Numer 7(385)    Lipiec 2017Numer 7(385)    Lipiec 2017
fot.Łukasz Troc
W górach
Ałła Matreńczyk
-Miałam niespełna rok, gdy nadeszła Akcja Wisła – wspomina Maria Olesiuk. – O wywózce opowiadała mi mama.
Letni dzień, podstawione furmanki. Tacjanna Szypska w pośpiechu pakuje tobołki na wóz, idzie do domu po następne, wraca – po poprzednich nie ma śladu. Nie ma śladu nawet po królikach. Do wagonu Szypscy zabierają krowę i jałówkę, jakieś drobne rzeczy, prawdę powiedziawszy nie jest tego dużo. Do Głogowa docierają już bez krowy. Podczas postoju Łukasz Szypski poił bydło, potem kosił trawę. Gdy wrócił – krowy już nie było.
Wysiedleńców dowieziono do dużego majątku, stamtąd ruszyli po okolicy, szukając nowych domów. Ich wybór padł na położoną między Przemkowem i Głogowem Buczynę. We wsi byli już ludzie z Poznania i repatrianci zza Buga. Łukasz Szypski zajął spory dom na dużej posesji ze zburzoną kirchą w centrum. Wkrótce okoliczne wioski zaczął objeżdżać furmanką o. Wiktor Masik z rodziną, szukał prawosławnych. Zatrzymał się w sąsiedniej wsi Łogisze, zamieszkał w szkole, a że nie było jeszcze lekcji, właśnie tam zaczął odprawiać pierwsze nabożeństwa. Wtedy o nabożeństwa poprosili także mieszkańcy Buczyny.
– Tata na cerkiew udostępnił połowę domu z osobnym wejściem – wspomina matuszka Maria.
Ludzi było sporo, w samej tylko Buczynie ze dwadzieścia łemkowskich rodzin, a przychodzili także prawosławni z Nowego Dworu i Radwanic. Zbierało się więc z siedemdziesiąt osób. Niebawem jeszcze więcej, bo gdy w Łogiszach odebrano budynek szkoły, tamtejsi wierni dołączyli do Buczyny. Do Buczyny przejechał także o. Wiktor Masik, którego Łukasz Szypski przyjął do swego domu, wkrótce przenosząc się do kolejnego pustostanu.
–To była czysto łemkowska parafia – wspomina matuszka Maria. – Najwięcej ludzi pochodziło z Klinkówki i Brunar. Domowa, można powiedzieć, cerkiewka nie miała ikonostasu. Wkrótce przekazano prawosławnym zniszczoną kirchę, rozpoczął się jej wieloletni remont.
Gdy proboszczem był o. Grzegorz Szyryński, Buczynę odwiedził młody student Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, Walenty Olesiuk. Poznał Marię Szypską, młodzi wkrótce się pobrali. Pierwszy dekret batiuszki? Do Pielgrzymki w powiecie jasielskim, łemkowskiej parafii z trzema pełnymi rodzinami i dwiema wdowami, które prosiły o duchownego na stałe (pozostałymi mieszkańcami byli Polacy, repatrianci ze Wschodu).
– Jedziesz na trzy lata – zapewniał o. Walentego metropolita Stefan. Był 1966 rok.
Batiuszka, kilka miesięcy po ślubie, wybrał się na początku sam. Zamieszkał u Grzegorza Telepa, który miał pokój z kuchnią. Gospodarz zaproponował, by batiuszka wyszykował sobie izbę w dawnej stajni. Gdy pomieszczenie było gotowe, a batiuszka przywiózł matuszkę, okazało się, że zajmie je wuj gospodarza, który właśnie przyjechał z Ameryki. I tak Olesiukowie z walizkami w ręku poszli szukać dachu nad głową. Zatrzymali się u samotnej gospodyni z dwójką dzieci. Przez rok nie zostali zameldowani – także w ten sposób władze starały się utrudniać powrót Łemków.
Matuszka, z zawodu nauczycielka, na próżno starała się o pracę. Bo choć zarówno dyrekcja szkoły jak i wydział oświaty w Jaśle wyraziły zgodę, rodzice byli przeciwni.
– Jak żona popa będzie nauczycielką, nie będziemy posyłać dzieci do szkoły – protestowali.
Matuszka zrezygnowała, nie chciała wzniecać większych konfliktów.
– Do Rosji, tam wasze miejsce – często wykrzykiwali miejscowi na ich widok.
Cerkiew była w nie najgorszym stanie, nabożeństwa odbywały się w niej już wcześniej, odprawiali je wyznaczeni przez dziekana duchowni. Batiuszka Walenty, można powiedzieć, „sam służył, sam śpiewał i sam kadidło podawał”, chociaż śpiewać pomagał Grzegorz Telep. Obok cerkwi stała stara plebania, w której mieściła się agronomówka (dziś przebudowana na kościół katolicki). Potrzebny był nowy parafialny dom. Środki finansowe przesłali za pośrednictwem Grzegorza Telepa Łemkowie zza granicy, ale trudności nie brakowało.
Gdy wykopy zostały wykonane, przyszło wezwanie do sądu, a potem sądowy nakaz, by przywrócić teren do pierwotnego stanu.
– Będziemy dalej po cichu budować – nie ugiął się o. Walenty. Jesienią 1966 roku zostały wylane fundamenty. W lutym przywieziono cegłę.
– Dalej nie pojadę, bo się zakopię – oznajmił szofer i wysypał ładunek w połowie długiej, czterokilometrowej wsi.
Co robić? Olesiukowie pożyczyli od Grzegorza Telepa konia z sankami i we dwoje zaczęli przewozić te cegły, 24 tysiące sztuk. Mieli jedną parę rękawic, batiuszka jedne spodnie i jedne buty. Pomagała im tylko jedna parafianka.
Po trzech dniach pracy o. Walenty zdarł spodnie i buty. W czym w niedzielę pójść do cerkwi?
Innym razem, gdy traktor wiózł żwir, ludzie kładli się pod pojazd, nie pozwalając, by dojechał na miejsce.
Gdy przywieziono cement, nadciągnęła burza. Jak szybko przenieść worki po wąskiej kładce do dzwonnicy? O. Walenty poprosił o pomoc młodego chłopaka, a że nie miał czym zapłacić, oddał mu własny zegarek, prezent ślubny.
Wiosną batiuszka wynajął majstra, ale i wtedy z matuszką Marią nie przestawali pomagać przy budowie.
Cegły miało wystarczyć też na budynki gospodarcze. Nie wystarczyło, bo ją rozkradziono. Kiedy zniknęły też dwie krokwie na dach, Olesiukowie postanowili pilnować budowy. Batiuszka kupił latarkę, dużą, na trzy baterie, i wieczorem we dwoje z matuszką wyruszyli na plac. Tam zastali z dziesięć osób z kijami w ręku.
– Poznałem was – krzyknął o. Walenty, chociaż nie rozpoznał nikogo, rzucając się za uciekającymi w pościg.
Do cerkwi zaczęło przychodzić trochę więcej ludzi, parę osób z wąwozu Kłopotnica, z Rozdziela i Wapiennego. Sami Łemkowie. O. Walenty musiał nauczyć się służyć po łemkowsku. Opanował język dość szybko, bo matuszka w domu cały czas mówiła po łemkowsku.
Więcej prawosławnych było w Bartnem, które od Pielgrzymki oddzielała wysoka góra. Którejś zimy, pod nieobecność bartniańskiego duchownego, poproszono o. Walentego o odprawienie pogrzebu. Wysłano po niego dwóch chłopców. Batiuszka poszedł z nimi najpierw do Folusza, to z pięć kilometrów, a potem już szlakiem turystycznym do Bartnego. Na górze chłopcy wyciągnęli narty. Przypięli je także o. Walentemu, do rąk dali duży kij, do hamowania.
– Jedźcie prosto na kopuły cerkwi – wytłumaczyli przed blisko trzykilometrową trasą. I ruszyli gęsiego, z batiuszką pośrodku. O. Walenty bał się, żeby nie wylądować w jałowcach, bo narty miał pierwszy raz w życiu. To był błyskawiczny kurs jazdy…
Biednie się żyło Olesiukom. Miejscowy sklep świecił pustkami, garstka wiernych z trudem wiązała koniec z końcem. Jedna z parafianek mieszkała w kurnej chacie bez komina, z niskimi drzwiami, spała na piecu, korzystała z kamiennego stołu.
Olesiukom pomagała Łemkini – baptystka, wdowa, której mąż leśniczy zginął w lesie. Dawała mleko, chleb, warzywa – raz w tygodniu udostępniała swoją łazienkę, żeby mogli się wykąpać.
Gdzieś tak w 1967 roku do wsi przywieziono kopię Częstochowskiej Ikony Matki Bożej, przyjmowały ją w swoich domach wszystkie rodziny katolickie. Wtedy do gospodyni, u której Olesiukowie mieszkali, przyszła biedna staruszka. Chciała pożyczyć obrus, żeby zaścielić stół, godnie przyjąć ikonę. Niestety, gospodyni też nie miała. Matuszka nie zastanawiała się ani przez moment – wyjęła ślubne obrusy, także białostockie kilimy, i pożyczyła kobiecie. Potem te białe obrusy i białostockie kilimy wędrowały po wszystkich biedniejszych chatach w Pielgrzymce.
I chyba wtedy zmienił się stosunek katolików do rodziny duchownego.
Gdy prace w plebanii dobiegały końca, pomagali w nich sąsiedzi katolicy. Jedni układali podłogę, inni tynkowali. A na katolickie Boże Narodzenie podeszli pod okna i zaśpiewali kolędę.
Na wiosnę 1968 roku na wykarczowanej działce Olesiukowie posadzili ziemniaki. Nie zdążyli ich wykopać. Parafię w Pielgrzymce objął o. Jan Lewiarz.
O. Walenty Olesiuk otrzymał dekret do Wysowej z filią w Hańczowej. Nowa parafia liczyła 75 rodzin i cztery cerkwie – w Hańczowej, Wysowej, Blechnarce i Ropkach. Cerkiew w Ropkach, gdzie tylko dwie rodziny były prawosławne, stale okradano, a że nie starczało środków na jej utrzymanie, trafiła w końcu do skansenu w Sanoku. W cerkwi w Blechnarce długie lata górale trzymali owce.
Z cerkwi w Hańczowej tuż po wojnie korzystali katolicy. Gdy kopuła zaczęła przeciekać, wywiercili dziury w podłodze, robiąc w ten sposób odpływ, jak się zawaliła – porzucili świątynię.
Prawosławni powoli zaczęli ją remontować. I odprawiać nabożeństwa. Służyli między innymi o. Rydzanicz, obecny metropolita Sawa, pokojny arcybiskup Adam.
Gdy o. Walenty objął parafię, remont już trwał.
Obok cerkwi stała dwustuletnia, długa na dwadzieścia i szeroka na dziewięć metrów plebania z dużym gankiem pośrodku. W szczycie mieszkał lokator, który wrócił z zachodu, dalej była szkolna klasa z lekcjami śpiewu i gimnastyki, potem stajnia.
Olesiukom udostępniono mały pokoik od strony rzeki, z klasą łączyły go zamykane na klucz drzwi.
Młodsza córka batiuszki skończyła akurat sześć miesięcy. – A za ścianą zawsze głośno – wspomina matuszka. – Dziecko budziło się bez przerwy.
Nie było to jedyne zmartwienie o. Walentego. Bo oto pewnego dnia otrzymał pismo, że klucze do cerkwi musi przekazać księdzu z Wysowej.
O. Walenty zaczął chodzić po parafianach, naradzać się, co robić.
– Batiuszka, brońcie cerkwi sami, bo my tu musimy mieszkać, a wy dzisiaj tu, a jutro tam – na to wierni.
Batiuszka nie spał całą noc, prawie płakał.
– Tata, nie rozpaczaj, palcem cerkwi nie otworzą, przecież to my mamy klucze – pocieszała go jak mogła kilkuletnia córka.
O wyznaczonej godzinie przyszedł ksiądz z Wysowej z tłumem wiernych, wesprzeć Olesiuków jedna babcia, podpierająca się kijem.
– Mam wszystkie dokumenty – grzmiał ksiądz. – To polska władza ludowa remontowała cerkiew i ona nam się należy (remont był w części finansowany przez konserwatora, który przedłożone przez parafię prawosławną rachunki udostępnił katolickiemu klerowi).
– A jak się kopuła zawaliła, to czemu zostawiliście cerkiew? – na to batiuszka
– No to będziemy ją współużytkować – ksiądz znalazł inne rozwiązanie.
– Zgoda, ksiądz ma plebanię w Wysowej, a ja nie mam gdzie mieszkać, będziemy więc współużytkować – i cerkiew w Hańczowej, i plebanię w Wysowej – batiuszka bronił cerkwi jak mógł.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk
fot. archiwum
rodziny Olesiuków





Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token