Numer 6(384)    Czerwiec 2017Numer 6(384)    Czerwiec 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Białoruski władyka
Wysłuchała Anna Radziukiewicz
Siarhiej Hardun, profesor nauk teologicznych, filolog: – Władyka Jeremiasz wychował się w środowisku cerkiewnym, żył dla Cerkwi. Był archijerejem i jednocześnie osiągnął najwyższy światowy poziom teologicznej edukacji. Był przede wszystkim znawcą Nowego Testamentu i znanym kaznodzieją. Jego kazania – przemyślane i przygotowane, bardziej przypominały wykłady niż klasyczne propowiedzi. To była głęboka analiza tematu, zdradzająca znajomość Pisma Świętego i myśli Ojców Kościoła, często w greckim oryginale. Był uczonym i archijerejem ogólnoświatowego formatu, przy tym bardzo skromnym, dobrym, zawsze dostępnym człowiekiem. Z nim można było omawiać różne tematy dotyczące cerkiewnego życia.
Zawsze określał się jako Białorusin, choć na swój sposób był obywatelem świata. Pamiętam, gdy ktoś powiedział, że Białorusini to ludzie, którzy są gotowi wszystko przecierpieć, ze wszystkim się pogodzić i niczego nie chcą zmienić. Władyka wtedy zauważył: „Z tym się nie zgadzam. My Białorusy (taka tradycja określania Białorusinów istniała w okresie międzywojennym) możemy długo cierpieć, ale nas trudno złamać. Będziemy żyć tak, jak uważamy za słuszne i stosowne”. I taki był według mnie władyka Jeremiasz, cichy, spokojny, nie wdawał się w gorące polemiki. Równocześnie zajmował zdecydowaną prawosławną pozycję, którą mógł określić i zawsze jej bronić.
Od lat dziewięćdziesiątych w miarę regularnie spotykałem się z władyką. Tylko co rozpoczął się ruch wydawniczy w Cerkwi, niewiele ukazywało się cerkiewnej literatury. Kiedy byłem w Warszawie władyka pytał mnie, jakie książki wyszły na Białorusi. Wznowiono wtedy Kartaszowa „Zarys historii ruskiej Cerkwi”. Władyka poprosił, bym przy pierwszej okazji nabył tę książkę.
O. prot. Siergiej Lepin, przewodniczący służby informacyjnej białoruskiej Cerkwi: – Był arcypasterzem światowego formatu, szanowanym przez chrześcijan wszystkich konfesji. Cieszył się szacunkiem swoich kolegów także w strukturach ekumenicznych. Lubili go wszyscy. Broniłem u niego pracę doktorską. Zawsze obok niego czułem się jakoś bezpiecznie, przytulnie. Władyka promieniował ciepłem. Z nim chciało się być, po prostu, obok.
Mikoła Matruńczyk, przewodniczący Bractwa Trzech Wileńskich Męczenników: – Pracowaliśmy razem przez lata w ramach projektu Pojednanie, czyli zbliżającym narody polski, białoruski, ukraiński i niemiecki. Kiedyś zapytałem władykę Jeremiasza: „A jak Władyka został archijerejem? To było wasze dążenie, pragnienie?”. Odpowiedział, że miał świecką edukację i taki sam szlak. Opowiadał też o swojej rodzinnej wsi Odrynki, gdzie pracował na gospodarstwie rodziców. „Tam bardzo często słyszałem opowiadania nie tylko o życiowo-bytowych sprawach, o zwierzętach. Wieziemy na przykład z ojcem gnój na pole i rozmowa idzie o filioque. Do tego była szkolna edukacja, kazania. Tym żyliśmy. Od dzieciństwa zanurzałem się w te głębiny duchowości. Myśl o tym, by zostać biskupem, nie przychodziła. Bardzo lubiłem służby w cerkwi i śledziłem, czy była prawidłowo odprawiana. W cerkwi w Warszawie czytałem na klirosie. I drażniło mnie czasem, że błażennijszyj władyka Wasilij skracał trochę służby. Kiedyś tak się rozeźliłem, że mówię do władyki: „Dłużej tak być nie może. Więcej nie przyjdę. Nie chcę tych skrótów. Służmy w całej pełni”. Na to władyka: „Jeśli jesteś taki mądry, to bądź biskupem i wtedy będziesz służyć tak jak chcesz, w całej pełni”. Myślałem, że to żart. Ale nie. Tydzień otrzymałem na przygotowanie. I zaczęła się moja droga. Od wyświęcenia na diakona do przyjęcia biskupiej sakry minęło tylko półtora miesiąca. I rzeczywiście, pomyślałem, jaki z tego pożytek, że śledzę, rozumiem jak trzeba odprawiać, a sam jestem tylko obserwatorem”.
Myślę, że taki szlak archijerejstwa jest unikalny – komentował Mikoła Matruńczyk. – Władyka pragnął, żeby ludzie poznawali Białoruś bezpośrednio, czyli z dobrej strony, a nie z mediów, proponujących zupełnie wypaczony obraz kraju. Ciężko już chorował, ale kiedy tylko nastąpiła remisja choroby, zadzwonił do mnie i mówi: „Kola, chcę przywieźć na Białoruś biskupów z Polskiej Rady Ekumenicznej”. „Jaki w tym sens?” – ja na to. „Oni w bardzo skażony sposób patrzą na Białoruś” – usłyszałem. „Poddają się propagandzie, która tworzy zupełnie nierealny obraz Białorusi, straszny”.
I tak przyjechali biskupi do Wołkowyska. Miejscowy batiuszka powitał ich, przyjął z otwartym sercem. W Żyrowicach doznali jeszcze cieplejszego przyjęcia. Obawiałem się, że pokoje w żyrowickim akademiku nie będą odpowiadały ich potrzebom. Ale oni, zafascynowani świętością miejsca i ciepłem gospodarzy, na to w ogóle nie zważali. Wstali o trzy godziny wcześniej niż zaplanowano, by obejść cały monaster i Żyrowice. I w Grodnie arcybiskup Artiemij serdeczne ich przyjął.
 
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Wysłuchała Anna Radziukiewicz
fot. autorka


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token