Numer 2(380)    Luty 2017Numer 2(380)    Luty 2017
fot.Andrzej Karpowicz
Pamiętam Łuniniec...
Ałła Matreńczyk
- Bóg dał mi żyć między wspaniałymi ludźmi
– tak rozpoczyna swoje wspomnienia 95-letnia Raisa Kwiatkowska.
– Postępuj tak, jak byś chciała, żeby wobec ciebie postępowano – uczyli ją w usad’bie w Dworzyszczu, w której w 1921 roku przyszła na świat, dziadek Iwan Łoś-Niewdach, i mama Nadieżda, a potem w dostatnim domu w Łunińcu wujostwo Aleksander i Maria Andrejewowie.
Łuniniec leży 240 km na wschód od Brześcia, Dworzyszcze tak z dziesięć kilometrów od Łunińca.
Dziadek Iwan Łoś-Niewdach, „bojaryn Wielikowo Kniażestwa Litowskowo”, którego daleki przodek Niemiec z Pomorza, Oigen von Neuwedel, inżynier budowlany budował twierdze w majątkach książąt Ostrogskich i ożenił się z niepołnocenną Agafiją z ich rodu, miał mało uprawnej ziemi, za to bardzo dużo lasów. Choć jak powiadał urodził się pod strzechą, bardzo wzbogacił podczas budowy kolei Petersburg-Bukareszt. Dostarczał drewno na podkłady, a przede wszystkim żwir i piasek, których natura nie poskąpiła tej okolicy. Wykształcił dzieci, wybudował piękną usad’bę – Dworzyszcze.
I to do Dworzyszcza jego syn Iosif, absolwent politechniki w Wilnie, w 1916 roku sprowadził swoją żonę – Nadieżdę z Siłajewych, dworiankę z Tuły, której rodzina posiadała ogromny, położony tuż obok Jasnej Polany, majątek Aleksiejewka. Siłajewowie kształcili swoich synów w Wilnie, więc tam także kupili dom (zachował się do dziś przy ulicy Niemieckiej). „Tulska dworianka ma poślubić błotnego bojara z Polesia?” – rodzina Nadieżdy długo nie mogła się z tym pogodzić, ale po rewolucji i zawierusze wojennej wielu jej członków właśnie w Dworzyszczu znalazło spokojny azyl.
W 1918 roku Łuniniec znalazł się w granicach Polski, na jej wschodnich rubieżach, sześćdziesiąt kilometrów od sowieckiej granicy.
Wtedy w piętnastotysięcznym miasteczku, dotąd rusko-żydowskim, z jedenastoma polskimi rodzinami, pojawiło się więcej Polaków – wojskowych, nauczycieli, kolejarzy, urzędników. Także w młodej rodzinie Łoś-Niewdachów zachodzą duże zmiany. Najpierw dobre – Nadieżdie i Iosifowi urodziły się dwie córeczki, Nina i Ludmiła. Potem złe, szalejąca epidemia dezynterii w ciągu dziesięciu dni zabiera nie tylko obie dziewczynki, także matkę i teściową młodych. Po tym ciosie Nadieżda z trudem dochodzi do siebie. Na szczęście w 1921 roku na świat przychodzi Raisa, potem syn Żenia, w końcu jeszcze dwie dziewczynki, Tamara i Irka.
Poród najmłodszego dziecka przebiega z dużymi komplikacjami. Natychmiast potrzeby był lekarz. Dziadek Iwan chciał wysłać po niego powóz, Iosif, żeby zyskać na czasie, wolał dosiąść konia. Zaalarmowany doktor dotarł do Dworzyszcza, Irka szczęśliwie przyszła na świat, Nadieżda na próżno jednak czekała na powrót męża.
„Panoczku, panoczku, ktoś w wodzie leży” – nad ranem zaalarmowali dziadka ludzie, którzy szli do pracy w majątku. Iwan Łoś-Niewdach od razu poznał syna. Zamordował go, żeby okraść, dezerter z wojska polskiego z Grudziądza. Przez mostek przeciągnął drut, a gdy jeździec spadł z konia, zadał mu 16 ciosów bagnetem, ostatni, w skroń, był śmiertelny. Był 1926 rok.
29-letnia Nadieżda, która jeszcze nie doszła do siebie po porodzie, została wdową z czwórką małych dzieci. I wtedy z pomocą pośpieszyli bezdzietni Andrejewowie. Ciocia Marusia była siostrą Nadieżdy. Jej mąż, wujek Aleksander Andrejew, były ambasador Rosji w Danii, po wybuchu rewolucji wrócił do Wilna, a potem po dramatycznych przejściach zdecydował się na przyjazd do Łunińca. Najpierw, żeby osłuchać się z językiem polskim, zatrudnił się jako rachmistrz w magistracie, potem był wicedyrektorem kolejowej szkoły technicznej (stanowisko dyrektora było zarezerwowane dla Polaków). I tak pięcioletnia Raisa trafiła do Andrejewów.
– Traktujecie Raję jak laleczkę – nieraz mówił dziadek Iwan, choć było w tym sporo przesady, a Andrejewowie dużą wagę przywiązywali do wykształcenia.
Ledwie Raja przekroczyła próg nowego domu, jak wujostwo posadziło ją na krzesełku z poduszką i rozpoczęła się nauka czytania i pisania. Potem była rosyjska szkoła. Ale odkąd jej dyrektor Nikołaj Nikołajewicz Carewicz (ojciec znanej aktorki Lidii Korsakówny), oskarżany o kontakty z Sowietami, targnął się na życie, placówkę rozwiązano.
Nauczyciele znaleźli się bez pracy i chleba. Jak im pomóc? – zastanawiało się Błagotworitielnoje obszczestwo. I podjęło decyzję – każda rodzina będzie zapraszać codziennie jednego nauczyciela na prywatne lekcje, a potem podejmie śniadaniem albo obiadem.
We wrześniu 1930 roku Raja poszła już do polskiej szkoły. Na szczęście z językiem nie miała problemów – choć w domu mówiło się wyłącznie po rosyjsku, polskiego nauczyła się od córki praczki Frani. Dziewczynka z trudem dawała sobie radę z uszczypliwościami nauczycielki, która – najdelikatniej mówiąc – nie przepadała za rosyjskimi, poleskimi i żydowskimi dziećmi. Na drugi rok przeniesiono ją do równoległej klasy i wszystkie problemy zniknęły.
Zarówno dziadek z mamą, jak i Andrejewowie byli bardzo religijni. Co niedziela chodzili do cerkwi. Przed I wojną światową w Łunińcu były dwie cerkwie, ale odkąd jedną z nich rozebrano i na tym miejscu zbudowano kościół, wiernym pozostała tylko ta upamiętniająca zwycięstwo w wojnie z Napoleonem.
Rytm rodzinnego życia wyznaczały religijne święta. Już od jesieni dzieci czekały na Boże Narodzenie. Zbierały domową makulaturę, potem odnoszono ją do Żyda Joszki, żeby za zarobione pieniądze kupić zabawki na choinkę, na wigilijnym stole oprócz kutii i kompotu z suszonych owoców były zawsze „wjudy”, czyli dzikie węgorze. Choinkę ubierano dopiero w wigilijny wieczór, po przyjściu z cerkwi i zjedzeniu kutii. A potem, po świętach, przychodziły swiatyje wieczera, czas kurtuazyjnych wizyt z herbatą z konfiturami, piernikami, chałwą, suchymi owocami.
Na Wielki Post obowiązkowo zdejmowano dywany, serwetki, firany, zawieszano stare, sprane, pocerowane.
W proszczonnoje woskresienije wszyscy chodzili do cerkwi, także w rodzinie nawzajem prosili o wybaczenie win. Dzieci zaczynały od dziadka, potem podchodziły do mamy, wujka, cioci, wszystkich całując w rękę.
W 1932 roku u wujostwa zamieszkała też najmłodsza siostra Rai, chorowita Irka.
Andrejewowie bardzo dużo czytali wieczorami. To z domu pani Raisa wyniosła doskonałą znajomość rosyjskiej literatury. „Uważaj, bo dziewczynki nie będą spać w nocy”, mitygowała wuja ciocia, gdy czytał im opowiadanie „Wij” Gogola. Aleksander Andrejew chętnie dzielił się wiedzą. Raisa raz po raz zaskakiwała więc swoimi wiadomościami klasę. I zawsze była pierwszą uczennicą.
Dobrze jej było u wujostwa. W domu panował tradycyjny podział ról. Starszy o 12 lat od żony wujek był niekwestionowanym autorytetem. Niesfornej Raisie często udzielał długich reprymend. A cioci bardzo lubił przynosić kwiaty, najczęściej rezedę ze szkolnego ogródka.
– Och, Saszeńka, ty kak żenich – cieszyła się, całując go w policzek.
Tymczasem w 1935 roku w parafii zaszły duże zmiany. Stary proboszcz, o. Fiodor Drużyłowski, odszedł na emeryturę, wikary dostał samodzielną parafię. Nowym nastojatielem będzie mnich, rozeszły się wieści. Okazał się nim młody archimandryta Gieorgij z monasteru w Żyrowicach.
Cała parafia, jak jeden mąż, starała się mu pomóc w urządzeniu opustoszałej plebanii. Andrejewowie podarowali fotel, nieduży dywan, samowar i całą kolekcję rosyjskiej klasyki. Dziadek Iwan Łoś-Niewdach zobowiązał się dostarczać drewno, nabiał i ryby. W Wielką Sobotę archimandryta Gieorgij przybył do Andrejewów, żeby poświęcić paschalne pokarmy.
Cioci Marusi nie było, poszła do cerkwi dekorować wotywną ikonę Spasitiela, którą Andrejewowie ofiarowali za uratowanie rodziny z rewolucyjnego chaosu. Archimandryta Gieorgij z uwagą przyglądał się dużej fotografii, wiszącej między oknami. Zdjęcie przedstawiało rodzinę Siłajewych tuż po ślubie cioci Marusi z Aleksandrem Andrejewem. U dołu zdjęcia siedziało troje dzieci – Nadieńka (mama Raisy), jej młodsza siostra Luba i chłopczyk w marynarskim ubranku. – To ja, Aleksiej Korenistow – przyznał po dłuższej chwili archimandryta. Jak się okazało, był ciotecznym bratem mamy Raisy, siostrzeńcem i chrześniakiem babci Jewdokii Siłajewej, a identyczne zdjęcie przed rewolucją wisiało także w jego rodzinnym domu w Carskim Siole.
To był szok, można powiedzieć, nieoczekiwana radość. Ale nie było czasu na dłuższą rozmowę – archimandrytę czekały wizyty w kolejnych domach. Rodzina spotkała się na drugi dzień świąt w Dworzyszczu.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk
fot. archiwum Raisy Kwiatkowskiejóg dał mi żyć między wspaniałymi ludźmi


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token