Numer 5(383)    Maj 2017Numer 5(383)    Maj 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Zmienił moje życie
Eugeniusz Czykwin
W 2009 roku ówczesny przewodniczący Bractwa Młodzieży Prawosławnej poprosił osoby tworzące Bractwo o podzielenie się refleksjami o jego znaczeniu w życiu Cerkwi i w naszym życiu osobistym. Napisałem wówczas, że Bractwo zmieniło moje życie, że było i jest obok rodziny największą moją radością, że gdy przychodzą zwątpienia i smutek pocieszam się, że dokładając małą cegiełkę do jego powstania nie zmarnowałem życia. Jednak w moim życiu – i tego wtedy nie napisałem – nie byłoby Bractwa, a następnie mojego udziału w społeczno-politycznym życiu naszej społeczności, nie tworzyłbym redakcji „Przeglądu Prawosławnego”, tego wszystkiego by nie było, gdybym ponad czterdzieści lat temu nie spotkał młodego wówczas asystenta Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, Jana Anchimiuka, dla nas, pokolenia studentów warszawskich uczelni z przełomu lat 60. i 70. „Janka”, dla studiujących po nas „naszego doktora”, a od 1983 roku „naszego władyki” Jeremiasza. Myślę, że po otrzymaniu wiadomości o Jego odejściu do wieczności wielu, podobnie jak ja, zastanawiało się, jakie byłoby ich życie, gdyby nie poznali Go osobiście lub nie zetknęli się z Bractwem.
„Władyko Jeremiaszu – powiedział w czasie pogrzebu metropolita Sawa – to naszemu Zbawicielowi, głowie świętej Cerkwi, poświęciłeś swoje ziemskie życie, służąc mu wiernie, realizując wszechstronnie swój talent, który otrzymałeś od Boga”.
W tej służbie niezwykle ważne, może najważniejsze obok życia liturgicznego, miejsce zajmowała troska naszego Władyki o ludzi świeckich, o ich wocerkowlenije, włączenie w pełnię cerkiewnego życia. Ta troska wynikała z trzeźwej oceny sytuacji, w jakiej znalazła się Cerkiew, a więc i cała prawosławna społeczność w naszym kraju na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku.
Dezorganizacja życia cerkiewnego po zmianie granic państwowych, powojenny terror polskiego podziemia, wysiedlenia w ramach Akcji Wisła, procesy migracyjne ze wsi do miast, nowe, dla wielu atrakcyjne, ideowo-polityczne założenia nowego ustroju niosły w skutku rozpad świadomości i więzi łączących prawosławnych z ich wiarą, kulturą, tradycją. W ocenie młodego, dorastającego w powojennych realiach, naukowca stopień zagrożenia zbliżał się do niebezpiecznego progu, przekroczenie którego przyniosłoby opłakane skutki w postaci utraty przez znaczącą część naszej społeczności więzi z własną kulturą, tradycją i wiarą. Oznaczałoby to polonizację i w dłuższej perspektywie indyferentyzm religijny i odejście od prawosławia.
Wśród prawosławnych istnieje przekonanie, że o stanie Cerkwi, o jej duchowym życiu świadczą monastery. W latach 70. w naszej Cerkwi były dwa monastery: męski w Jabłecznej, w którym był jeden, wykształcony, zesłany tu za próby aktywizacji życia cerkiewnego, mnich. Był nim obecny metropolita Sawa. W drugim, żeńskim na Grabarce była matuszka Barbara i kilka w bardzo zaawansowanym wieku mniszek. Na wsiach ludzie tradycyjnie chodzili do cerkwi. W miastach było inaczej. – Nieraz – opowiadał mi ś.p. o. Serafin Żelaźniakowicz – widziałem „prawosławnego” urzędnika, który idąc ulicą Lipową w Białymstoku, przed soborem przechodził na drugą stronę ulicy, by ktoś nie pomyślał, że idzie do cerkwi. „Już w końcu lat 60. było wyraźnie widać, że lekcje religii i kazania nie trafiały do wszystkich, że bardzo wielu ludzi miało fałszywe albo nie miało żadnego wyobrażenia o życiu Cerkwi prawosławnej” – tak władyka Jeremiasz opisywał ówczesną sytuację.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Eugeniusz Czykwin
fot. Jerzy Tomaszenko
fot. archiwum Jarosława Makala



Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token