Numer 3(381)    Marzec 2017Numer 3(381)    Marzec 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Tajemnica
Paweł Krysa
Pewnego razu niezbyt znany tbiliski malarz i poeta Georgij Mazurin zwierzył się swojemu przyjacielowi:
– Gdy w czasach sowieckich studiowałem w akademii sztuki, naszła mnie myśl, że ludzkie twarze powinno się malować na zielono. Oskarżono mnie wtedy o surrealizm i wyrzucono z uczelni. I znów mam podobny problem – ciągle zastanawiam się bowiem, jak namalować rozgwieżdżone niebo? Próbuję znaleźć odpowiednie barwy, ale nic mi nie wychodzi. Zazwyczaj robi się to, używając ciemnego tła z gwiezdnymi kropeczkami, w kolorach od złotego aż po krwistoczerwony. Ale dla mnie to nie niebo, tylko zwykłe żuczki, które drepczą po czarnej płaszczyźnie ziemi. Spróbowałem więc namalować niebo purpurowe a gwiazdy zielone, ale powstało uczucie jakiejś trwogi, jakbyś patrzył na umieranie chorego. Purpura bowiem pogasiła gwiazdy i stawała się zarzewiem pożaru. Pomyślałem więc o efekcie negatywu – niebo złociste a gwiazdy czarne. Ale wyszło jeszcze gorzej. Jak popatrzyłem na obraz, to zobaczyłem tylko ogromne stada wron, krążące nad ziemią. No to może teraz jeszcze inaczej – uduchowić te gwiazdy i pokazać je w formie ludzkich twarzy. I znowu klapa. Zobaczyłem bowiem swoistą paradę odrąbanych głów. Wtedy spróbowałem oddać gwiazdy w kształcie świetlnych wielokątów. Wyszła jednak tylko chłodna abstrakcja, jakaś geometryczna gra wyobraźni. Mój następny pomysł polegał na tym, że przedstawiłem gwiazdy z długimi zaostrzonymi promieniami, które nicowały całe płótno. Ale wyszła mi z tego tylko jakaś dziwna sieć. Kolejny pomysł – pokazać gwiazdy jako iskierki, powstające na styku dwóch przewodów elektrycznych. I znów wyszło zupełnie nie to co chciałem. Gwiazdy wyglądały jak zimne ognie na bożonarodzeniowej choince. Zdecydowałem wtedy, by tym razem oddać gwiazdy jako różnobarwne świetlne półokręgi, biegnące eliptycznymi trajektoriami. Ale na obrazie wyszły mi z tego tylko migracje jakichś bajecznych ptaków. Skończyło się więc na tym, że nigdy nie znalazłem odpowiednich barw, żeby oddać tę nieskończoność. Wymazałem więc wszystko i zagruntowałem płótno, przygotowując je pod jakikolwiek pejzaż, przeznaczony na sprzedaż.
Po kilku latach znów się spotkali. Przypadkiem, na zatłoczonej tbiliskiej ulicy. Mazurin chwycił delikatnie przyjaciela za łokieć i odciągnął na bok: – Wiesz, przeszedłem dwa zawały, więc trzeci z pewnością mnie zabije. Sądzę, że chętnie byś mnie spytał, czy nadal jestem tym samym bezbożnikiem co zawsze. Na razie zostawmy to pytanie, bo chcę ci powiedzieć co innego. W ostatnim czasie prześladuje mnie myśl, która nie daje mi spokoju: co znajduje się za granicami tego widocznego świata? Tam, powyżej gwiazd! Wydaje mi się, że nie wierzę w Boga. Ale czasami też wydaje mi się, że oszukuję samego siebie... Łapię się bowiem na tym, że często, w czasie rozmowy, używam słowa BÓG. Dlaczego? – nie mam pojęcia…
– Pewnie dlatego – odrzekł przyjaciel – że to twoje gwiezdne niebo, stało się dla ciebie spotkaniem z największą TAJEMNICĄ.

Paweł Krysa

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token