Numer 5(383)    Maj 2017Numer 5(383)    Maj 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Tak bardzo chciałbym umrzeć na paschę
m. Eufalia (Zołotarjew)
Sobota wieczór. Wsienoszczna we wrocławskiej katedrze dobiega końca. Czytają Pierwszy Czas. Z góry, z chóru, widzę naszego Władykę, jak w kłobuku i riasie podchodzi do prestoła, klęka, opierając o niego głowę i zastyga w takiej pozycji… Widzę i jednocześnie czuję jego modlitwę. Wiem, że modli się za cały świat, za Cerkiew Chrystusową, której był oddany bezgranicznie, za wszystkich nas… Ta modlitwa klęczącego Władyki Jeremiasza dawała mi więcej niż moja własna. Dawała mi pewność, że jesteśmy w niej wszyscy i że dzięki niej wszystko będzie dobrze, bo jest Bóg i jest nasz Władyka…
Widzę też, jak prowadzą go ipodiakoni na niedzielną Liturgię, jak ze skłonioną w pobożności głową błogosławi, stojąc na kafiedre, każdego podchodzącego do ikony parafianina – jakby rozdawał drogocenny dar, bo w moim, dziecięcym wówczas, rozumieniu rozdawał nam swoją miłość. Tym właśnie stał się dla mnie Władyka – miłością. W tej jego wyjątkowej miłości do ludzi, będąc dzieckiem (miałam wtedy około 10 – 12 lat), postrzegałam go jako zupełnie bezbronnego człowieka, gdyż nie rozumiałam jeszcze wtedy, iż ta bezbronność i łagodność to właśnie pokora. Bałam się o Władykę, o to, że w swojej absolutnej bezbronności nie poradzi sobie ze złymi ludźmi. Wywoływało to we mnie taki żal i tęsknotę, że gdy wracałam z rodzicami i siostrą z cerkwi do domu, wieczorem, po kolacji chowałam się do szafy w swoim pokoju i płakałam. Tak bardzo chciałam, żeby ktoś Władykę uszczęśliwił, żeby, tak jak on rozdaje miłość w błogosławiącym geście, i jego ludzie wzajemnie obdarowywali miłością. Mama odnajdywała mnie w końcu w szafie zapłakaną i dziwiła się mojej dziecięcej, pełnej empatii miłości do Władyki.
Biskup Antoni Bloom powiedział kiedyś, że człowiek nie może uwierzyć w Boga, jeśli nie zobaczy w oczach innego wierzącego człowieka światła wiary i wieczności. Dla mnie Władyka Jeremiasz był właśnie tym człowiekiem, który uosabiał Bożą obecność pośród swojego ludu. Był i jest sercem naszej Cerkwi i mojej rodziny. Takim go pamiętam i takim pozostanie na zawsze.
Gdy został biskupem wrocławskim i szczecińskim i pierwszy raz śpiewaliśmy mnogoletstwije, nie potrafiliśmy po słowiańsku właściwie odmienić jego imienia.
…A słowo, z którym zwracał się do parafian w trakcie niedzielnych i świątecznych Liturgii, nauczyło mnie słuchać i słyszeć. Od tego czasu stało się dla mnie cenniejsze od klejnotów. Dzięki niepowtarzalnym i nieporównywalnym z niczyimi więcej propowiediam Władyki zaczęłam rozumieć czytaną Ewangelię i Apostoła. Słowo Boże przestało być konglomeracją niezrozumiałych cerkiewnosłowiańskich terminów, bo Władyka złotym kluczem swych słów otworzył przede mną drzwi bezgranicznego bogactwa liturgicznej teologii zawartej w tekstach liturgicznych, typikonie i tradycji Cerkwi prawosławnej.
Wytrwale i niezmiennie powtarzał nasz Władyka, by przed niedzielną Liturgią przeczytać w domu właściwy fragment Ewangelii, by iść do cerkwi przygotowanym.
A do niedzielnej Eucharystii uczył przygotowywać się już od piątku wieczorem. Podkreślał ważność wyrobienia w sobie nawyku uczestniczenia przed Pryczastijem w sobotnich wsienoszcznych bdienijach.
Władyka Jeremiasz szybko zaskarbił sobie serce naszej rodziny. Dzięki jego osobie również ówczesna, nieliczna wrocławska młodzież zaczęła regularnie uczęszczać na sobotnio – niedzielne nabożeństwa. Z utęsknieniem i ja czekałam na nie przez cały tydzień.
Pewnego razu (było to w 1984 lub 85 roku), właśnie po jednej z takich wieczornych sobotnich służb, moja mama podeszła do Władyki i spytała, czy zechciałby odwiedzić nas w domu i porozmawiać. Zgodził się z radością.
Ten pierwszy raz, gdy Władyka Jeremiasz przekroczył próg naszego domu, stał się początkiem wyjątkowej, wspaniałej i nieocenionej przyjaźni – tak ośmielę się to nazwać – Władyki z naszą rodziną.
Od tej pory Władyka Jeremiasz każdego roku odwiedzał nas drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia i Paschy, a także, gdy pozwalały mu na to jego obowiązki, w niektóre niedzielne wieczory.
To był rytuał, na wspomnienie którego robi mi się ciepło na sercu. Zazwyczaj wyglądało to tak, że po wieczerni Władyka szedł na chwilę do swoich pokoi i zaraz był już gotowy. Miał na sobie podrasnik, charakterystyczny dla niego prochowiec i beret. W takim stroju szedł z nami pieszo przez wrocławski rynek, dalej przez Odrę aż do domu na ulicę Damrota. Nie trzeba było nakłaniać Władyki do rozmowy. Widziałam, że wykorzystywał każdą chwilę, by mówić o Chrystusie, o Cerkwi. Starał się nam pokazać piękno życia duchowego. Rodzice poruszali wszelkie nurtujące ich tematy – religijne, filozoficzne, nawet polityczne. Pamiętam, jak mama pytała o Lwa Tołstoja i stosunek Cerkwi do jego osoby. Pamiętam też, jak po wysłuchaniu jednej z pieśni ojca Romana, z tych pod gitarę, powiedział, że nie rozumie mnicha, który wpada w rozrzewnienie i tęsknotę. Dla Władyki bycie mnichem oznaczało radość, głęboką i niezachwianą wiarę. Nie istniały dla niego unynije, rozrzewnienie i rozpacz. To był człowiek z fundamentem głęboko utwierdzonym w Bogu i Bożych obietnicach, człowiek niosący radość, światło i spokój wszędzie tam, gdzie się pojawiał.
Z Władyką rozmawiali rodzice. Ja, jako dziecko, słuchałam tylko, wpatrując się w wiszącą na jego piersi Panagiję. To mi w zupełności wystarczało. Byłam szczęśliwa. Mój tato odprowadzał Władykę tramwajem na parafię, a ja czułam się jak dziecko w domu Ojca, które niczego się nie boi, bo wie, że wszystko jest na swoim miejscu. Bóg, Władyka, rodzice…
Czy da się słowami opisać ból po stracie bliskiego człowieka? Myślę, że wielki ból, przeciwnie do wielkiego szczęścia, o którym wielu miałoby ochotę wykrzyczeć z dachu wieżowca, można przeżyć jedynie w ciszy własnego serca. Wypłakać. Wymodlić. Ofiarować Bogu. Bo tylko Bóg to rozumie.
Dla mnie świat bez Władyki Jeremiasza jest już całkiem inny. Powiem więcej. Jako dojrzała osoba, dorosły, świadomy chrześcijanin, nie poznałam dotąd świata, w którym by Władyki Jeremiasza nie było… Poznaję go dopiero teraz… I pełne bólu jest to poznanie.
I trudno uwierzyć. Świat bez Władyki Jeremiasza… Jak w nim żyć, gdy nie widać światłości i dobra, które w sobie niósł? Wybaczcie, Władyko… gdybyście mnie teraz słyszeli, być może nie zrozumielibyście mego rozrzewnienia, tak jak kiedyś nie mogliście zrozumieć smętnej pieśni ojca Romana, pozwólcie jednak mi i wszystkim nam, których osierociliście, wypłakać w ten sposób nasz ból.
Jest Wielki Piątek. Na środku cerkwi leży Płaszczanica. Władyka Jeremiasz czyta Kanon o płaczu Bogarodzicy: „Nie odejdę od Twojego grobu (…), ani też nie przestanę wylewać łez, aż sama zstąpię do otchłani, nie mogę bowiem znieść rozłączenia z Tobą (…)! Synu mój i Boże, zabierz mnie teraz ze sobą, abym i ja zstąpiła, Władco, razem z Tobą do otchłani, nie zostawiaj mnie samej, nie mogę żyć bez Ciebie, słodkiej mojej Światłości” (Kanon Symeona Logotheta o Ukrzyżowaniu Pana i Płaczu Bogurodzicy, Pieśń 7 i 8) i… sam płacze. Łzy ściskają za gardło, co kilka słów Władyka się zatrzymuje. Nie może czytać. Płaczę i ja. Płaczą chyba wszyscy. Udziela się nam jego żywa, autentyczna wiara. On jest jak Mojżesz, który pośredniczy między nami a Bogiem. Doskonale pamiętam jedną jego wielkopiątkową propowied’: „Bracia i Siostry, dziś ukrzyżowano naszego Chrystusa, Boga i Zbawiciela. Dawajcie, będziemy płakać. Amiń”…
Zapłakałam, po raz niezliczony z kolei, gdy podczas pożegnania Władyki z diecezją wrocławsko-szczecińską do jego trumny na środku cerkwi podszedł nietrzeźwy mężczyzna. Podszedł, by się pożegnać, by po raz ostatni podziękować mu, że nigdy nim nie wzgardził, nigdy nie odrzucił, zawsze pomagał. To był ten sam człowiek, alkoholik, którego niespełna rok temu widziałam, będąc we Wrocławiu, pod domem arcybiskupim na ulicy Świętego Mikołaja i o którym wtedy, wkładając mu do kieszeni papierowy banknot, Władyka Jeremiasz powiedział: „To mój przyjaciel”.
O tym, jak wyjątkowym człowiekiem był nasz Władyka, świadczy też strach Boży, jaki towarzyszył mu nieustannie, szczególnie podczas czytania Ewangelii. Słów Ewangelisty Mateusza: I plunuwsze Nań (Plując na Niego – Mt 27,30) nie był w stanie przeczytać inaczej, niż schylając głowę i ściszając głos. Tak głęboko przeżywał pokorę i uniżenie Chrystusa. Strach Boży i błagogowienije – pobożność zmuszały Władykę do czynienia ziemnego pokłonu przy słowach o śmierci Zbawiciela na Krzyżu: Predadie duch (Oddał ducha). Takiego Władykę Jeremiasza pamiętam…
Pewnego dnia przyszłam do Władyki, by zdradzić mu moją największą życiową tajemnicę. Miałam wtedy 16 lat. Powiedziałam mu: „Władyko, chcę pójść do klasztoru”. Władyka uśmiechnął się jednak bardzo życzliwie i potraktował mnie naprawdę poważnie. Powiedział, że w związku z tym daje mi pierwsze posłuszanije – żebym skończyła szkołę i studia i nauczyła się dobrze choć jednego obcego języka. Uważał bowiem, że współczesny mnich powinien mieć wykształcenie i znać obcy język. Dał mi również do czytania drugi tom „Dobrotolubija” (Filokalii) i osobiście pokazał, jak powinno się czytać duchową literaturę. Miał, oczywiście, we wszystkim rację.
Gdy wspominam Władykę, widzę go przede wszystkim jako mnicha, który do końca jest posłuszny woli Bożej, Cerkwi, który nie posiada bogactwa, żyje skromnie, skromnie przemawia, cały oddany jest służbie innym, niczego nie zachowuje dla siebie, o sobie zapomina, dużo się modli…
Z racji swoich obowiązków, Władyka nie zawsze miał możliwość służenia wsienoszcznogo bdienija przed Liturgią. W czasie wspólnych wyjazdów z Władyką, gdy przychodziła pora wieczornego nabożeństwa, prosił, byśmy w czasie jazdy samochodem odsłużyli wieczernię z pamięci. Sam podpowiadał nam słowa, wygłaszał ektenie, dawał wozgłasy. Nie chciał, zgodnie z tym czego nauczał, sprawować Liturgii bez uczestnictwa w wieczerni dnia poprzedniego. Wiele takich samochodowych wieczerni pamiętam…


(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

m. Eufalia (Zołotarjew)
fot. archiwum monasteru
w Turkowicach

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token