Numer 1(379)    Styczeń 2017Numer 1(379)    Styczeń 2017
fot.Ikona Bożego Narodzenia
Powołani
Anna Radziukiewicz
Przy stole Maria Cidyło, matuszka i Mirosław Cidyło, bortniański batiuszka, jehomość, jak się tutaj mówi. Między nimi fotografie, kartki zapisane na maszynie do pisania. Słucham.
Pamięć matuszki Marii, jak bluszcz, czepia się miejsc rodzinnej pamięci. To Winnica, Hołynka pod Nowogródkiem, Pińsk, Poznań… Ona urodziła się w Poznaniu. Ale o sobie mówi: – Ani Polką, ani poznanianką do końca nie jestem.
Bo na pytanie – kim jestem – odpowiada przecież nie jedno pokolenie. W jej przypadku jedenastu duchownych – tylu doliczyła się jej mama po swojej stronie, czyli Rzeckich.


Dziadek po stronie taty
– Dziadek po stronie taty to o. Teodot Żuk – ten rysuje się w świadomości matuszki Marii wyraziście. – Urodził się w Winnicy – mówi. – Seminarium duchowne ukończył w Chersonezie. Wybuchła pierwsza wojna. I dziadek został psalmistą w rosyjskim pułku. Pod koniec wojny pułk stał w Porohońsku, na froncie. Tam poznał babcię. Ciocia dziadka, ihumenia Raisa, była przełożoną chersoneskiego Błagowieszczańskiego Monasteru. 1 listopada 1914 roku podarowała mu, kiedy udawał się z pułkową cerkwią na front, ikonkę św. Josifa Biełgorodzkiego. Na jej odwrocie widniało błogosławieństwo monasteru.
– Dziadek Teodot był przed drugą wojną protodiakonem w Pińsku. Był znany z tego, że zawsze nosił sutannę. W niej też pojechał do Niemiec na roboty, do Könings koło Berlina. I tam pracował w sutannie. Tak zobaczył go katolicki niemiecki ksiądz Kleczke. Poszedł do naczelnika obozu pracy i wyjednał u niego zgodę na opuszczenie przez dziadka Teodota obozowego baraku i zamieszkanie na katolickiej plebanii, razem z matuszką i synem Aleksandrem. I w tych warunkach Żukowie doczekali kapitulacji Niemiec. Do końca życia dziadek był wdzięczny księdzu, który uratował mu życie i zawsze modlił się za niego. Prawdziwa miłość i miłosierdzie nie zna granic wyznaniowych.
Po wojnie o. Teodot wracał na sowiecką już Białoruś. Nie chciał zostawać na Zachodzie, choć jego przedwojenny piński władyka Aleksander Inoziemcow, który osiadł w Berlinie, proponował mu pozostanie (jeszcze w Pińsku, przed udaniem się na emigrację, wyświęcił swego protodiakona na kapłana). W Łodzi na dworcu spotkał żołnierza radzieckiej armii, którego dawniej uczył religii. Ten mu radził, by nie jechał do Związku Radzieckiego, bo tam go zabiją. Dziadek upierał się przy swoim. Wtedy były uczeń na siłę wyciągnął go z wagonu. I tak dziadek stanął na środku powojennej, zupełnie obcej mu Łodzi. Gdzież miał się udać? Do biskupa. Władyka zatrzymał go na krótko w Łodzi, po czym skierował do Poznania. Tam był proboszczem parafii do śmierci, czyli 1961 roku.
– To, że o. Teodot wyszedł z wojennej opresji, nie było przypadkiem – komentuje wnuczka. – Zawsze woził ze sobą ikonę Dostojno jest’. Mama mówiła, że Matka Boża ich prowadziła.

Dziadek po stronie mamy
– Dziadek po stronie mamy to o. Wiktor Rzecki. Urodził się w Mińsku – jego ojciec Jan był proboszczem w pobliskim Moryno. Był biedny, a chciał zostać duchownym. Pojechał do Francji, bo marzył o studiach w prawosławnym Instytucie św. Sergiusza. Najpierw pracował we francuskiej kopalni, by zarobić na naukę. Pewnego dnia poszedł do winiarni. Spotkał w niej rosyjski chór. Chór zaczął śpiewać a dziadek podśpiewywać. Dyrygent zaprosił dziadka do śpiewania w zespole. Dziadek od razu zaczął zarabiać w chórze dwa razy więcej niż w kopalni. Po roku odłożył pieniądze na studia. Ale ktoś go okradł. Musiał znów rok zarabiać na naukę. Instytut św. Sergiusza ukończył. Biegle władał francuskim. Francuski uratował życie i jemu, i mieszkańcom pewnej kamienicy. Ale było to już w czasie drugiej wojny w Częstochowie. W okolicy kamienicy, w której zatrzymał się dziadek, zginął wówczas pewien Niemiec. Okupanci w odwecie zamierzali wysadzić dom, sądząc że z niego pochodzi zamachowiec. Dziadek zagwarantował wtedy, po francusku, niemieckiemu oficerowi, że nikt z tej kamienicy nie poważył się na taki czyn. Ocalał i dom, i jego mieszkańcy. Polacy katolicy, bo głównie oni tam mieszkali, byli dziadkowi niezmiernie wdzięczni. Podarowali mu za to pierzynę.
– Był rok 1945, skończyła się wojna. W Częstochowie katolicy znów chcieli odebrać cerkiew św.św. Cyryla i Metodego, którą po I wojnie zamieniono na kościół św. Jakuba, a którą Niemcy zwrócili prawosławnym. Dziadek miał do niej klucze. Nie dawał ich katolikom, choć ostro się ich domagali. Ci jednak wyłamali kłódkę. Dziadek pojechał wtedy z kluczami do Warszawy, do metropolii. Nie zdążył wejść do kancelarii, gdy podeszło do niego dwóch ubeków i go aresztowało. Wsadzili do łazika i pojechali. Praga pełna była gruzów. Łazik się zatrzymał. Ubecy między ruinami załatwiali sprawy fizjologiczne. Kierowca zwrócił się wtedy do dziadka: – Uciekaj pan, bo zaraz pana zastrzelą! Dziadek jakby się roztopił między kikutami domów. Wrócił do Częstochowy. Żył w strachu. Cerkiew zajęli katolicy. Służył na cmentarzu, pod gołym niebem, nieraz obrzucany kamieniami i wyzwiskami „kocia wiara”. Kto się nie bał, przychodził.
Tę sponiewieraną, zastraszoną grupkę zauważył ewangelicki pastor. Zaprosił, użyczył sali katechetycznej. W niej na ścianie powiesili ikony. Kiedy przychodziły protestanckie dzieci na katechezę, zasłaniano je kotarą.
O. Wiktor służył w Częstochowie i Sosnowcu.

Tata
– Tata, Aleksander Żuk, syn Teodota i Marii, urodził się w 1926 roku w Pińsku – mówi córka Maria. – W roku, w którym zdał egzamin do gimnazjum, Pińsk został włączony do Związku Radzieckiego. Uczył się w radzieckiej szkole średniej. W czterdziestym pierwszym przyszli Niemcy. Przy nich uczył się w szkole handlowej. W czterdziestym czwartym pińszczan ewakuowali Niemcy na roboty do swego, bardzo już wykrwawionego wojną, kraju. Trafił tam z ojcem i całą rodziną. Po wojnie w Łodzi i Poznaniu uczył się, by otrzymać świadectwo dojrzałości. Dyplom lekarza medycyny uzyskał w 1952 roku w akademii medycznej w Poznaniu.
Aleksander Żuk łączył pracę ortopedy i specjalisty od chirurgii urazowej z pracą naukową i dydaktyczną w poznańskiej akademii medycznej. Nieustannie się uczył – od słynnego w Polsce poznańskiego ortopedy prof. Wiktora Mariana Degi, w klinice ortopedycznej Uniwersytetu w Münster w dawnym RFN, w stołecznym centrum rehabilitacji w Konstancinie, w centralnym naukowo-badawczym instytucie traumatologii i ortopedii w Moskwie, w dwóch instytutach protezowania i ortopedii w Leningradzie. Stał się wysokiej klasy cenionym specjalistą. Do tego skończył jeszcze kurs prawny dla biegłych sądowych, co dało mu uprawnienia, nadane przez prezesa sądu wojewódzkiego w Poznaniu, w dziedzinie orzecznictwa sądowego w kwestiach ortopedii i chirurgii urazowej.
Był członkiem między innymi Polskiego Towarzystwa Ortopedycznego i Traumatologicznego, Polskiego Towarzystwa do Walki z Kalectwem, działał w różnych komisjach, publikował naukowe artykuły, był członkiem komitetu redakcyjnego pisma Technika Ortopedyczna. Wygłaszał wykłady na wielu naukowych konferencjach.
– Większość czasu oddawał tata dzieciom upośledzonym ruchowo, takim na przykład, które miały sprawne ręce, ale nie chodziły – mówi córka.
Do stołu przysiada Jan, wnuk doktora Aleksandra Żuka. Do Bartnego przyjechał z Poznania na tydzień, z żoną Anią z domu Barszczewską, pochodzącą z Białegostoku, i trzymiesięczną córeczką Barbarą. Jest lekarzem psychiatrą. Pracuje w wojewódzkim szpitalu psychiatrycznym w Kościanie pod Poznaniem. Uzupełnia: – Dziadek pracował w klinice profesora Degi w Poznaniu, gdy ta przeżywała czas swojego największego rozkwitu. W USA są szpitale, które do dziś operują metodami profesora Degi. Profesor był człowiekiem niezwykle oddanym pacjentom. Jego uczniowie i współpracownicy porozjeżdżali się po innych miastach i tam pozakładali kliniki ortopedyczne. Dziadek jako jeden z niewielu został w Poznaniu. Biegle władał niemieckim, rosyjskim i ukraińskim, bywał na zagranicznych kongresach. Uważał się za Ukraińca, choć urodził się na terenach dzisiejszej Białorusi.
Doktor nauk medycznych (od 1964 roku) Aleksander Żuk zrywa z rodzinną, wielopokoleniową tradycją służby duszpasterskiej?
– Nie zrywa – odpowiada córka. – A na pewno nie do końca. – Tata, choć nie skończył seminarium duchownego, na tyle dobrze znał cerkiewny ustaw i śpiew, że prowadził parafialny chór w Poznaniu. Arcybiskup poznański i łódzki Szymon wyświęcił go na diakona. Potem zaproponował, że wyświęci na kapłana i zostanie wtedy wikariuszem w poznańskiej parafii. Ojciec uważał, że jest za mało przygotowany teologicznie i nie potrafi głosić kazań.
List z 2 marca 1976 roku. Nadszedł z kancelarii arcybiskupa: Parafianie świątyni poznańskiej powiadomili nas o swym pragnieniu mieć w osobie obywatela swego przyszłego duszpasterza. Z polecenia Jego Eminencji Wielce Błogosławionego Bazylego, metropolity Warszawskiego i całej Polski, kancelaria metropolity uprzejmie prosi o powiadomienie nas o swym stanowisku w tej sprawie.
Matuszka Maria: – Tato miał stabilną pracę w Poznaniu. Był dyrygentem chóru parafialnego. Bardzo lubił ten chór i pracę z nim. Pięknie czytał Apostoła, basem, z taką dykcją, że zdawało się, nikt nie ma prawa nie rozumieć cerkiewnosłowiańskiego. I był bardzo skromny. Lubił pozostawać w cieniu.
Aleksander Żuk zmarł 25 marca 2014 roku.

Matuszka Maria
Maria urodziła się w domu lekarzy. Mama była stomatologiem. Maria nie poszła śladem rodziców. Wybrała studia w akademii rolniczej w Poznaniu. Potem skończyła podyplomowe z rachunkowości i finansów. Pracowała w urzędzie skarbowym, jako zootechnik w Kolbuszowej pod Rzeszowem, by znów prowadzić w Rzeszowie księgowość w dużej sieci handlowej.
– W końcu robię to, do czego zostałam stworzona, co lubię i co w mojej rodzinie jest tradycją. Jestem psalmistką. Skończyłam seminarium duchowne w Warszawie, ale także podyplomowe studia z pedagogiki i nauczania wczesnoszkolnego.
Do roli psalmisty dodała zawód nauczyciela. W szkole w Bodakach, sąsiadujących z Bartnem, uczy w klasach początkowych oraz prawosławne dzieci religii dziesiąty rok, czyli od chwili, gdy przeniosła się z Poznania do Bartnego, otwierając drugą część życiorysu.
– Rosłam w cerkwi – mówi Maria. – Babcia zabierała mnie na chór. Czytała czasy. A ja przez skórę, jak kiedyś określił tata, uczyłam się cerkiewnosłowiańskiego, titłów, czyli skrótów, by potem bez problemów czytać samodzielnie. Nikt nie uczył mnie alfabetu. W Bartnem od razu zostałam rzucona na głębokie wody. Nasza służba zaczęła się tu od Wielkiego Tygodnia. Babcia wszystkich w rodzinie namawiała, by zostali duchownymi. Mówiła: „Batiuszka to ma dobrze, i modli się, i pracuje od razu”.
Matuszka Maria, klucząc po meandrach życia, jakby została powołana do służby dla Cerkwi, jak jej przodkowie i jak jej mąż, ojciec Mirosław.
 

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token