkach, by uczynić z niej najpotężniejszą fortyfikację w Europie. Wznieśli niemal trzy kilometry koszar, zbudowali przejścia i zapadnie, okolili cytadelę pierścieniem dziewiętnastu fortów. Nie szczędzili środków.
– Ile kosztowała rozbudowa twierdzy? – zapytał kiedyś cara Mikołaja I pruski książę Wilhelm. – O tym wie tylko Bóg i kierownik inżynierów warszawskiego okręgu Den, ale obaj milczą – odparł rosyjski imperator.
My wiemy na pewno: już w 1834 roku twierdza Modlin została przemianowana na Nowogieorgijewską. Rok później wyświęcono tymczasową cerkiew Świętej Trójcy, a w kolejnym wybudowano murowaną, św. Jerzego. Musiał to być ważny punkt na zachodnich rubieżach rosyjskiego imperium, skoro pierwsi prawosławni biskupi warszawscy nosili tytuł warszawskich i nowogieorgijewskich. A wokół twierdzy w 1839 roku powstały rosyjskie kolonie Aleksandryjska, Konstantynowska, Kosewka, Szczypiorna i Zakroczymska.
Zamieszkali w nich sprowadzeni spod Pskowa rosyjscy osadnicy – 200 mężczyzn i 150 kobiet. Na każdą z rodzin czekał zbudowany przez ruskich cieśli dom, 20 morgów ziemi, narzędzia rolnicze i wyposażone gospodarstwo oraz żywność aż do pierwszych zbiorów. Pracowali przy twierdzy, także na roli. Uprawa ziemi nie wychodziła im najlepiej – w swych rodzinnych stronach od pokoleń trudnili się rybołówstwem.
Do cerkwi, tej w twierdzy, chodzili tak z pięć wiorst przez siedem lat. Potem w Aleksandryjskiej Kolonii, dziś Stanisławowie, zbudowano dla nich osobną świątynię, św. cesarzowej Aleksandry. Do daty nowego święta parafialnego nie musieli się przyzwyczajać.
– Święta Aleksandra Rzymianka poniosła śmierć tego samego dnia co św. Jerzy, obydwoje wspominani są więc szóstego maja – mówi o. Andrzej Bołbot.
Cerkiew, „jedna z lepszych prawosławnych świątyń w Królestwie Polskim”, była bardzo okazała, murowana, zbudowana na planie krzyża o boku 25 metrów i wysokości 38, a więc rozmiarami zbliżona do obecnego soboru w Warszawie. Zaprojektował ją warszawski architekt Jan Jakub Gay, polichromie i ikony wyszły spod rąk rosyjskich ikonopisców.
Świątynię wyświęcił 29 września 1846 roku, z polecenia arcybiskupa warszawskiego i nowogieorgijewskiego Nikanora, o. Teofil Nowicki. Budowa cerkwi i domów parafialnych, w których zamieszkali proboszcz, diak i ponomar, pochłonęła 24 100 rubli. Teraz wieś z domami z okrągłych bali „w stylu i rozkładzie czysto ruskim”, ustawionymi szczytami do drogi po jednej stronie, a ogrodami po drugiej, nabrała jeszcze bardziej okazałego wyglądu.
Wkrótce rusza też rosyjska szkoła. Nie tylko w Aleksandryjskiej Kolonii, także w Konstantynowskiej i Szczypiornej. I już niebawem młode pokolenie kolonistów wyda dwóch duchownych, dwóch urzędników, trzech kupców, pracowników biurowych, maszynistów kolejowych…
Władycy warszawscy i nowogieorgijewscy odwiedzają cerkiew św. Aleksandry często, nieraz po drodze do pobliskiej miejscowości Góra, gdzie znajdowała się ich letnia rezydencja (dziś budynek jest własnością PAN) z cerkwią zbudowaną w czasach biskupa Arseniusza (1848-1860).
Czy był tu car Mikołaj I, który wizytował budującą się nowogieorgijewską twierdzę aż siedemnaście razy, nie wiadomo. Wiadomo, że w 1884 roku, po spotkaniu trzech cesarzy – Prus, Austrii i Rosji – w Skierniewicach, w aleksandryjskiej cerkwi modlił się car Aleksander III. Do dziś zachowała się okolicznościowa tablica, która wkrótce zostanie poddana renowacji.
Po wprowadzeniu reformy uwłaszczeniowej, odkąd każdy właściciel gospodarstwa w Królestwie Polskim miał prawo przekazać je komu chce, w Aleksandryjskiej Kolonii pojawiają się Polacy. Najpierw jako arendarze gospodarstw, później nowi właściciele. Obie społeczności żyją zgodnie. Liczba parafian rośnie. Z 400 osób w latach 1845-1847, do 673 w 1874 roku czy 1305 w 1907. Nadchodzi 1905 rok, trudny.
Przegrana wojna rosyjsko-japońska, wzrost nastrojów rewolucyjnych, także antyrosyjskich.
„Musimy liczyć się z nastrojami otaczającej nas polskiej ludności” – pisze w specjalnym posłaniu do parafian proboszcz Torski. „Ale nie będę was tu uczył, jak macie sobie układać stosunki z nimi. Dotychczas żyliśmy dość zgodnie, nie dajmy więc powodu do niechęci i w przyszłości. Jednocześnie jednak starajmy się również sami umocnić nasze życie tak, aby burza szalejąca nad nami nie rozniosła naszej parafii jak szczątków rozbitego statku”.
Tym razem burza nie rozniosła parafii, przy cerkwi powstaje bractwo, biblioteka, a w niedzielę odbywają się spotkania na tematy religijne. Pierwsza wojna światowa nie obeszła się z nią aż tak łaskawie. Bardzo szybko padła nowogieorgijewska krepost’. Sto pięć tysięcy żołnierzy, obsługujących m.in. 350 dział, broniło się zaledwie dziesięć dni.
Zniszczenia wojenne nie ominęły cerkwi św. Aleksandry Rzymianki. Jeden pocisk uszkodził dzwonnicę i kopułę, drugi wpadł do ołtarza, na szczęście się nie rozerwał.
Pokój, kiedy nastał, przyniósł koniec starego świata. Aleksandryjska Kolonia nazywa się już Stanisławowo, w nowogieorgijewskiej kreposti rozlokowała się baza Polskiej Marynarki Wojennej, a cerkiew, choć wciąż są wierni, pozostaje zamknięta. Modlą się więc na plebanii.
I nie przestają zabiegać o otwarcie etatowej parafii. Niestety, wkrótce Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego uznaje, że cerkiew „ze względu na otoczenie” należy rozebrać. A o los cegieł z jej rozbiórki zatroszczył się sam premier, generał Sławoj-Składkowski, który ma w okolicy swoją rezydencję – postanawia wykorzystać je do budowy nowej szkoły w Pomiechówku. Wydaje stosowną decyzję, co więcej, gdy w sianokosy czy żniwa brakuje rąk do pracy, sam zwozi cegłę swoim ciężarowym samochodem.
Prawosławna społeczność, na otarcie łez, dostaje zgodę na budowę małej cerkwi. Jak na 1937 rok, jest to chyba ewenement.
– Pierwsza cerkiew sięgała aż do tego miejsca – o. Andrzej Bołbot wskazuje ręką grób swiaszczennika, który dziś znajduje się na cerkiewnym pogoście, a wcześnej z pewnością mieścił się w świątyni.
Ta druga, okrojona do filarów poprzedniej, cerkiew w Stanisławowie, często nazywana kaplicą, służy wiernym do dziś. I dopiero w 2016 roku odbyło się jej pełne poświęcenie.
Wybucha II wojna światowa, parafia liczy około sześciuset osób. Gdy nadchodzi wyzwolenie, część parafian, za namową politruków, ale także swiaszczennika, postanawia powrócić na rodinu. „Zostańcie, nie wyjeżdżajcie, zawsze żyliśmy w zgodzie” – usiłują ich powstrzymać katoliccy sąsiedzi. Na próżno. Wsiadają do towarowego pociągu, niektórzy nawet nie docierają na miejsce. Ich domy, pola, trafiają w obce ręce. Kurczy się liczba parafian, do 350 osób. Cerkiew jest w opłakanym stanie. Po raz kolejny przebił ją na wylot pocisk. Brakuje drzwi wejściowych, okien i szyb, przez dziurawy dach deszcz leje się do środka. W cerkwi na dobre zadomowiły się ptaki.
W końcu staje się rzecz jak na Polskę dość niespotykana – cerkiew zostaje zamieniona na świetlicę ZMP. Potem wraca do parafii.
Zmieniają się proboszczowie – jak w kalejdoskopie. Stuletnia, drewniana plebania rozpada się. Większość duchownych dojeżdża. Zdarza się, że nabożeństwa nie odprawiane są regularnie.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk
fot. archiwum parafii

Korzystałam z pracy magisterskiej Klary Sielickiej-Baryłka „Ślad estoński na Mazowszu – prawosławna parafia w Stanisławowie”

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token