Numer 3(381)    Marzec 2017Numer 3(381)    Marzec 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Pamiętam...
Ałła Matreńczyk
Czerwiec 1944 roku. Front wschodni jest coraz bliżej Polesia. – Katoliccy i prawosławni duchowni z Pińska i Brześcia wyjechali nocnym pociągiem na zachód – rozeszły się wieści po okolicy. Raisa, która wkrótce podczas ewakuacji znajdzie się przejazdem w Warszawie, przekona się o tym osobiście. W metropolii warszawskiej, do której wbiegnie na kilka minut, potwierdzą: przy cerkwi na Podwalu zostali zakwaterowani władycy piński i poleski Aleksander oraz brzeski i kobryński Gieorgij (Korenistow) ze swym kielejnikiem Aleksandrem, o.o. Jan Bekisz i Andrzej Łukaszewicz z matuszkami.
Chociaż władyka Gieorgij jest jej kuzynem, a o. Jan Bekisz byłym proboszczem, Raja ma za mało czasu, by spotkać się z nimi osobiście. Przed nią dalsza długa droga. I Darmstadt z piękną cerkwią, zbudowaną z okazji ślubu cara Mikołaja II z księżniczką Hesji Alix, późniejszą carycą Aleksandrą Fiodorowną. I praca opiekunki do dzieci w wielodzietnej rodzinie państwa Fischerów. Pan domu Wilhelm, z zawodu kolejarz, zmobilizowany w końcu wojny, pełni służbę w Norwegii, pani domu Anna wychowuje czwórkę potomstwa – siedmioletnią córkę, pięcioletniego synka i dwuipółroczne bliźnięta. Raisa doskonale sobie radzi z dziećmi, zna bardzo dobrze niemiecki, jest zadbana, pracowita i energiczna. Anna Fischer szybko ją polubi. Gdy Raję boli ząb, zaprowadzi do dentysty, a ten przyjmie bez kolejki, odda bilet do teatru, pozwala na wypady w góry.
Pokaże też cerkiew. Nabożeństwa w pięknej świątyni, zaprojektowanej przez Leontija Benois (autora projektu m.in. soboru św. Aleksandra Newskiego na Placu Saskim w Warszawie), odbywają się raz w miesiącu, odprawia je stareńki batiuszka z Wiesbaden.
Podczas nalotów alianckich, 13 września 1944 roku, ginie 25 tys. osób. Ranny zostaje także ojciec Wilhelma, a wtedy dowództwo pozwala mu na dziesięciodniowy urlop. Rodzina chlebodawców jest w komplecie, o bezpieczeństwie może jednak tylko pomarzyć. Cały czas mieszka w budynku dworca kolejowego na drugim piętrze, a dworce nie przestają być celem alianckich ataków. W marcu 1945 roku Amerykanie przekraczają Ren. Lada moment wkroczą do Darmstadtu. Na wieść o tym cywile rozpaczliwie szukają schronienia. Fischerowie z Rają postanawiają ukryć się w tunelu pod nasypem kolejowym. Jest 23 marca, urodziny bliźniaków.
– A wie pani, tam są też Polacy – mówi do Rai pan Fischer, gdy z tłumokami spieszą do kryjówki.
Nie myli się. – Jesteśmy z Zawiercia i Leslau (Włocławka) – potwierdzają dwaj młodzieńcy. W tunelu jest ciemno, Raja tylko słyszy ich głosy. Nad ranem jeden z nich znów się odzywa, mówi, że z pobliskiego hotelu dobiegają głosy po angielsku. A więc Amerykanie są już w Darmstadt. Wszyscy jak jeden mąż postanawiają wyjść z tunelu. Raja potyka się na schodkach.
– Całą wojnę przeżyłam, a teraz tu się zabiję – mówi do siebie po polsku.
– O, to chyba ta dziewczyna z Polski – słyszy tuż po wyjściu na zewnątrz.
Przed nią stoją dwaj młodzi Polacy, przymusowi robotnicy. Jednym z nich jest Stanisław Kwiatkowski. Raja jeszcze nie wie, że wkrótce wyjdzie za niego za mąż.
Tymczasem Amerykanie w dawnych niemieckich koszarach organizują obóz byłych polskich jeńców wojennych oraz przymusowych robotników. Do tego obozu, który nazywa się Lwów, trafia Stanisław.
Raja, choć także została tam zameldowana, wolała pozostać u Fischerów. Podjęła pracę tłumacza w UNRRA i dzięki temu mogła przynajmniej trochę odwdzięczyć się swoim chlebodawcom. Tym bardziej, że Wilhelma znów nie było w domu – odbywał trzymiesięczną kwarantannę w amerykańskim obozie gdzieś w Bawarii.
Raja bardzo dobrze czuła się w tej rodzinie, nie chciała stąd wyjeżdżać. Najbliżsi zostali przecież za Bugiem, tu już miała pracę i przyjaciół. Stanisław, który po sześciu-siedmiu tygodniach znajomości jej się oświadczył, nie chciał nawet o tym słyszeć. Bez przerwy mówił o powrocie do Polski i ślubie. Był katolikiem, a Raja chciała wziąć ślub w cerkwi. Cerkiew w Darmstadt była nieczynna. Co robić?
17 sierpnia do obozu Lwów miał przybyć główny kapelan polowy armii Andersa, biskup Gawlina. Stanisław zaprosił Raję na tę uroczystość.
Było to bardzo podniosłe spotkanie. Z polskimi flagami, orkiestrą, byłymi polskimi jeńcami w amerykańskich mundurach i byłymi robotnikami przymusowymi w cywilnych ubraniach.
Obok biskupa Gawliny Raja ujrzała rosłego wojskowego w berecie i pelerynie. Gdy salutował, dostrzegła prawosławny krzyż i panagiję na jego piersi. – To nasz biskup – krzyknęła, chwytając narzeczonego za rękę.
Był to władyka Sawa (Sowietow), główny prawosławny kapelan Armii Andersa. Uśmiechnął się do Rai, pobłogosławił. Stanisław od razu postanowił z nim się spotkać, bo wciąż myślał, gdzie by tu wziąć prawosławny ślub, ale program wizyty władyki nie przewidywał indywidualnych przyjęć. Przewidywał za to prawosławną Liturgię w pobliskim serbskim obozie byłych jeńców wojennych, która miała być odprawiona następnego dnia. Stanisław, który dowiedział się o tym później, skoro świt wyruszył z tą wiadomością i znajomym Serbem do narzeczonej i we troje na rowerach pospieszyli na nabożeństwo.
Obóz serbskich jeńców wojennych nie wyróżniał się niczym szczególnym. Barak, w którym odprawiano Liturgię, także. Przy wejściu flagi, polska, serbska i amerykańska, z dużą ikoną Świętej Trójcy nad nimi i portretem serbskiego króla Piotra pośrodku. Wewnątrz przenośny ikonostas, prestoł i żertwiennik, na środku anałoj ze skrzyni z ikoną św. Sawy, skrzyneczki z piaskiem do stawiania świec. Wielu Serbów i niewielu, bo około trzydziestu, Polaków w amerykańskich mundurach.
Nabożeństwo odprawiał serbski duchowny, biskup Sawa stał po prawej stronie przed ikonostasem w mundurze generalskim z omoforionem, panagiją i krzyżem. Po Otcze nasz nastąpiła spowiedź ogólna. Potem priczaszczenije.
– Ochrzczona, prawosławna? – zapytał Raję po polsku władyka, który wyszedł z czaszą do wiernych z Polski.
– Tak.
Po Liturgii odprawiono molebien za pomyślność Serbii i Polski. Do krzyża Serbowie podchodzili do serbskiego batiuszki, pozostali do władyki Sawy.
– Pani jest z powstania? – zapytał Raję biskup. – Nie, z Polesia.
– Wie pani, że władyka piński i poleski Aleksander zmarł w amerykańskiej strefie?
Stanęła jak wryta, bo słyszała o tym po raz pierwszy.
– Proszę biskupa, a mógłby biskup udzielić nam ślubu? – Stanisław nie mógł przepuścić takiej okazji.
Władyka roześmiał się i odprawił ich do Wiesbaden. – Tam jest czynna cerkiew – powiedział.
Pojechali do Wiesbaden, była sobota. Odnaleźli cerkiew i dom batiuszki. Okazało się, że to on właśnie przyjeżdżał i odprawiał w Darmstadt. Teraz, mocno schorowany, leżał w łóżku. Raja ze Stanisławem prosili, żeby za tydzień udzielił im ślubu.
– Za tydzień nie wiem czy dożyję – na to duchowny – ale jutro miałbym jeszcze dość siły… Młodzi popatrzyli po sobie. Nie mieli ani odświętnych ubrań, ani świadków. Innego wyjścia też nie.
Następnego dnia deszcz lał od samego rana. W cerkwi okna wciąż były osłonięte czarnymi papierami, na marmurowej posadzce leżały, dla ochrony, trociny. Batiuszka poprosił dwóch przypadkowych mężczyzn o trzymanie koron. Raja w znoszonej garsonce, pamiętającej jeszcze gimnazjalne czasy, Staszek też w byle czym. I tak wzięli ślub.
Teraz czekał ich wyjazd do Włocławka. To centrum Polski. Raja, co tu ukrywać, bała się spotkania z tym miastem, przede wszystkim z rodziną męża.
– Pamiętaj, jeśli ktoś coś powie przeciwko prawosławiu, wyjdę choćby w środku nocy – ostrzegła męża.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk
fot. archiwum
Raisy Kawiatkowskiej

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token