Numer 5(383)    Maj 2017Numer 5(383)    Maj 2017
fot.Anna Radziukiewicz
A wasz smutek w radość się przemieni
o. Mariusz Synak
Wielu z nas, duchownych i wiernych diecezji wrocławsko-szczecińskiej, choćby z racji przystępności Arcybiskupa Jeremiasza, z pewnością przechowuje w pamięci jakieś zdarzenia, fragmenty rozmów, obserwacje. Niech więc one przemówią.
Władykę poznałem w grudniu 1994 roku, niedługo po powrocie z kilkuletniego pobytu w Kijowie. Domyślałem się, że tamto spotkanie będzie dla mnie kluczowe – od tej rozmowy mogła zależeć przyszłość naszej rodziny. Byłem już wówczas studentem I roku seminarium duchownego i myślałem o przyjęciu święceń kapłańskich. Do bardzo ważnej dla mnie rozmowy starałem się przygotować w odpowiedni sposób, tym bardziej, że znałem przecież kilku hierarchów z okresu kijowskiego, ich maniery i zwyczaje. Nadszedł dzień spotkania, rozpoczęła się Liturgia – pierwsze obserwacje w cerkwi i pełna konsternacja. Wzniosła, ale bez patosu i nadmiernej, sztucznej podniosłości Liturgia i żywe słowo kazało się domyślać człowieka otwartego, serdecznego i… prostego w najlepszym znaczeniu tego słowa. Moje zaciekawienie rosło. Podczas obiadu ówczesny łobeski proboszcz, o. Jerzy Ignatowicz, przedstawił mnie jako „seminarzystę z naszej diecezji, a dokładnie z jego parafii”. Władyka aż zaniemówił: „Z naszej diecezji i ja o tym nic nie wiem?”. Chwila dziwnej ciszy, podczas której szybko postarałem się wytłumaczyć hierarsze, że owszem, jest to sytuacja nietypowa, ale inaczej po prostu nie mogło być. Nie znałem miejsca, w którym zamieszkamy, a nie chcąc tracić roku w seminarium złożyłem dokumenty za namową i wiedzą metropolity Bazylego, do którego udałem się prosto z warszawskiego dworca, zaraz po przyjeździe. To rozwiało wątpliwości Władyki i, by mieć okazję do rozmowy, uprzejmie posadził mnie zaraz obok siebie. Teraz miałem poznać jeszcze inne oblicze Władyki – subtelny dowcip. Podano kalmary. Gospodarz, anonsując danie, na nieszczęście napomknął, iż jest dość drogie. Władyka zdążył już spróbować i widać było, że bardzo mu smakuje, ale usłyszawszy o jego „walorach” zatrzymał widelec z kolejną porcją w pół drogi. Odłożył go, odsunął miskę. Chwilkę pomyślał... „Cóż, w takim razie nie wypada mi tego jeść. A macie jeszcze trochę tej sałatki?”. „Tak, władyko, są dwie miski”. „No to dajcie tu, mamy gościa z zagranicy, dla niego będzie odpowiednie”. Mówiąc to postawił obie miski przede mną. Czułem się co najmniej niezręcznie... Próbowałem oponować, ale Władyka z uśmiechem powtarzał: „Ależ proszę jeść, śmiało, to bardzo drogie danie. Tacy goście...”. Rad nie rad musiałem zmęczyć ten prezent. Naraz Władyka pyta gospodarza: „A kalmary, to według was, co to jest? Ryby, ślimaki, małże, może jeszcze coś?”. „Chyba raczej ryba, bo w rybnym kupiłem”. „No – roześmiał się Władyka, rozładowując sytuację – dobrze, że nie w mięsnym, bo nie moglibyśmy ich dziś jeść”. Podczas odjazdu Władyka zaprosił mnie do Wrocławia, by jakoś bliżej mnie poznać, na spokojnie porozmawiać, poobserwować. I tam wziął do siebie na górę na obiad, podał, pozbierał naczynia. Na chwilkę musiał odejść, więc szybko zacząłem zmywać po obiedzie, ale Władyka zaraz wrócił i poprosił, bym tego nie robił. On sam zmyje. Ta scena wróciła dwa, może trzy lata temu, gdy podczas jakiegoś luźnego, wesołego spotkania Władyka opowiadał o swojej wizycie (jeszcze jako Jana Anchimiuka) w Londynie, u metropolity Antoniego (Blooma). Po skończonym obiedzie gość z Polski stanął przy zmywaku i „wyobraź sobie, czuję, jak ktoś mnie delikatnie klepie w plecy. Odwracam się, a tu metropolita: Mołodoj czełowiek, nie zabierajcie mi chleba. To moja praca.
Władyka wyświęcił mnie na diakona w grudniu 1996 roku. Praktykę diakońską mogłem przejść dopiero w okresie Wielkiego Postu i pierwszych dni Paschy we wrocławskiej katedrze.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

o. Mariusz Synak
fot. Aleksander Demczuk
i archiwum Jarosława Makala


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token