Numer 5(383)    Maj 2017Numer 5(383)    Maj 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Władyka nie tylko prawosławnych
Grzegorz Polak
Kilka godzin po cudownej Liturgii paschalnej w warszawskim soborze św. Marii Magdaleny jak grom z jasnego nieba spadła na mnie wiadomość: nie żyje władyka Jeremiasz. Wiedziałem o jego ciężkiej chorobie od dawna. 11 grudnia 2015 roku Ksiądz Arcybiskup pisał do mnie: „Drogi Panie Grzegorzu! W poniedziałek miałem tzw. wlewkę chemiczną. Do następnego poniedziałku nie jestem zdolny do udziału w publicznych wydarzeniach. Serdecznie pozdrawiam i życzę błogosławieństwa Bożego. Arcybiskup Jeremiasz”.

Boża reżyseria
Mimo iż zdawałem sobie sprawę z powagi sytuacji, to śmierć zawsze zaskakuje, zwłaszcza w takim dniu jak Święto Zmartwychwstania. Panuje powszechne przekonanie, że odejście Władyki w tym dniu to nie był przypadek, ale wyraźna reżyseria Boża, nagroda za piękne, wierne Bogu, życie. Warto tutaj podkreślić, że po arcybiskupie Mironie, to drugi prawosławny hierarcha, który w ciągu ostatnich kilku lat umarł w okresie paschalnym.
Telefonuję, mailuję, esemesuję do moich prawosławnych przyjaciół. Od razu też dostrzegam, jak śmierć Arcybiskupa wywołała poruszenie w całej rodzinie chrześcijańskiej w Polsce. „Ogarnął mnie ogromny smutek” – napisał mi w mailu ewangelicki profesor, nieskory do ujawniania wzruszeń.
Przewodniczący katolickiej Konferencji Episkopatu Polski, arcybiskup Stanisława Gądecki, w liście kondolencyjnym do metropolity Sawy nie użył gładkich, pisanych w takich okolicznościach, fraz, lecz zacytował piękne, głębokie słowa z piątej pieśni prawosławnego kanonu Wielkiej Soboty i ukazał śmierć Arcybiskupa w perspektywie zmartwychwstania. Kilka dni później w pogrzebie Władyki Jeremiasza wzięło udział trzech biskupów rzymskokatolickich, mimo że w tym samym czasie i w tej samej dzielnicy przedstawiciele Episkopatu Polski z reprezentacją polskich władz mieli spotkanie z kardynałem Gerhardem Müllerem, prefektem Kongregacji ds. Nauki Wiary, drugą osobą po papieżu w Kurii Rzymskiej. To wszystko świadczy o szacunku, o uznaniu, jakim cieszył się Zmarły w Kościele rzymskokatolickim. Nie tylko zresztą w tej wspólnocie, ale także we wszystkich Kościołach skupionych w Polskiej Radzie Ekumenicznej, której był wieloletnim prezesem jako pierwszy hierarcha prawosławny.
Jana Anchimiuka poznałem jeszcze jako człowieka świeckiego ponad 35 lat temu. Już wówczas wywarł duży wpływ nie tylko na moje myślenie o prawosławiu, ale pomógł głębiej wniknąć w istotę chrześcijaństwa. Pierwsza nasza dłuższa rozmowa pozostawiła we mnie niezatarty ślad. Dr Anchimiuk w kuluarach sympozjum biblijnego „O Słowie Bożym”, zorganizowanego 15 listopada 1982 roku w warszawskiej ATK, mówił mi o zmarnowanej w Polsce szansie ekumenicznej, jaką stwarzał list papieża Jana Pawła II z okazji 1500 rocznicy Soboru Konstantynopolitańskiego. Chodziło o problem filioque, dzielący od wieków katolików i prawosławnych. Dr Anchimiuk zwrócił uwagę, że w oryginale listu papieskiego widniały słowa o Duchu Świętym, który pochodzi od Ojca, natomiast tłumacz okazał się bardziej papieski niż sam papież i zmienił ten zwrot na sformułowanie: „który od Ojca i Syna pochodzi”. Poruszyło mnie to bardzo i od tamtej chwili, w duchu solidarności i jedności z Kościołami Wschodu, gdy podczas mszy odmawiane jest credo nicejsko-konstantynopolitańskie, być może jako jedyny uczestnik Liturgii konsekwentnie opuszczam słowa: „… i Syna”. Mówię głośno, tak, żeby słyszeli wierni stojący obok: „Wierzę w Ducha Świętego, który od Ojca pochodzi”. Czy zdradzam w ten sposób mój macierzysty Kościół? Jestem przekonany, że nie.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


Grzegorz Polak

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token