Numer 3(381)    Marzec 2017Numer 3(381)    Marzec 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Nie jest tak źle jak myślicie
Anna Radziukiewicz
Anna Radziukiewicz: – Zacznijmy od przedszkola. Tu macie kontakt z dziećmi i rodzicami – zwracam się do pani dyrektor Lucji Niemirowicz. – Kto sprawia większe problemy wychowawcze?
Lucja Niemierowicz: – Z dziećmi nie mamy problemów, ale coraz częściej musimy wychowywać rodziców. Są często wymagający wobec nas, nauczycieli, i nie lubią dyscypliny, jaką narzucamy ich dzieciom. A my uważamy, że dzieci trzeba wychowywać w pewnej dyscyplinie. Dlatego nie zgadzamy się w niektórych kwestiach z rodzicami. Zapraszamy ich regularnie na wykłady i prelekcje na temat wychowania. Przychodzi mało osób, np. po pięć. A na uroczystościach, związanych z różnego rodzaju świętami i rocznicami zbierają się tłumy. Wieczór kolęd zgromadził około 230 osób. Podobnym powodzeniem cieszy się świętowany u nas dzień babci, dziadka, matki.
Anna Radziukiewicz: – Wasze przedszkole jest specyficzne, drugiego takiego w Białymstoku nie znajdziemy.
Lucja Niemierowicz: – Wychowujemy nasze dzieci w atmosferze tradycji mniejszości narodowych. Na wysokim poziomie prowadzone jest wychowanie religijne. To dzięki naszej bardzo dobrej prawosławnej katechetce Irenie Matys. Nasze sześciolatki znają na przykład gdzieś po dwanaście kolęd w językach białoruskim, ukraińskim i rosyjskim. Na 175 naszych dzieci, 102 jest prawosławnych.
Eugeniusz Czykwin: – Do waszego przedszkola trudno się dostać.
Anna Radziukiewicz: – Może więc te dzieci, które nie dostaną się do was, przyjmie przedszkole organizowane przy parafii Świętego Ducha w Białymstoku?
Lucja Niemierowicz: – Ale nasze to przedszkole samorządowe, czyli z opłatą ze strony rodziców po złotówce za godzinę, minimalną. Tam trzeba będzie płacić czesne.
O. Piotr Pietkiewicz: – Myślę, że przedszkola samorządowe, z niewielkimi opłatami, zorientowane na pielęgnowanie wiary prawosławnej i kultury mniejszości narodowych, czyli z oddziałami nazwijmy je białoruskimi, mogłyby być tworzone w Bielsku Podlaskim i Hajnówce.
Eugeniusz Czykwin: – By taka placówka powstała, potrzebna jest lokomotywa, taka jak Lusia Niemierowicz.
Lucja Niemierowicz: – Potrzebni są rodzice, tacy jak Barbara Piekarska czy Mirosława Kalina, które 22 lata temu doprowadziły do zorganizowania tego przedszkola. To bardzo ważne, by istniały tego rodzaju placówki, wszystkie bowiem inne działania edukacyjne, prowadzone w domach kultury czy przy parafiach, są ważne, ale mają charakter dorywczy, okazjonalny. Tu dzień w dzień trwa proces edukacji. Rodzice to doceniają. Niedawno zadzwonił ojciec. Bardzo chciał, by jego dziecko trafiło do naszego przedszkola, ponieważ pragnie, by nauczyło się rozmawiać po białorusku. On już nie zna tego języka. Ale dziecko niech się nauczy mowy przodków, mówił.
O. Piotr Pietkiewicz: – Takie placówki funkcjonują dzięki ich kadrze. Tam są świetni nauczyciele, osobowości, które tworzą unikalny klimat.
Anna Radziukiewicz: – Gdy do szkół podstawowych trafiają dzieci, które przeszły przez przedszkole białoruskie, widać że odcisnęła się na nich dobra edukacja?
O. Piotr Pietkiewicz: – Religii w szkołach uczę od dwudziestu lat. Kiedyś, gdy uczyłem na Nowym Mieście w Białymstoku, a klasy tam były liczne, po trzydzieści osób, po dwóch-trzech lekcjach mogłem wskazać, które dzieci mają za sobą białoruskie przedszkole. To było tak widoczne w poziomie ich rozwoju! Jakby w stosunku do innych dzieci przeskoczyły kilka stopni edukacji. Poza tym te dzieci są odważne, nie boją się publicznych wystąpień.
O. Piotr Makal: – Nie można mówić, że jeżeli dziecko nie trafi do białoruskiego przedszkola, będzie miało kiepski start. Za wychowanie powinni odpowiadać głównie rodzice. Ja z kolei widzę od razu, które dzieci modlą się z rodzicami w domach, które chodzą do cerkwi. Dodam, że są i inne dobre przedszkola – na przykład brackie. To w Bielsku Podlaskim też powstało z pragnień rodziców, czy bardziej dziadków, siedem lat temu. Cieszy się dużą popularnością wśród prawosławnych. Katolicy też posyłają do niego dzieci. W tym roku szkolnym to samo bractwo – św. św. Cyryla i Metodego – założyło przedszkole w Hajnówce.
O. Paweł Szwed: – Uczyłem dzieci w publicznej szkole podstawowej. Tam bardzo wyraźnie widać religijne wychowanie dzieci w domu, zwłaszcza jeśli rodzice regularnie uczęszczają do cerkwi, śpiewają w chórze. Jeśli rodzice nie położą fundamentu pod religijne wychowanie dziecka, to my jako duchowni czy katecheci za wiele nie zdołamy uczynić. W dziecko jest wpisany wzorzec rodzinny.
Eugeniusz Czykwin: – Zwracam się do młodych dyskutantów. Należycie do pokolenia wyżu demograficznego. W cerkwiach tego wyżu za bardzo nie widać. Jak to postrzegacie?
Dariusz Sulima: – Na pewno jest nas w cerkwi, czy na spotkaniach bractwa, niewielki procent. Przyczyny? Pytam młodą dziewczynę – dlaczego nie byłaś w piątek na spotkaniu bractwa? – Darek – odpowiada – najpierw kariera, później Bóg. Codziennie mam od ósmej do piętnastej zajęcia w szkole, co drugi dzień po szkole angielski, bo chcę studiować na Oxfordzie albo innym renomowanym uniwersytecie. Do cerkwi kiedyś przyjdę. Ta dziewczyna pochodzi z bardzo religijnej rodziny, co niedziela przychodzącej do cerkwi. W pierwszej klasie liceum zadałem, jako katecheta, pytanie – jak widzicie swoje miejsce w Cerkwi? Dwóch chłopców, prisłużników, odpowiedziało – może pójdziemy do seminarium, dwie dziewczyny – jedna z Siemiatycz, druga z Gródka, że nie widzą dla siebie miejsca w Cerkwi. One ze trzy razy w roku chodzą do cerkwi – na Paschę, Kreszczenije i na Spasa jadą na Grabarkę.
Od sześciu lat jestem przewodniczącym parafialnego bractwa. Moje pokolenie, które teraz z bractwa odchodzi, niemal w całości wyjechało za granicę. Pojawią się w cerkwi na Antoniuku kilka razy w roku, gdy przyjadą do rodziców. Moi koledzy mieszkają w Brukseli, Londynie, we Włoszech. Nieco starsi jeszcze się przytrzymują w Białymstoku, oczywiście nie wszyscy. I oni tworzą grupę 30+. Chwała im za to. Mają przy parafii regularne spotkania. Najmłodsze pokolenie, które by coś chciało zrobić dla Cerkwi, napotyka na barierę. W tygodniu się uczy, a w weekendy jakże często już pracuje. Ich nie ma w cerkwi. A ja chcę mimo wszystko mieć z nimi kontakt. Zapraszam w piątek na spotkanie bractwa. Przychodzi z pięćdziesiąt osób. I wiem, że ich w niedzielę w cerkwi nie spotkam. Takie życie. Żeby kontakty podtrzymywać, organizuję wyjazdy. W ubiegłym roku byliśmy w Grodnie, dwa lata temu w Żyrowicach. Wiem, że na wszelkie możliwe sposoby trzeba być z młodymi, po to by – jak mówię – nie sprzedali swojej wiary za kawałek opłatka.
Anna Choruży: – W szkole, w której prowadzę zajęcia z katechezy, uczniowie już od drugiej klasy pracują jako kucharze czy kelnerzy. Mogą pracować w weekendy. Ale są oni w wieku, w którym się szuka drogi do Boga, do cerkwi. Zawsze im powtarzam – wyjeżdżając do wkacyjnej pracy w kraju czy za granicą, zawsze szukajcie cerkwi. Ich trzeba uczyć, jak ważne jest prawosławie. Cieszy mnie, gdy dziewczyna po wakacjach informuje, że w Niemczech odnalazła cerkiew i grecką, i rosyjską.
O. Piotr Makal: – Czy naszym celem jest tylko, żeby ci młodzi ludzie pozostawali w jakiejś zorganizowanej grupie, na przykład bractwie? Wtedy za trzy pokolenia nikt do cerkwi nie zajrzy. Rodzice wożą dzieci na angielski, balet, piłkę nożną. Pragną ich rozwoju. A rozwój duchowy? Ilu młodych pojawia się na Liturgii?
O. Piotr Pietkiewicz: – Młodzi ludzie nie są obojętni. Różne sprawy im przeszkadzają, ale czują więź z Cerkwią i zachowują wiarę. Ja bym tak nie dramatyzował. Nie jest źle. Trzeba na to spojrzeć szerzej. Rynek pracy stawia wysokie wymagania – nieraz potrzebę zdobycia wykształcenia na kilku kierunkach. Młodzi są zapracowani i nie zawsze są w stanie uczestniczyć w życiu liturgicznym. Pobożności nie należy mierzyć obecnością w cerkwi. Wydaje mi się nawet, że teraz jest lepiej niż kiedyś. Teraz ludzie więcej się modlą, częściej uczestniczą w sakramentach, więcej czytają duchowej literatury.
Lucja Niemierowicz: – Cenię młodzież. Widzę jak moja córka i inni młodzi ludzie z zarządu centralnego bractwa wiele pracują społecznie, organizując różne akcje, spotkania, obmyślając przez dwa dni, jak zmienić plan majowej pielgrzymki na Grabarkę. Moje pokolenie, gdy byłam w wieku córki, spotykało się w soborze św. Mikołaja. Teraz przy wszystkich cerkwiach, we wszystkich parafiach.
O. Piotr Pietkiewicz: – Kiedyś spotykało się przy jednej cerkwi 40-50 osób, teraz może z tysiąc przy różnych parafiach. Kilka tysięcy chodzi w Białymstoku w szkołach na religię. To naprawdę inna skala niż kiedyś.
Maciej Owsiejczuk: – Ale młodzi, jeśli wyjeżdżają z rodzinnego miasta, starają się znaleźć cerkiew w innym mieście, na przykład mój znajomy w cerkwi w Olsztynie śpiewa w chórze.
Dariusz Sulima: – Młodzieżowy chór katedralny w Warszawie opiera się głównie na młodzieży z Białegostoku. Spotkałem w nim siedem osób jedynie z parafii Świętego Ducha.
Anna Radziukiewicz: – A harcerze?
O. Piotr Pietkiewicz: – O nich można mówić tylko dobrze. Marta Całpińska, niegdyś przewodnicząca centralnego zarządu bractwa, teraz posłusznica w monasterze w Zwierkach, rzuciła ziarno.
Piotr Giegiel: – Mamy już pięć jednostek harcerskich, współdziałających ze sobą. 95 procent w nich to młodzież prawosławna. Kształcimy od najmłodszych, czyli od szkoły podstawowej. Od pierwszej do trzeciej klasy to są zuchy ze szkoły św. św. Cyryla i Metodego. Drużyny harcerskie tworzymy z uczniów od klas czwartych do szóstych szkół podstawowych. Starsi harcerze to gimnazjaliści, uczniowie szkół średnich i studenci. Teraz założyliśmy krąg wychowawców tej harcerskiej młodzieży. Spotykamy się regularnie, dokształcamy. Marta Całpińska osiem lat temu założyła pierwszą drużynę harcerską. Liczyła dziesięć osób. W ciągu trzech lat nasze prawosławne harcerstwo rozrosło się do 60 osób i rozrasta się nieustannie, zyskując w prawosławnym środowisku dużą popularność.
Anna Radziukiewicz: – Skąd ta popularność?
Piotr Giegiel: – Do harcerstwa posyłane są głównie dzieci rodziców, którzy sami przeszli harcerskie wychowanie. W naszych drużynach nie możemy zrezygnować z idei harcerstwa na rzecz tylko prawosławnego wychowania. Jedno z drugim łączymy, pozostając w duchu prawosławnym. Podczas wyjazdów dzieci same codziennie czytają na zmianę w cerkiewnosłowiańskim modlitwy poranne i wieczorne. Uczestniczą w Liturgii, gdy nie ma w pobliżu cerkwi, w polowej. Przyjeżdża wtedy na obóz nasz kapelan o. Jan Kiryluk i służy Liturgię. Letnie obozy organizujemy, dotychczas mieliśmy ich sześć – w Opartowie koło Rajgrodu. Są i zimowiska. Każdego roku proponujemy obóz i rekolekcje podczas zimowej świątecznej przerwy. Rekolekcje cieszą się większą popularnością. Odbywają się od pięciu lat na Świętej Górze Grabarce. Trwają cztery-pięć dni.
O. Piotr Pietkiewicz: – Uważam, że bardzo ważne są wyjazdy integracyjne, to co robią harcerze. Młodzi powinni czuć wspólnotę i to, że od nich coś zależy. Stąd taki sukces bractwa na Antoniuku. Młodzieży potrzebna jest modlitwa, katecheza, ale i wspólne pójście na lodowisko, kręgle, zawody sportowe czy spływ kajakowy. Jakaż to piękna inicjatywa profesora Jana Kochanowicza, organizatora kajakowej pielgrzymki z Gródka do Supraśla po rzece Supraśl 8 i 9 sierpnia. Co roku ze swoją młodzieżą biorę w tej wodnej pielgrzymce udział. Ta młodzież bardzo dobrze ze sobą się czuje.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


Opracowanie dyskusji
Anna Radziukiewicz


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token