Numer 6(384)    Czerwiec 2017Numer 6(384)    Czerwiec 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Człowiek wszystko przetrzyma
Ałła Matreńczyk
– Człowiek jak żelazo, wszystko wytrzyma – rozpoczyna swoją opowieść 90-letni Włodzimierz Zozula. – Czy ktoś z nas, wyrwanych w 1947 roku z Hrubieszowszczyzny, przestraszonych, obolałych, często pobitych, wywiezionych w wagonach towarowych na ziemie zachodnie, mógł przypuszczać, że doczeka w Legnicy takiej pięknej cerkwi?
Zapada milczenie, dłuższe niż zazwyczaj. Bo jak tu zacząć wspomnienie o swym długim życiu, które brutalnie podzieliła Akcja Wisła, gdy powracają obrazy, o których tak trudno jest opowiadać, bo i nie chce się o nich pamiętać?
Na początku był Radostów, średniej wielkości wieś na Hrubieszowszczyźnie, z 72 domami i 385 mieszkańcami, z 210 prawosławnymi, 166 katolikami i 9 Żydami, według spisu z 1921 roku. To właśnie tam sześć lat później przyszedł na świat pan Włodzimierz. Nie był jedynym dzieckiem Szymona i Anastazji Zozuli, miał troje rodzeństwa. Ochrzczono go w cerkwi w Poturzynie, bo choć na cmentarzu w Radostowie stała cerkiew Pokrowy, polskie władze zamknęły ją na głucho. Zbierali się ludzie wokół niej tylko na Prowody, po poświęceniu grobów kobiety rozściełały obrusy, wszyscy wspólnie siadali, spożywali posiłek.
Tata Szymon Zozula miał pięć hektarów ziemi, jak to na Hrubieszowszczyźnie, bardzo urodzajnej – rodziła pszenicę jak złoto. Podpisał też umowę z gminą i furmanką zaprzęgniętą w dwa konie, bo szosy nie było, a okolica błotnista, woził nauczycieli aż do Sokala. We wsi była czteroklasowa szkoła, z klasami łączonymi, pierwszą i drugą oraz trzecią i czwartą.
Latem rodzice co roku jeździli do Turkowic, gdzie próbowało odrodzić się przerwane przez I wojnę światową życie monastyczne. Z wielkim trudem, bo wszystkie pomonasterskie zabudowania w 1918 roku przejęło państwo polskie. Największy pięciokopułowy, drewniany sobór został zburzony, inna monasterska cerkiew zamieniona na kościół, a w budynkach pojawili się nowi gospodarze – zakład dla sierot wojennych, prowadzony przez katolickie siostry.
I choć prawosławni zbudowali na cmentarzu nową kaplicę, a i uroczyście wprowadzili do niej zamówioną w pracowni Zina w Hrubieszowie kopię Turkowickiej Ikony Matki Bożej, 15 lipca 1938 roku została zburzona przez polskich żołnierzy i krakusów.
– Któregoś roku rodzice nie mogli też nabrać wody z cudownego źródełka – wspomina pan Włodzimierz. – Bo źli ludzie zarzucili je obornikiem.
Akcja burzenia prawosławnych cerkwi nie ominęła też rodzinnego Radostowa.
„Krakusi”, często pochodzący z okolicznych wsi, zjawili się nocą. Mieli haki, lewarki, siekiery – wprawę w burzeniu cerkwi też. I finansową motywację, dostawali po 10 złoty za akcję. Po krótkim czasie po cerkwi Pokrowy w Radostowie nie pozostał ślad, materiał zwieziono do dziedzica, na okólnik.
Za Niemca antagonizmy między prawosławnymi i katolikami się pogłębiły, a potem było już tylko gorzej. Na początku kwietnia 1944 roku całą okolicę obiegła straszna wiadomość – w Nowosiółkach został zamordowany, tuż po udzieleniu chrztu, swiaszczennik, o. Mikołaj Holc. Obcięto mu brodę, język, uszy, na piersi wycięto krzyż. Proboszcz z Poturzyna, Wołoszyński, zdołał wyjechać w ostatniej chwili.
Wtedy z pobliskiego Suszowa zdecydowało się na wyjazd do ZSRR tak ze czterdzieści rodzin, a i tak ta wieś uważana była przez prawosławnych za jedną z bezpieczniejszych. Po wojnie znalazło w niej schronienie aż 14 rodzin z Radostowa. W Suszowie, u cioci, przebywał dwudziestoletni Włodzimierz. Ani on, ani nikt z mieszkańców nie sądził, że to ostatnie miesiące pobytu na rodzinnej Hrubieszowszczyźnie. Że i tutaj, do Suszowa, dotrze Akcja Wisła.
Polskie wojsko otoczyło wieś nocą 15 czerwca 1947 roku. Nad ranem żołnierze zaczęli chodzić od domu do domu, zabierając mężczyzn na przesłuchanie.
Prowadzono ich do wyznaczonego domu. Tam, na środku jednego z pomieszczeń, stał długi stołek – na nim kazano się kłaść. Jeden z żołnierzy siadał na głowie, drugi na nogach, dwaj pozostali z bijakami w rękach uderzali miarowo od nóg do głowy. – Młócili – tak dzisiaj mówi pan Włodzimierz. – Bili jak śledzi.
Przeżył to na własnej skórze.
– Niech pani dotknie, o tutaj – pokazuje miejsce na ramieniu. Przez sweter, mimo upływu siedemdziesięciu lat, wciąż wyczuwalne jest duże wgłębienie. A i noga na zawsze pozostała niesprawna.
– O co pytali? O kontakty z banderowcami – przyznaje. – A korzystali z informacji sąsiada, katolika.
To „przesłuchanie” trwało cały dzień. Nie wszyscy po nim wrócili do swych rodzin – kilka osób wojskowi od razu gdzieś zabrali. Reszcie kazali się pakować. Ciotka pana Włodzimierza nie miała swego konia, dostała więc furmankę z wynajętym woźnicą. Dotarli do Uhnowa. Tam spotkali się z wysiedlonymi rodzicami pana Włodzimierza. Tam też wynajęty woźnica, grekokatolik, dowiedział się, że jego wieś także została objęta wysiedleniem. Musiał czym prędzej wracać, kufry cioci pospiesznie przeładowano więc na wóz Zozulów. Tata pana Włodzimierza, żeby zrobić miejsce, zrezygnował z części swego zboża.
A więc Uhnów. Nocleg na ogrodzonym terenie nad rzeczką. I kolejne wezwania na przesłuchanie, tym razem do stodoły, na klepisko.
– Mnie tam nie bito, ale inni mężczyźni raz po raz byli okładani kijami przez żołnierzy – wspomina pan Włodzimierz.
Następnego dnia znowu ruszyli w drogę. Tym razem do Bełżca, w Bełżcu załadunek do wagonów bydlęcych – po dwie rodziny razem z bydłem i trzodą chlewną.
Szymon i Anastazja Zozulowie zabrali dwie krowy, byka, konia, jedno cielę, pięć owiec – czytam w repatriacyjnej karcie.
W drodze pociąg zatrzymywał się kilkakrotnie, był czas, żeby napoić
zwierzęta. Dokąd jadą, tego nie wiedział nikt. A najbardziej było żal sąsiada, Synicyna. Jechał w sąsiednim wagonie, bardzo pobity powoli dogorywał. We Wrocławiu wyniesiono go z pociągu, wkrótce zmarł.
Transport dotarł do Legnicy. Tam zajął się wysiedlonymi Powiatowy Urząd Repatriacyjny. Zozulowie trafili do Jaszkowa. Pierwsze palenisko? Cztery cegły, garść chrustu i garnek można było stawiać.
Do Legnicy nie mieli daleko – tak z pięć kilometrów. Wkrótce dowiedzieli się, że w sąsiednim Jaworze pojawił się o. Jarosław Tyczyno. Batiuszka niebawem zaproponował, żeby w Legnicy zorganizować cerkiew. Miał dzielnego pomocnika, masarza Iwanowa, rodem z Białorusi.
To w prywatnym mieszkaniu Anatola i Olgi Iwanowych przy ulicy Piekarskiej odprawiono pierwsze nabożeństwo. Był 15 lutego 1948 roku.
Z mieszkaniem dla batiuszki nie było problemu – o. Jarosław dostał je w zamian za pracę palacza w drogerii.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk
fot. archiwum Włodzimierza Zozuli

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token