Numer 2(380)    Luty 2017Numer 2(380)    Luty 2017
fot.Andrzej Karpowicz
Być chrześcijaninem w Syrii
rozmawia Magdalena Rigamonti
– Kiedy się pan ostatnio modlił?
– Wczoraj, w polskim kościele. Było pełno ludzi. Jeden z księży mnie poprosił, bym odmówił modlitwę po aramejsku, w języku, którym dwa tysiące lat temu mówił Jezus. My w Maaluli ciągle mówimy po aramejsku. Zacząłem odmawiać „Ojcze nasz”, ludzie patrzyli i płakali.
– Po co pan tu przyjechał?
– Po to, żeby mówić światu, co się z nami dzieje. Nie przyjechałem do Polski uprawiać polityczną propagandę, przekonywać, jaki prezydent Asad jest wspaniały, nie mam żadnego politycznego umocowania. Jestem chrześcijaninem z Maaluli, sam zapłaciłem za swój bilet, znalazłem najtańsze połączenie za 122 dolary. Na konferencji dotyczącej walki z terroryzmem, która odbywała się w Damaszku, poznałem Jana Bromskiego z Fundacji Aramejskiej, działającej w Polsce. Zaprosił mnie do Polski na kilka dni. Jestem, spotykam się z ludźmi, mówię im o chrześcijanach w Syrii, o tym, co się tam dzieje. Moim celem jest to, żeby Europa dowiedziała się o Maaluli, o tym, że chrześcijańskie dziedzictwo jest zagrożone, że my, chrześcijanie w Syrii, też jesteśmy zagrożeni i o tym, że nie uciekamy do Europy, tylko pilnujemy, żeby nikt tego dziedzictwa nie zniszczył. Niestety, jest bardzo zły przepływ informacji pomiędzy Bliskim Wschodem a światem zachodnim. Sporo manipulacji, oszustw, propagandy.
– Jak wielu jest chrześcijan w Syrii?
– Przed wojną było nas 3,5 miliona.
– Ilu zabito?
– Tu liczba ma mniejsze znaczenie niż sposoby zabijania. Mam na myśli torturowanie, wyniszczanie, zgładzanie przez ekstremistyczne ugrupowania islamskie. I chodzi nie tylko o ludzi, ale też o całe chrześcijańskie dziedzictwo, naszą historię. To jest zagłada i naszych dusz, i tego, co w chrześcijaństwie materialne. Wszyscy Syryjczycy cierpią, jednak my, syryjscy chrześcijanie, cały czas jesteśmy na celowniku. Oczywiście ekstremiści zabijają wszystkich, również muzułmanów. Nie obchodzi ich ludzkie życie, są żądni krwi i zabijają wszystkich, którzy nie przechodzą na ich stronę. Jeśli będziemy się ich bać, poddamy się im, stracimy swoje korzenie, swoje dziedzictwo. Albo jesteś ich niewolnikiem, albo im służysz, albo umierasz.
– Pan dowodził obroną cywilną Maaluli.
– Zaczęło się od tego, że palestyńsko-jordański wojownik samobójca wjechał ciężarówką z ładunkiem wybuchowym do naszego miasta, a zaraz potem ponad czterystu uzbrojonych ekstremistów próbowało się przebić do Maaluli, porwać nasze żony, dzieci. Broniliśmy się do momentu, kiedy oni wezwali pomoc i mieliśmy naprzeciwko siebie nie setki, a tysiące uzbrojonych przeciwników.
– A was ilu?
– Stu, a może nawet nie. Pierwszego dnia, kiedy nas zaatakowali, nie mieliśmy się czym bronić. Niektórzy mieli tylko jakieś łowieckie prymitywne strzelby. To było istne wariactwo. Otoczyli nas. Na szczęście w tym czasie udało się kobietom i dzieciom przeczołgać za tzw. linię śmierci. Potem znaleźliśmy dokumenty, że oni już się dzielili naszymi dziećmi i kobietami. Było w nich napisane np., że Joanna, Rita i Jan należą do Mohameda...
– Rządowe wojska was wsparły?
– Nie, miały kłopot, żeby dotrzeć do Maaluli. Ekstremiści im to utrudniali, cały czas ostrzeliwując i atakując, więc tylko od nas zależało, czy przeżyjemy, czy miasto chociaż w części ocaleje. To były takie emocje, napięcie i koncentracja na ratowaniu innych, że nawet nie wiem, czy się wtedy bałem, co czułem. Koszmary mam nadal, budzę się przerażony. To był szok. Wiedzieliśmy, co oni robią z porwanymi, z dziećmi. Podjęliśmy decyzję, że lepiej stracić życie, niż być w niewoli, gdzie by nas torturowano, ścinano głowy. Byliśmy jak cyborgi, chodziło nam o to, by uratować słabszych, żeby ich wyprowadzić z oblężonego miasta. Podzieliliśmy się na grupy, każda grupa odpowiadała za część miasta. Walczyliśmy przez trzy dni. Wszystkie domy się paliły, wszystko było pokryte strasznym pyłem. Nie udało się ocalić wszystkich, zabili pięciu mieszkańców Maaluli, sześciu porwali, a czterdziestu ranili. Mogliśmy przetrwać, bo trzymaliśmy się razem. I to, że przetrwaliśmy, zawdzięczamy chłopcom, którzy oddali życie za Chrystusa, bo tak naprawdę oddali życie za nas. Nazywamy ich męczennikami, według nas powinni zostać świętymi.
– Czy zwierzchnicy Kościoła już o nich wiedzą?
– Tak. Ich historia zaczyna być coraz bardziej znana. Zaraz po wybuchu ciężarówki bojownicy islamscy próbowali włamywać się do domów. Udało im się wejść do jednego z nich i w ciągu dziesięciu minut zabić trzy osoby. Najpierw strzelili do kobiety, gospodyni. Leżała w kałuży krwi, więc byli przekonani, że nie żyje. Żyła i była świadkiem tego, co się wydarzyło. Podeszli do Sarkiza, młodego chłopaka, 19-latka, który studiował informatykę w Damaszku. Na piersiach miał krzyżyk na łańcuszku. Chłopak mówi: „Nie mam broni, nie będę walczył”. A oni: „Jeśli teraz przejdziesz na islam, wyprzesz się Jezusa, będziesz żył”. A chłopak na to: „Jeśli chcecie mnie zabić dlatego, że wierzę w Jezusa, to zróbcie to, zabijajcie”. Po chwili już nie żył. Zabili go strzałem w głowę. Obok stał drugi chłopak, Anton, który widział, jak ginie jego kolega. Też mu zaproponowali, żeby wyparł się Jezusa, ale chłopak powiedział: „Żyłem jako chrześcijanin, to i umrę jako chrześcijanin”. Strzał w głowę i nie ma chłopaka. Był jeszcze trzeci mężczyzna, 55-letni piekarz z Maaluli – Michael. Powiedział: „Zabijecie tylko moje ciało, a nie moją duszę”. Zabili. Ci zamordowani mężczyźni to męczennicy, są darem od Boga, uratowali nasze miasto.
– Jak?
– Dali nam, cywilom, siłę do walki. Walczyliśmy trzy dni. Mamy ciągle nadzieję, że uda nam się jeszcze uratować porwanych młodych ludzi, zwrócić ich matkom i ojcom. Jesteśmy ostatnią aramejską społecznością na świecie i to, co się wydarzyło, nauczyło nas, że najważniejsi są ludzie. Historia naszej społeczności, naszych rodzin, liczy trzy tysiące lat. Proszę mi wierzyć, że nie mogę sobie pozwolić na to, żeby umrzeć. Wszyscy walczyliśmy po to, żeby żyć, nie żeby umrzeć. To było przewodnie hasło wszystkich obrońców Maaluli. Mówiliśmy sobie, że nie ma co ryzykować życia dla kamienia, budynku, zabytku, kościoła. Mówiliśmy sobie, my jesteśmy Kościołem. Broniliśmy naszej zjednoczonej aramejskiej duszy. Nasze miasto zostało zniszczone. Dzięki Bogu przegrupowaliśmy się i wyszliśmy z miasta, bo nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdybyśmy zostali. Ale po czterech miesiącach wróciliśmy. I przez pierwsze trzy miesiące żyliśmy jak w epoce kamienia łupanego, bez prądu, wody.
– Ktoś pomagał?
– Rząd pomógł naprawić infrastrukturę. Natomiast ciągle domy są zniszczone, bo większość z nas to rolnicy, właściciele drobnych interesów, sklepikarze.
– Pan był biznesmenem.
– I wcześniej mieszkałem poza Maalulą, w Dubaju. Jednak kiedy zaczął się konflikt w Syrii, zostawiłem interesy i przyjechałem do mojej rodziny, do rodzinnego miasta.
– Kto z rodziny tam mieszka?
– Większość ciotek, wujków, choć rodzice mieszkają teraz w Bejrucie. Maalula leży 70 km od Bejrutu i 40 kilometrow od Damaszku.
– A od Aleppo?
– Daleko. 600 km. Przed kryzysem można było polecieć z Damaszku do Aleppo za 20 dolarów, a autobusem dostać się tam za 40 centów. Szpitale były całkowicie bezpłatne, nauka na uniwersytetach też.
– Pan mówi, że przed kryzysem, przed wojną było wszystko w porządku.
– Nie wszystko, ale żyliśmy normalnie. Ci ludzie, którzy podnieśli rękę na rząd, nie potrzebowali wolności, bo ta wolność była. Oni byli zainfekowani islamską nienawiścią. Katarowi, Arabii Saudyjskiej i Turcji chodziło o to, żeby zburzyć ten spokój.
– Z taką narracją jest pan asadystą, dla większości Europejczyków Asad to zbrodniarz wojenny.
– Wiem, tylko większość głównych mediów na Zachodzie zakłamuje sytuację w Syrii. Pokazywane są zmanipulowane zdjęcia. Widziałem, że karierę robi fotografia dziewczynki, podpisana że jest z Aleppo, że dziewczynka ucieka, a tymczasem to kadr z teledysku z aktorami. Są zdjęcia, na których to samo dziecko raz jest w domu dziecka, raz na ulicach, raz niesione przez rodziców. Jest też starsza kobieta, która pojawia się w kilkunastu filmach, raz w Aleppo, raz w Damaszku, w różnych strojach i makijażach. Na zdjęciach pojawiają się ludzie w białych kaskach, czyli z obrony cywilnej. Z tym, że liderzy tych „białych hełmów” to terroryści z al-Kaidy, salafici i wahabici. I to nie jest żadna tajemnica.
– Tak mówi Russia Today.
– Nie, tak mówią Syryjczycy.
– Nie obawia się pan, że będzie traktowany jak agent Asada, jak szaleniec, lobbysta rządu syryjskiego?
– Wcześniej byłem opozycjonistą, zresztą możecie mnie nazywać jak chcecie, nam chodzi o to, żeby był pokój w Syrii. Mnie obchodzi przyszłość mojego kraju. Teraz Asad to jest mój prezydent. Przecież od sześciu lat broni Syrii. Ta wojna trwa już dłużej niż II wojna światowa. Byłem w opozycji do Asada, teraz go wspieram, bo uważam, jak większość, że nie ma innego wyjścia, ponieważ kocham mój kraj. I widzę, kto jest wrogiem, że to, co się dzieje, jest sterowane zewnętrznie. A przecież przed kryzysem prezydent Turcji Erdogan mówił o Asadzie: „mój bracie”.
– Teraz Putin jest bratem Asada.
– I chciałbym przekazać wiadomość panu Putinowi, że ostatnio jak ktoś nazywał Asada bratem, to okazywało się później, że mu wbija nóż w plecy. Król Arabii Saudyjskiej nazywał Asada swoim synem, a emir Kataru mówił, że Syryjczycy i Katarczycy są jednością, Jordanii dawaliśmy wodę za darmo. Wstydźcie się, Jordańczycy. Teraz my potrzebujemy wody w Damaszku. Przez dziesięć lat dawaliśmy prąd Libanowi. To jest lekcja dla naszego prezydenta i dla każdego innego. Syryjczycy nie zasługują na to, co się teraz dzieje, jak są traktowani.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Dziennik Gazeta Prawna
23 grudnia 2016

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token