Numer 5(383)    Maj 2017Numer 5(383)    Maj 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Jak mamy dziękować
Ałła Matreńczyk
I znowu nas zebrałeś, Władyko. Już nie dwudziesto-, lecz prawie sześćdziesięciolatków. Staliśmy przy Tobie tym razem nie po to, by wysłuchać twego odczytu, pojechać na pielgrzymkę czy na spacer do Kampinosu, lecz by pobrać ostatnią lekcję. Twego mądrego, głęboko wierzącego życia. By żarliwą modlitwą za upokojenie Twojej duszy spróbować podziękować Ci za wszystko.
W naszej pamięci, zapisałeś się na przełomie lat 70. i 80. jako doktor. Nasz doktor.
Nasz doktor Jan Anchimiuk pracował na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, mieszkał na Podleśnej i co niedziela, po Liturgii w warszawskim soborze, zbierał nas, prawosławnych studentów, na spotkania. Siadaliśmy przy długim stole, w niedużej salce przylegającej do dolnej cerkwi, dziś stanowiącej jej integralną część, z ekspozycją pięknych mozaik ze zburzonego warszawskiego soboru św. Aleksandra Newskiego. I słuchaliśmy, nieśmiało zadając pytania. A mieliśmy o co pytać. Lekcje religii prowadzone były wtedy na plebaniach według bardzo indywidualnych programów, a i książek o prawosławiu ze świecą można było szukać. Tylko szczęśliwcy mieli w swych bibliotekach „Wschodnie chrześcijaństwo” Zernowa, a po „Prawosławie” Józefa Kellera wydeptywaliśmy po księgarniach ścieżki.
A doktor nas uczył, tłumaczył, objaśniał. I wocerkowlał. Jego wiedza była ogromna, a wiara niezłomna. Spotykaliśmy się nieraz w jego mieszkaniu na Podleśnej – podejmował nas herbatą (przy okazji ucząc, jak należy ją parzyć), podawaną na ręcznie tkanym przez jego mamę lnianym obrusie, przygotowywał grzanki z serem. Miał niesamowitą charyzmę – organizował z nami a to wypad do Puszczy Kampinoskiej, a to wyjazd w góry. Nocowaliśmy w domu rodzinnym o. Mariana Bendzy, doktor uczył nas wtedy jazdy na nartach i nieważne, że było nas dwa razy więcej niż nart – wtedy umieliśmy się dzielić. A wieczorami, po modlitwach, czytał na głos „Kiedy Kraków był trzecim Rzymem” Franka Kmietowicza. Jak dzisiejsza młodzież przyjęłaby taką lekturę?
To z jego inicjatywy zostały zorganizowane pierwsze pielgrzymki. I choć lawinowo rosła liczba uczestników, doktor dbał, żeby nikt nie czuł się samotny, doceniał pracę każdego z nas. Choć zupełnie nie wiem, jak to robił, dla każdego znajdował czas. Stale podkreślał wagę Eucharystii. I siał, siał, siał.
Gdy przyszedł czas, podjął decyzję, a może nawet ryzyko, utworzenia Bractwa Młodzieży Prawosławnej. I chociaż nie od razu zostało zarejestrowane, wkrótce zaczęło pączkować – miało swoje oddziały w Łodzi, Gdańsku, Białymstoku, Wrocławiu, Drohiczynie. W wielkich bólach rodził się jego statut – w Warszawie pracowały nad nimi dwie najtęższe nasze głowy – Borys Kierdaszuk, dziś pracownik naukowy biochemii na Uniwersytecie Warszawskim, i Eugeniusz Sadowski.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk
fot. Jerzy Tomaszenko


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token