Numer 6(384)    Czerwiec 2017Numer 6(384)    Czerwiec 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Pilnuj moich oliwek i nie bój się niczego
Paweł Krysa
No i zobaczyłem. Ale specjalnie zachwycony nie byłem. Weszliśmy do czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak ogrodzona wysokim murem winnica. Dopiero kawałek dalej dało się dostrzec niepozorny budynek. Jak się okazało, była to główna monasterska cerkiew, do której dodatkowo wchodziło się przez sklepik. Kilka metrów kwadratowych książek, ikon i świeczek, po czym zwykłe domowe drzwi, wiodące wprost do świątyni.
Pierwsze wrażenie niezwykłe – wszechogarniająca pstrokacizna! Różowe ściany, niebieski sufit, żółte filary i łuki stropowe. Dodatkowo ściany dosłownie wytapetowane ikonami. Czyżby Vasilio postanowił pokazać nam najdziwniejszy monaster na Cyprze? Dopiero gdy stanąłem przed chramową ikoną, sprawa stała się jasna. Widniał bowiem na niej św. Kendej, powszechnie nazywany tu Cudotwórcą, jeden z najbardziej ukochanych cypryjskich świętych.
Przyszły święty już jako osiemnastoletni młodzieniec zostawił rodzinną Germanię i poszedł na pustynię jordańską, by żyć jak pustelnik. Miało to miejsce gdzieś między VII a X wiekiem. Stosunkowo szybko, dzięki nieustannemu postowi i modlitwie, osiągnął w ascezie takie wyżyny, że Bóg obdarzył go łaską uzdrawiania chorych. Szerokim echem odbił się choćby cud uzdrowienia i wygnania biesa z syna lokalnego możnowładcy. Wkrótce jednak Saraceni wygnali chrześcijan, którzy w liczbie ponad trzystu, wraz ze swoimi biskupami, kapłanami i mnichami, wsiedli na statek płynący do Bizancjum. Ten jednak w czasie szalejącej burzy rozbił się koło Pafos na Cyprze. I znów stał się cud. Kendej, cały zatopiony w modlitwie, tak długo stał na wraku z wzniesionym w górę rękoma, aż ostatni z rozbitków nie dotarł bezpiecznie na ląd. Niektórzy nawet idąc po wodzie!
Przyszły święty odebrał całe to wydarzenie jako wolę Bożą i postanowił osiedlić się w pieczarze niedaleko dzisiejszego Pafos, oddając się w spokoju ukochanej ascezie. Często nachodził go tutaj szatan, próbując zwieść z obranej drogi. Najczęściej ukazywał się pod postaciami atrakcyjnych kobiet. Pustelnik był jednak czujny, zwyciężając biesowskie zabiegi.
Kendej bardzo tęsknił za swym przyjacielem Noną, który po katastrofie postanowił zamieszkać po drugiej stronie wyspy, niedaleko Salaminy, w rejonie dzisiejszej Famagusty. Pewnego dnia tęsknota stała się tak dokuczliwa, iż asceta postanowił odwiedzić przyjaciela. Droga okazała się na tyle trudna, że w pewnym momencie zdał sobie sprawę, że nie będzie sensu wracać i lepiej pozostać tu, gdzie już doszedł. Powierzył się więc Bogarodzicy, prosząc by wskazała mu jakąś jaskinię. Okazała się nią skalna jama, obok dzisiejszej wsi Avgarou. Wkrótce dotarł tu także i Nona, znany dziś jako św. Nona z Salaminy, cudownie przeniesiony na spotkanie z Kendejem przez anioła. Radość obu była ogromna, a spotkanie przemieniło się w długie nabożeństwo dziękczynne, po którym św. Nona został znów w cudowny sposób dostarczony do siebie.
Największym problemem tej części wyspy był niemalże całkowity brak wody. Deszcz nie padał tu bowiem już od siedemnastu lat! Święty w błagalnej modlitwie obiecał więc Bogu, że już całe życie spędzi w pieczarze i nigdy z niej nie wyjdzie, byle tylko raczył go wysłuchać. Niedługo potem spadł rzęsisty deszcz, a obok groty, na wzgórzu, wytrysnęło źródło, dające ukojenie do dziś. Słynie ono także ze swoich leczniczych właściwości, przede wszystkim w problemach onkologicznych, kardiologicznych oraz w chorobach wewnętrznych.
Od tamtego czasu pieczara Kendeja stała się miejscem pielgrzymek wszystkich potrzebujących i cierpiących z całej okolicy. Święty nie odmawiał nikomu, wszystkich przyjmował i wszystkim pomagał. Tuż obok jego siedziby wybudowano też czasownię, która w XIV wieku przybrała postać tej niezwykłej, kolorowej, kamiennej cerkwi. Zupełnie niedawno, tu i ówdzie, odsłonięto w niej pozostałości średniowiecznych fresków.
Życie monastyczne toczyło się tutaj lepiej lub gorzej, ale nieprzerwanie, aż do początków XX wieku. Prawdopodobnie w czasie I wojny światowej mnisi opuścili to miejsce i aż do lat siedemdziesiątych teren monasteru znaczyło ledwie kilka zniszczonych kielii oraz zrujnowana cerkiew. I wtedy, w 1972 roku, św. Kendej sprawił kolejny cud. Ukazał się bowiem we śnie jednej z mniszek leżącego stosunkowo niedaleko monasteru św. Pantelejmona, nakazując odbudowę klasztoru: – Idź tam i niczego się nie bój. Odbuduj monaster i odnów gaj oliwkowy, który sam zasadziłem. Pilnuj go i nie daj zniszczyć, a jak będziesz o niego dbać, stanie się źródłem waszego dochodu. Co prawda niedługo przyjdą Turcy i będą chcieli zająć klasztor i cały Cypr, ale im nie pozwolę. Dojdą tylko do drogi i ani kawałka dalej. Zarówno oliwki, jak i sam monaster pozostaną nietknięte.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa, fot. autor

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token