Numer 4(382)    Kwiecień 2017Numer 4(382)    Kwiecień 2017
fot.Zmartchwystanie Pańskie - malowidło w cerkwi Świętego Ducha w Białymstoku
Czy tylko bohaterowie?
Aleksy Kordiukiewicz
Nie chcę tu przywoływać najbardziej znanych faktów z dokonań żołnierzy wyklętych na Podlasiu. Niedoinformowani mogą zawsze sięgnąć chociażby do umieszczonego w Internecie komunikatu IPNu „Informacja o ustaleniach końcowych śledztwa S 28/02/Zi w sprawie pozbawienia życia 79 osób”. Podsumowanie jest wyraźne i oczywiste: „Nie kwestionując idei walki o niepodległość Polski, prowadzonej przez organizacje sprzeciwiające się narzuconej władzy, do których należy zaliczyć Narodowe Zjednoczenie Wojskowe, należy stanowczo stwierdzić, iż zabójstwa furmanów i pacyfikacji wsi w styczniu i lutym 1946 roku nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa.
W żadnym też wypadku nie można tego co się zdarzyło usprawiedliwiać walką o niepodległy byt Państwa Polskiego. Wręcz przeciwnie, akcje „Burego”, przeprowadzone wobec mieszkańców podlaskich wsi, wspomagały komunistyczny aparat władzy i to przede wszystkim poprzez obniżenie prestiżu organizacji podziemnych, dostarczenie argumentów propagandowych o bandytyzmie oddziałów partyzanckich”.
„Prawdziwi patrioci” nie przyjmują tych faktów do wiadomości. Mówią o komunistycznej propagandzie, manipulacji i lewactwie. Dopuszczają jedynie ewentualne wypadki przy pracy. Jakoś trudno utożsamiać mi IPN z komuną i lewactwem. Nie widzę też jakichś szczególnych wyrazów sympatii IPN w stosunku do prawosławnych i Białorusinów. Również opisane we wspomnianej „Informacji” wydarzenia nie dają żadnych podstaw do twierdzeń o ich przypadkowości. Może jedną z intencji była chęć realizacji hasła „Polska dla Polaków”, a to byli tylko prawosławni chłopi?
Sprawa dotyczyła jednak nie tylko chłopów. Myślę tutaj o prawosławnym księdzu pułkowniku Bazylim Martyszu. W 1919 roku został mianowany naczelnym kapelanem wyznania prawosławnego Wojska Polskiego. Organizował prawosławne duszpasterstwo wojskowe i kierował nim przez niemal półtorej dekady. Przed przeniesieniem w stan spoczynku z dniem 31 maja 1934 roku był szefem Głównego Urzędu Duszpasterskiego Prawosławnego. Za służbę dla ojczyzny został odznaczony Orderem Odrodzenia Polski. A po wojnie zginął w Teratynie na Lubelszczyźnie, zakatowany przez realizujących swoją misję „prawdziwych patriotów”. Wydarzyło się to w Wielki Piątek 4 maja 1945 roku. Czy mundur pułkownika Wojska Polskiego mógł być przeszkodą wobec wpajanego od wieków poczucia wyższości i obowiązku misji?
Nie chcę i nie muszę słuchać argumentów nawiedzonych pseudopatriotów. Ten fragment powojennej historii znam z opowieści moich dziadków i rodziców. Mój dziadek nie był komunistą, milicjantem ani żadnym działaczem. Był zwykłym, ubogim, prawosławnym chłopem przywiązanym do swojej ojcowizny. Mieszkał niedaleko Brańska. W pobliżu leżały też Puchały Stare, dla jednych kres jednej z wypraw, dla innych tragiczny kres ich życia.
Bandyci przez kilka powojennych lat rabowali i katowali mego dziadka. Za ostatnim razem, gdy już nie było czego rabować, wrzucili wszystkie ubrania do rozpalonego ogniska. Rodzina została tylko w koszulach nocnych. Za każdym razem kazali dziadkowi się wynosić wraz z rodziną do Związku Radzieckiego. Te ciężkie pobicia zaznaczyły się trwale na jego zdrowiu i długo już nie pożył... Ale i tak miał więcej szczęścia od swego brata, bo jego ci sami bandyci zabrali wraz koniem i wozem. Do dzisiaj nie wiadomo, gdzie został pochowany. Chociaż trudno tutaj mówić o pochówku, pewnie został wrzucony do jakiegoś dołu w lesie...
Historię tę znam z opowiadań mojej mamy, która w tamtym czasie miała lat około dziesięciu. Babcia zawsze unikała tego tematu. Odważyła się opowiedzieć o tych wydarzeniach dopiero niedługo przed śmiercią. Wtedy to dowiedzieliśmy się, dlaczego milczała. Otóż kiedyś, idąc na wyprowadzenie zwłok jednego z katolickich sąsiadów ze swojej wsi, zobaczyła w jego domu haftowany ręcznik własnej roboty. Trudno było się nie bać... Wtedy też zrozumiałem, dlaczego przed domem dziadek postawił duży drewniany krzyż. Miał nadzieję. Jednak prawdziwym patriotom krzyż nie stanął na drodze.
Już za panowania Jagiełły Krzyżacy podnosili skargę, iż chrześcijaństwo (łacińskie) nader małe postępy czyni na Rusi i jeśli jedno nowo narodzone dziecko chrześcijańskim ochrzczone bywa chrztem, to przeszło sto otrzymuje chrzest ruski. Już wtedy katolicy przeciwstawiali prawosławie chrześcijaństwu. Później wieki całe nazywano Polskę przedmurzem chrześcijaństwa. Przed kim więc Polska broniła chrześcijańskiego Zachodu? Przed niechrześcijańskim prawosławiem?

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Aleksy Kordiukiewicz
fot. Michał Bołtryk


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token