Numer 3(381)    Marzec 2017Numer 3(381)    Marzec 2017
fot.Anna Radziukiewicz
O ofiarach pamiętamy
Eugeniusz Czykwin
Trasa tegorocznego marszu miałaby przebiegać przez Rondo Arcybiskupa Mirona i obok soboru Świętej Trójcy w czasie, gdy będzie w nim sprawowane poprzedzające Wielki Post nabożeństwo w intencji przebaczenia win. W Hajnówce mieszkają rodziny, których bliscy zginęli w dokonanej przez Żołnierzy Wyklętych, na przełomie stycznia i lutego 1946 roku, pacyfikacji pięciu prawosławnych wsi. Zapewne także one będą 26 lutego w cerkwi Świętej Trójcy. Zmiana trasy i godzin marszu tak, by przebiegał on obok świątyni, w której prawosławni gromadzą się na szczególne, odprawiane raz w roku, nabożeństwo jest zamierzoną prowokacją nie tylko wobec rodzin, których bliscy zostali w bestialski sposób pomordowani przez Żołnierzy Wyklętych, jest także zamierzonym działaniem, mającym na celu wzbudzanie podziałów i konfliktów na tle religijno-narodowym.
Odpowiedzialność za ewentualne skutki tej prowokacji – przecież nie można wykluczyć także nieodpowiedzialnych reakcji ze strony ludzi, których uczucia są urażane – spada nie tylko na bezpośrednich organizatorów marszu – jednym z liderów ubiegłorocznego marszu był katecheta, nauczyciel religii katolickiej Bogusław Łabędzki – odpowiedzialność za burzenie atmosfery zgodnego współżycia katolicko-polskiej i prawosławno-białoruskiej społeczności na Białostocczyźnie ponoszą także historycy, publicyści, organizacje kombatanckie, redakcje pism i instytucje państwowe, które – angażując się w heroizację Żołnierzy Wyklętych – przekraczają granice, których nawet w najszczytniejszych celach przekraczać nie wolno. Tą granicą jest usprawiedliwianie zbrodni i próby obarczania współodpowiedzialnością za nie niewinnych ofiar.
Takich prób jest coraz więcej. Z reguły, gdy działania, służące gloryfikacji sprawców zbrodni, przy jednoczesnym obarczaniu winą ofiar, podejmują środowiska nacjonalistyczno-narodowe lub osoby pokroju wspomnianego katechety, nie reagujemy. Nie możemy jednak, choćby ze względu na pamięć o ofiarach, milczeć, gdy w działalność taką angażują się osoby z naukowymi tytułami, reprezentujące instytucje państwowe, finansowane z podatków płaconych także przez prawosławnych obywateli, w tym rodziny ofiar.
Pretekstem do kolejnych publikacji i wystąpień, w których autorzy usprawiedliwiają sprawców i usiłują wykazać winę ofiar, stał się wyprodukowany przez TV Biełsat film w reżyserii Jerzego Kaliny „Siaroża” (o filmie piszemy na str. 30). Krytycznie do filmu na portalu Kresy.pl odnieśli się m.in. główny specjalista w warszawskim oddziale Referatu Badań Naukowych Biura Edukacji Publicznej IPN dr Wojciech Muszyński oraz przedstawiany jako historyk, a w rzeczywistości z wykształcenia ekonomista, Leszek Żebrowski.
Kierownik Referatu Badań Naukowych OBEP IPN w Warszawie, dr Kazimierz Krajewski wraz z Grzegorzem Wąsowiczem, „adwokatem, zajmującym się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego z lat 1944-1954”, opublikowali w czterech kolejnych numerach „Naszego Dziennika” (19-23 marca 2016 roku) obszerny tekst „Bohater tragiczny”, w którym przedstawili swoją wersję wydarzeń związanych z dokonaną przez oddział Romualda Rajsa pacyfikacji pięciu prawosławnych wsi na przełomie stycznia i lutego 1946 roku.
Autorów tych publikacji, jak i całą rzeszę komentujących sprawę „Burego” internautów łączy sprzeciw wobec ustaleń śledztwa „w sprawie pozbawienia życia 79 osób – mieszkańców powiatu Bielsk Podlaski, w tym 30 tzw. furmanów w lesie koło Puchał Starych, dokonanych w okresie od dnia 29 stycznia 1946 roku do 2 lutego 1946 roku”, przeprowadzonego przez prokuratora IPN w Białymstoku, Dariusza Olszewskiego, w którym czyny „Burego” określił jako „zbrodnię o znamionach ludobójstwa”.
Ustalenia te burzą misternie budowaną mitologię Żołnierzy Wyklętych, stąd też wręcz histeryczne reakcje zaangażowanych w heroizację tych formacji historyków i części prawicowych publicystów.
Przypomnijmy: w prowadzonym przez trzy lata śledztwie prokurator przesłuchał 169 świadków i uwzględnił wszystkie dostępne dokumenty. Pozwoliło to – czytamy na stronie ipn.gov.pl – na uznanie wszystkich zdarzeń objętych zakresem śledztwa za zbrodnie przeciwko ludzkości, popełnione w celu wyniszczenia części obywateli polskich z powodu ich przynależności do białoruskiej grupy narodowościowej, poprzez dokonanie i usiłowanie zabójstw oraz spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, jak również dopuszczenia się poważnego prześladowania osób tej grupy przez spalenie należących do nich budynków mieszkalnych i zabudowań. Nie budzi wątpliwości, że odpowiedzialność za zbrodnię ponosi dowodzący oddziałem Romuald Rajs ps. „Bury”, który wydawał rozkazy rozstrzelania furmanów i dokonał pacyfikacji wsi białoruskich.
Postanowienia prokuratora Olszewskiego utrzymał w mocy Sąd Okręgowy w Białymstoku, który – rozpatrując 30 listopada 2005 roku zażalenia czterech pokrzywdzonych (spośród 80 osób, którym przysługiwały takie uprawnienia) – ocenił uzasadnienia decyzji procesowej jako „nieprzeciętnie wnikliwe”, a odnosząc się do zawartej w nich argumentacji stwierdził, że „traktuje ją jako wręcz swoją”.
Mimo tak jednoznacznych stwierdzeń prokuratury i sądu wspomniani historycy i eksperci na wszelkie możliwe sposoby je podważają, przy czym nie kwestionują faktów śmierci furmanów i mieszkańców spalonych wsi Zaleszany, Wólka Wygonowska, Szpaki, Końcowizna i Zanie. Ich głównym celem jest podważenie ustaleń śledztwa, mówiących że oddział „Burego” dokonał zbrodni na tle narodowo-religijnym, przy czym w opisywaniu czynów „Burego” unikają słów „zbrodnia” i „morderstwo”. W obszernym artykule w „Naszym Dzienniku” „zamordowany” został jedynie skazany przez sąd Romuald Rajs, zaś jego ofiary albo „poniosły śmierć” w wyniku „niewykonania poleceń”, albo (furmani) „zostały zastrzelone” za ich stosunek „do państwa polskiego i reżimu komunistycznego”.
Próbując wytłumaczyć czy wręcz usprawiedliwić poczynania Romualda Rajsa wspomniani autorzy odwołują się do funkcjonujących stereotypów i mitów. Jednym z nich jest twierdzenie o nielojalności miejscowej prawosławnej ludności wobec państwa polskiego: „Ta sama ludność – twierdzi dr Muszyński – znana była niestety ze swojej nielojalności względem państwa polskiego – zarówno w 1939 roku, jak i w okresie powojennym”, a Leszek Żebrowski uzupełnia tę wypowiedź: „W 1939 roku, gdy wchodzili Sowieci, dochodziło tam, podobnie jak ogólnie na ziemiach wschodnich, do antypolskich ekscesów. Uruchomiono sowiecką V kolumnę, która rozbijała pojedyncze grupy żołnierzy, oficerów, mordowano nauczycieli i policjantów. Dochodziło do mordów politycznych. Te wydarzenia miały miejsce również na tamtych terenach” [na terenie pacyfikowanych wsi – przyp. red.].
Ponieważ powielane zarzuty o nielojalności prawosławno-białoruskiej mniejszości wobec państwa polskiego rodzą, szczególnie wśród młodego pokolenia „prawdziwych Polaków”, podejrzliwość, a nawet wrogość wobec swoich prawosławnych sąsiadów, warto przytoczyć kilka ważnych faktów.
Choć w polskiej historiografii udział w kampanii wrześniowej żołnierzy niepolskiej narodowości jest z reguły pomijany, istnieją na ten temat wiarygodne opracowania. W czasie mającego charakter konferencji posiedzenia Sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych 24 września 2009 roku zaprezentowano przygotowane przez Centralne Archiwum Wojskowe dokumenty, a specjalizujący się w tym zakresie historycy przedstawili cztery referaty o postawach i udziale w wojnie 1939 roku przedstawicieli białoruskiej, ukraińskiej, niemieckiej i żydowskiej mniejszości. Z ogólnej liczby 34 milionów obywateli ówczesnej Polski ponad dziesięć milionów (blisko 30 proc.) miało inną niż polska narodowość (Białorusinów było około dwa miliony). Wszyscy mieli obowiązek służby wojskowej. Przez cały okres międzywojenny mniejszościom blokowano możliwości awansowania na stopnie oficerskie. Szkoły i kursy oficerskie zarezerwowane były dla Polaków. Według danych z 1930 roku wśród blisko szesnastu tysięcy oficerów do mniejszości zaliczono 65, co stanowiło 0,42 proc. ogółu oficerskiej kadry – Białorusinów w stopniu oficerskim było sześciu. Pod koniec lat 30. poborowi, należący do mniejszości, legitymujący się średnim wykształceniem i „nieposzlakowaną lojalnością wobec państwa polskiego” byli przyjmowani jedynie na dywizyjne kursy podchorążych rezerwy piechoty. Nie mogli jednak stanowić więcej niż 5 procent stanu ogółu kandydatów. Z tych 5 proc. dla Białorusinów zarezerwowano 0,5 proc. miejsc.
W ocenie zachowań mniejszości narodowych w czasie wojny 1939 roku wyróżnia się kilka elementów – po pierwsze reakcja na mobilizację i próby unikania wcielania do wojska lub dezercja, po drugie udział w walkach, po trzecie zachowania po wkroczeniu 17 czerwca 1939 roku wojsk ZSRR na wschodnie tereny Polski. Jak wynika z dokumentów, Białorusini, otrzymawszy karty mobilizacyjne, zgłaszali się do jednostek, a unikanie wojska lub dezercje były stosunkowo nieliczne. Świadczą o tym sprawozdania z marcowej mobilizacji 1939 roku. Najwięcej pozytywnych ocen zachowało się o postawie Białorusinów. I tak w rejonie Słonima (79 i 88 Pułk Piechoty) odnotowano „przychylny stosunek do działań mobilizacyjnych, nie zanotowano żadnych aktów sabotażu czy dywersji”. Władze wojskowe postawą Białorusinów były pozytywnie zaskoczone, gdyż obszar ten był terenem intensywnej działalności Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi. Stawiennictwo rezerwistów do formacji na Nowogródczyźnie i Polesiu oceniono jako „nadspodziewanie dobre” (bez opóźnienia osiągnięto 90 proc.). Przypadki ignorowania mobilizacji z przyczyn politycznych były „względnie nieliczne”, „nie dostrzegano też żadnych różnic w porównaniu z Polakami, jeśli chodzi o morale”. W jednym powiecie, gdzie jedynie rezerwistom katolikom wydano broń, „zaprotestowali prawosławni”. Białorusini – co odnotowały władze – ociągali się z oddawaniem wojsku koni i wozów, zdarzały się przypadki ucieczki do lasu z tego powodu. Był to jednak okres zbiorów i z tego powodu również postawy polskich chłopów były podobne.
O rezerwistach białoruskich wiele dobrego napisano w relacjach dowództwa 19, 22, 35 i 78 Pułków Piechoty. W sprawozdaniu tego ostatniego napisano, iż Białorusini i Poleszucy nie posiadają wyraźnego poczucia odrębności, nie dostrzeżono też żadnych różnic, w porównaniu z Polakami, jeśli chodzi o morale.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


Eugeniusz Czykwin
fot. Michał Bołtryk

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token