Numer 5(383)    Maj 2017Numer 5(383)    Maj 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Działać w duchu pobożności, miłości i wzajemnego szacunku
Kalina Wojciechowska, Wsiewołod Konach
– Siedemdziesiąt to liczba symboliczna. W Biblii pojawia się wielokrotnie i w różnych kontekstach. (...) Ekwiwalentem siedemdziesięciu może być z jednej strony nieokreślone „bardzo dużo”, z drugiej zaś „pełnia” „nasycenie”, „całość”, a także „suma”. O tej sumie dokonań Księdza Arcybiskupa chcieliśmy porozmawiać tuż przed siedemdziesiątymi urodzinami Władyki. Bohater biblijnej Księgi Jeremiasza, charyzmatyczny, wielki prorok, początkowo wzbraniał się przyjąć Boże wybranie (Jr 1,6), czy decyzja Księdza Arcybiskupa o podjęciu studiów teologicznych była równie dramatyczna?
Arcybiskup Jeremiasz: – Aż tak dramatyczna to nie. Bezpośrednim powodem podjęcia studiów teologicznych był przypadek. Przestrzeliłem sobie palec skonstruowanym własnoręcznie samopałem i po tym wypadku, gdy miałem 13 lat, zacząłem się zastanawiać nad sensem życia. Mój ojciec już wcześniej bardzo chciał, bym poszedł do seminarium, a ja zwlekałem. Jakichś więc podobieństw do postawy proroka Jeremiasza można się tu dopatrywać. Po tym wypadku uznałem jednak, że należy się bardzo poważnie nad tym zastanowić.
Drugim bezpośrednim impulsem było to, że bardzo lubiłem po przystąpieniu do Komunii Świętej i powrocie do domu sięgnąć do książek ojca, wybrać z nich jedną książeczkę, która mówiła o Jezusie Chrystusie, i sobie poczytać. Pamiętam, że wtedy czułem się bardzo dobrze, doznawałem jakiejś wyjątkowej satysfakcji wewnętrznej. Był to stan szczególnego wyciszenia i czułem się szczęśliwy, bardzo zadowolony z tego, że mogłem coś poczytać.
I trzecia przyczyna, to chyba pobożność, która wówczas była rzeczą normalną na wsi, w której się urodziłem, w Odrynkach. Wszyscy byli wierzący: prawosławni, którzy stanowili dwie trzecie mieszkańców, i katolicy. W niedzielę z każdego domu prawie wszyscy szli na nabożeństwo, zostawała jedna osoba, której zadaniem było pilnowanie dobytku. Ale nie samo pójście do kościoła było ważne. W niedzielę odczuwało się, że jest to naprawdę dzień świąteczny. Przed każdym świętem odbywało się sprzątanie, które polegało m.in. na zgrabieniu, pozamiataniu, a także posypaniu żółtym piaskiem ścieżek, co było wielkim utrapieniem dla gospodyń, ponieważ ten piasek przyczepiał się do obuwia i był wnoszony do domów. Uważam, że te elementy odegrały istotną rolę w podjęciu przeze mnie decyzji.
Szczególnie ważne było pragnienie ojca. Kiedyś mi o tym opowiedział. Głęboką jesienią 1939 roku lub też w styczniu roku następnego tereny te znajdowały się pod okupacją radziecką. Wszystkie cerkwie i kościoły w okolicy były pozamykane, spora liczba księży została zabita albo wywieziona na ciężkie roboty w głąb Związku Radzieckiego. Ojciec przyjaźnił się z rodziną, z której pochodził metropolita Bazyli Doroszkiewicz. Wówczas był on księdzem w parafii położonej dwanaście kilometrów od mojej wsi. Mój ojciec nocą poszedł do niego, jako do dobrego znajomego, by po prostu porozmawiać. Ks. Doroszkiewicz, mimo późnej pory i zmęczenia, przyjął ojca i zaproponował mu wspólną modlitwę w cerkwi. Ojciec się zdziwił, gdyż wiedział, że cerkiew jest zamknięta. Ks. Doroszkiewicz powiedział jednak, że wykopał jamę; obaj się przez ten otwór dostali do cerkwi, weszli do prezbiterium i tam, przy jednej zapalonej świecy, odprawili błagalny molebien. Wtedy też pojawiła się u ojca myśl, by może jeden z jego synów został duchownym.
– Jest więc pewne podobieństwo do dziejów proroka Jeremiasza, który przecież został wybrany i poświęcony zanim się urodził (Jr 1,5). Modlitwa ojca, atmosfera głębokiej pobożności w Odrynkach, odpowiednie lektury, a potem ten wypadek. W wieku trzynastu lat zdecydował się zatem Ksiądz Arcybiskup, aby podjąć naukę w Prawosławnym Seminarium Duchownym w Warszawie.
– Tak. Do seminarium szło się tuż po szkole podstawowej. Nauka w seminarium trwała cztery lata, ale chcąc mieć maturę i średnie wykształcenie, seminarzyści musieli chodzić do liceum wieczorowego, które mieściło się przy ulicy Mokotowskiej 16 w Warszawie. Było to liceum dla pracujących, gdzie przyjmowano kandydatów, którzy ukończyli 16 lat. Dobrze je wspominam; wszystkich przedmiotów uczyli tam świetni nauczyciele, jeszcze przedwojenni, którzy chcieli czegoś nauczyć swych dorosłych uczniów.
– Wydaje się naturalne, że po ukończeniu seminarium duchownego młody człowiek wybiera studia teologiczne.
– Po ukończeniu seminarium zastanawiałem się, czy pójść na studia teologiczne, czy gdzie indziej. Prawdziwą pokusą dla mnie był powrót na wieś i uprawianie roli. Bardzo lubiłem kosić żyto, owies, trawę, potem wszystko zwozić. Podjęcie studiów nie było więc takie pewne. Miałem wówczas dość buntowniczy nastrój. Zacząłem się buntować już w seminarium, potem w liceum. W dziesiątej klasie liceum interesowałem się pochodzeniem świata, czytałem bardzo dużo o kosmogonii, kosmologii. Biologii uczyła nas dyrektorka liceum, twarda komunistka, jeszcze przedwojenna. Z zasadami. Wykładała nam między innymi teorię ewolucji Oparina. Podczas wykładu ja się podobno złośliwie uśmiechałem. Na przerwie pani dyrektor poprosiła mnie do siebie, do gabinetu, poczęstowała kawą – miałem wtedy niecałe siedemnaście lat! „Widziałam, że pan się uśmiechał, kiedy przedstawiałam teorię Oparina” – powiedziała. Zaryzykowałem i wyjaśniłem, że dla mnie ta teoria jest zupełnie niewiarygodna, ma zbyt wiele niepewnych elementów, które można łatwo podważyć.
– Po takiej rozmowie mógł Ksiądz Arcybiskup nie tylko przestać myśleć o jakichkolwiek studiach, ale nawet o uzyskaniu matury.
– Mogło tak być, ale pani dyrektor rozmawiała ze mną jak równy z równym. Zresztą na studia teologiczne zostałem przyjęty, nie mając jeszcze matury. Przyjęto mnie pod warunkiem, że zdam ją na drugim roku studiów.
– A więc jednak już jako siedemnastolatek związał Ksiądz Arcybiskup swoją przyszłość z teologią. Marzenie ojca zaczęło się spełniać...
– Częściowo. Pewna rozmowa nieco przesunęła to w czasie. W czerwcu 1965 roku jechałem autobusem z południowego dworca PKS przy ulicy Puławskiej do Chylic, gdzie wówczas mieściła się siedziba ChAT, na zakończenie roku akademickiego. Siedziałem w autobusie i zastanawiałem się, co dalej? Był to czwarty rok, koniec studiów. Wtedy dosiadł się do mnie pan doktor Janusz Małuszyński z sekcji starokatolickiej. I podczas rozmowy też zapytał, co będę dalej robił? Odpowiedziałem mu, że wszystko obmyśliłem: szukam żony i pójdę gdzieś na parafię. On zaś: „Może byś się zastanowił nad dalszymi studiami? Może byś pojechał za granicę? Szkoda byłoby, gdybyś od razu poszedł na parafię”. Chyba wcześniej rozmawiał na ten temat z ks. Klingerem i biskupem Wantułą, którzy zadecydowali, że mam jechać na studia do Szwajcarii. Biskup Wantuła wypełnił za mnie wszystkie potrzebne ankiety, łącznie z życiorysem. Dokumenty zostały wysłane do Genewy i po pewnym czasie przyszło zaproszenie, ale nie – jak się spodziewałem – do Instytutu Ekumenicznego w Bossey, lecz na uniwersytet w Zurychu. Należało tylko otrzymać paszport.
– Z tonu Księdza Arcybiskupa można wnioskować, że otrzymanie paszportu wcale nie było takie oczywiste i proste.
– Z otrzymaniem paszportu sprawa się opóźniała, ponieważ – gdy złożyłem już odpowiednie podanie – przeprowadzono ze mną rozmowę i zażądano, bym sporządził charakterystykę kolegów. Powiedziałem, że w takim razie rezygnuję z wyjazdu. Nie napisałem jej, więc poinformowano mnie, że nie dostanę paszportu. No i co tu robić? Poszedłem do metropolity Stefana (Rudyka), który mi wyjaśnił, dlaczego tak się stało. Później władze państwowe obiecywały, że może za rok dostanę paszport, ale muszą sprawdzić wszystko, co mnie dotyczy. I rzeczywiście, wszystko sprawdzali. Interesowano się nawet członkami bardzo dalekiej rodziny. Prześwietlano wszystkich krewnych; panowie odwiedzili kilka wsi, wypytując, kim jest ojciec, kim jest mama, kim są bracia itd.
– Ale mimo wszystko nie zrezygnował Ksiądz Arcybiskup z zamiaru kontynuowania nauki? Nie powrócił wtedy do myśli „pójścia gdzieś na parafię”?
– Zastanawiałem, się czy nie podjąć studiów na filologii klasycznej. Tam – myślałem – opanuję lepiej grekę. Uważałem natomiast, że jestem dobry z łaciny. Na tyle dobry, że podszedłem do egzaminów wstępnych na Uniwersytet Warszawski bez przygotowania. I oczywiście oblałem! Przetłumaczyłem nawet fragment Cycerona na język polski, ale później były jakieś koniugacje, odmiana czasownika esse w coniunctivie – z tym już sobie nie poradziłem. Przeżywałem to bardzo, był to dla mnie naprawdę potężny cios. Poszedłem do metropolity Stefana i poinformowałem go, że nie dostałem się na studia. Metropolita zaś powiedział: „Tym się nie martw. Patriarcha moskiewski – był nim wtedy Aleksy I – kiedyś mi powiedział, że jak będę miał jakiegoś studenta, to mogę go przysłać na studia do Moskiewskiej Akademii Duchownej”. Po trzech dniach dostałem telegram, że jestem zaproszony przez samego patriarchę na studia do Moskwy.
– Praca magisterska Księdza Arcybiskupa nosi tytuł Grzech pierworodny i odkupienie w rosyjskiej teologii prawosławnej XX wieku. Od kilkudziesięciu lat jest jednak Ksiądz Arcybiskup związany z biblistyką. Na studiach zagranicznych musiało dojść do zmiany kierunku zainteresowań, a może te zainteresowania naukowe zmieniały się kilka razy?
– Już podczas studiów w Warszawie zainteresowałem się psychologią głębi Junga, lecz w tym czasie nie było jeszcze polskich przekładów jego prac. Będąc w Moskwie, a konkretnie w akademii w Siergijew Posadzie, który wtedy nazywał się Zagorsk, dowiedziałem się, że są przekłady rosyjskie. W Bibliotece Lenina znalazłem przetłumaczone dzieła Junga. Świetnie przetłumaczone. Wszystkie je oczywiście przeczytałem i to, co mnie najbardziej frapowało, znalazło potwierdzenie. W Zagorsku pracowałem głównie nad zagadnieniami związanymi z Wcieleniem w teologicznej myśli ojców Cerkwi pierwszych trzech wieków, ale zauważyłem, że koncepcja psychiki człowieka, którą przedstawia Jung, w dużym stopniu pokrywa się doświadczeniem ojców pustyni: tym, co mamy w Filokaliach, w dziełach np. Makarego Wielkiego, czyli od IV aż do XI wieku, do Symeona Nowego Teologa. Na poważnie ideami Junga zająłem się jednak dopiero w Zurichu.
– A zatem wyjazd na studia do Szwajcarii wreszcie udało się zrealizować?
– Tak. W Zurichu, na wydziale teologii ewangelickiej, studiowałem przez dwa lata. Wyjechałem 6 grudnia 1966 roku, a wracałem 18 sierpnia 1968 roku, spiesząc się, ponieważ chciałem wrócić zanim zostanie zamknięta granica. Wracałem tuż przed interwencją wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, tuż przed operacją „Dunaj”.


(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Kalina Wojciechowska
Wsiewołod Konach
fot. Anna Radziukiewicz
Jerzy Tomaszenko

Wywiad pochodzi z księgi pamiątkowej „Ku słowu, ku Kościołowi, ku światu”, wydanej przez ChAT z okazji 70 rocznicy urodzin Władyki

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token