Numer 2(380)    Luty 2017Numer 2(380)    Luty 2017
fot.Andrzej Karpowicz
Soliści w kwartecie
Anna Radziukiewicz
Po koncercie w katedralnej cerkwi św. Marii Magdaleny spotkałam śpiewaków EQV, kiedy to wracali z Warszawy do Białegostoku – do miasta, z którym spletli swe życiorysy. Koncert ten prowadził prof. Włodzimierz Wołosiuk, zaś oni śpiewali utwory, które napisał im i całemu światu dwa i pół wieku wcześniej Maksym Berezowski. Berezowski żył krótko i dramatycznie. Urodził się w rodzinie kozackiej i z ziemi ukraińskiej szedł przez najważniejsze salony muzyczne ówczesnego świata jako solista i kompozytor. Śpiewał w Petersburgu dla cara i jego otoczenia. We Włoszech w Akademii Bolońskiej uczył się muzyki przez ponad osiem lat, w tym samym czasie co Wolfgang Amadeusz Mozart. Z dyplomem maestro di musica i wyróżnieniem powrócił do Sankt Petersburgu. Tu jednak przerosły go życiowe problemy. Odszedł, gdy miał zaledwie 32 lata. A los jego spuściznę potraktował podobnie jak autora. Tylko nieduża część jego dzieł dotrwała do dziś. Nazwano go klasykiem muzyki cerkiewnej.
Słucham nagrania utworów Maksyma Berezowskiego w wykonaniu Ensemble QuattroVoce. Płyta powstała w 2014 roku w ramach stypendium marszałka województwa podlaskiego. Słucham cerkiewnych pieśni. Czuję, że śpiewacy są blisko mnie, że otulają mnie płaszczem miękkich, ale wyrazistych, świetnie wykształconych, głosów.
Dochodzi do mnie każdy dźwięk, który łatwo może zagubić kilkudziesięcioosobowy chór, nawet najwspanialszy. Śpiewacy jakby wydobywali z kompozycji Berezowskiego ich wschodnią śpiewność i włoską lekkość. Jakaż oryginalność, niepowtarzalność brzmienia!
W zimowy późny wieczór siedzimy przy stole – tylko wtedy śpiewacy EQV, obdarzeni ponad miarę talentem, ale również obowiązkami i zajęciami, mogli się spotkać ze mną, tym razem jednak również w niekompletnym składzie – bez Przemysława Kummera. Świat muzyczny snuje swe wątki.
– Płyta z muzyką Berezowskiego jest dla mnie wyjątkowo cenna – mówi Paweł Pecuszok – choć nazwałbym ją niszową. Bardzo przeżywałem jej nagranie. Chciałbym jeszcze powtórzyć podobny koncert jak ten w warszawskiej cerkwi. Berezowski z pewnością na to zasługuje.
Aleksandra Pawluczuk: – Solistom trudno jest stworzyć zespół kameralny, a każdy z nas jest solistą – ja jeszcze studiuję śpiew solowy. Przy nagraniu płyty z utworami Berezowskiego udało się jednak uzyskać śpiew solowy, ale spójny.
Każdy z członków kwartetu jest samodzielną twórczą osobowością w świecie muzyki. Marta Wróblewska jest pedagogiem, śpiewaczką (sopran), dyrygentką. Pracuje m.in. na białostockim Wydziale Instrumentalno-Pedagogicznym Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Pięć lat temu obroniła doktorat w dziedzinie wokalistyki, choć najpierw zamierzała pisać o roli chórów w Cerkwi. Obecnie przygotowuje się do habilitacji. O sobie mówi: – Miałam szczęście. Spotkałam ludzi, swoich muzycznych aniołów, którzy mnie prowadzili w dobre miejsca.
– Jakich?
– Profesor Violettę Bielecką, wspaniałą dyrygent, profesora Cezarego Szyfmana, który uczył mnie śpiewu solowego, mojego kolegę Piotra Zawistowskiego, który wprowadził w świat muzyki dawnej w Białymstoku i Warszawie, a potem dalej się to potoczyło. Moim aniołem jest teraz i Paweł Pecuszok. On nas skupia, jest animatorem życia artystycznego, mentorem, przyjaźnię się z nim i współpracuję.
Marta Wróblewska doskonaliła swój warsztat artystyczny na kursach prowadzonych przez Jerzego Artysza, Kazimierza Pustelaka, Leonarda Andrzeja Mroza, Urszulę Kryger i Olgę Pasiecznik. Fascynuje ją muzyka dawna. Dawna, to według definicji, tworzona do końca XVIII wieku, czyli do czasów rewolucji francuskiej, która i na muzykę miała wpływ, ujednolicając ją i upraszczając. W potocznym jednak rozumieniu, znaczy nie współczesna, czyli nawet lata dwudzieste XX wieku można nazwać w muzyce dawnymi. Marta jest ceniona jako solistka i śpiewaczka-kameralistka, zwłaszcza wśród orkiestr i zespołów wykonujących muzykę dawną.
Świat muzyki oferuje prestiżowe festiwale. W nich Marta Wróblewska bierze udział. To między innymi Festiwal de Musica Antiqua de los Pirineos w Hiszpanii, Międzynarodowy Festiwal Muzyki Sakralnej Gaude Mater, Starosądecki Festiwal Muzyki Dawnej, Moniuszkowski Festiwal Podlasia.
Śpiewała w kraju i za granicą – na Białorusi, Litwie, w Niemczech, Belgii, Hiszpanii, Andorze. Występowała jako śpiewaczka u boku takich sław Kevin Kenner, Andrew Parrott, Vincent Dumestre, Marek Toporowski, Agata Sapiecha, czy Lilianna Stawarz. W dorobku ma dziesiątki utworów kantatowo-oratoryjnych, pieśni oraz partie operowe. Występowała z wieloma zespołami orkiestrowymi między innymi pod batutą Massimiliano Caldiego, Michała Klauzy i Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego.
Jej dorobek w kwartecie EQV jest najbardziej imponujący.
W chórach Marta Wróblewska zaczęła śpiewać chodząc do szkoły muzycznej. Jako uczennica liceum śpiewała w chórze katedralnej cerkwi św. Mikołaja w Białymstoku. Jeszcze gdy archimandrytą supraskiej ławry był arcybiskup Miron, a po nim archimandryta Gabriel, jeździła do Łaźni, by śpiewać podczas Liturgii służonej w tamtejszym domu opieki – o budowie cerkwi wtedy nikt nie myślał. To była prawdziwa szkoła, kiedy czasem w trzy, czy czteroosobowym składzie, trzeba było wszystko zaśpiewać, używając to sopranu, to altu, to nawet basu. O tamtym śpiewaniu mówi: – To było jak matematyka. Ale przecież kiedyś muzykę, tak jak matematykę zaliczano do nauk ścisłych. W latach 2001-2007 prowadziła przy Centrum Kultury Prawosławnej chór Ichos. Ale potem nie dało się pracować z tym chórem i jednocześnie studiować, pracować w dwóch instytucjach, wychowywać jedno dziecko, i zaraz drugie.
Paweł Pecuszok, którego niezwykłą energię poznaję przy pierwszym spotkaniu, i leczy i śpiewa. I krąży między Warszawą a Białymstokiem. Kończył liceum w Legnicy z ukraińskim językiem wykładowym. Na studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Medycznego przybył do Białegostoku. I od razu zaczął rozglądać się za chórem. Chciał śpiewać, miał bowiem za sobą śpiewanie w chórach ukraińskich i łemkowskich, wiele koncertów, śpiewanie kolęd w domach i cerkwiach. Należał do zespołów, m.in. chór Połonyna, Żurawli, Chór im. Berezowskiego. Również w Białymstoku trafił do wspaniałego chóru, prowadzonego przez prof. Bożennę Sawicką, skupiającego przyszłych i praktykujących medyków. Bardzo ceni swą chóralną szkołę. Mówi: – Zazwyczaj soliści, na przykład świetni angielscy śpiewacy, robiący światową karierę, zaczynali wcześniej od chóralnej praktyki. Powiem więcej – zauważyłem wspólny mianownik, że wszyscy, którzy osiągnęli status śpiewaka solowego, mają za sobą doświadczenie śpiewania w chórach. Bo chór uczy wiele, także umiejętności dostosowania się do niższego lub odmiennego poziomu chóralnych śpiewaków. A taka zdolność adaptacji i współgrania to też sztuka.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz
fot. z archiwum EQV



Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token