Numer 7(385)    Lipiec 2017Numer 7(385)    Lipiec 2017
fot.Łukasz Troc
Wachtang, Abo i Szuszanik
Paweł Krysa
Był V wiek gdy zapadła i została zrealizowana ta decyzja. Wachtang był wspaniałym wodzem i wielkim królem. Na sam widok ogromnej jego postaci (2,40 metra wzrostu i nieprawdopodobna wręcz siła, pozwalająca choćby wziąć konia „na barana” i wtaszczyć pod najbliższą górkę) wrogowie pierzchali w panice. Gorgasali, czyli „wilcza głowa” – tak go nazywano, od ogromnej czaszki wilka przymocowanej do szyszaka.
Wachtang bardzo dbał o swój kraj. Walczył nieustannie, w zdecydowanej większości z tymi, którzy próbowali oderwać jego naród od Chrystusa. Ale ani naród, ani jego władca nawet myśleć o tym nie chcieli. Bronili się więc skutecznie, a król nieustannie fundował cerkwie, monastery, tworzył nowe diecezje, kazał wyświęcać biskupów. Na koniec doczekał się autokefalii swojej Cerkwi z rąk patriarchy Konstantynopola.
Gdy umierał, płakał cały naród i zdecydował pochować go w najwspanialszym soborze ówczesnego kraju, tuż obok największej relikwii – chitonu Zbawiciela, o który żołnierze rzymscy rzucali los pod Krzyżem. Dziś Wachtang, za przeogromną działalność na rzecz rozwoju rodzimej Cerkwi uznany za świętego, patrzy dumnie ze swego pomnika w kierunku miejsca, gdzie spadł bażant i w którym wszystko się zaczęło.
Tuż obok wspomnianego pomnika stoi od szesnastu wieków cerkiew, zwana Metechi. To też dzieło św. Wachtanga Gorgasali. Ale nie to jest w niej najważniejsze. Kryje bowiem w swoim wnętrzu relikwie św. Szuszanik, pierwszej męczennicy w dziejach kraju. Szuszanik to po polsku Zuzanna.
Z początku nic nie wskazywało na to, jaką śmiercią umrze. Wraz z mężem arystokratą żyła bowiem dostatnio, oddając się modlitwie i pomocy bliźnim. Lecz wkrótce, po jednym z najazdów, władca obcego państwa zaproponował jej mężowi bardzo wysokie stanowisko, stawiając jednak warunek – wyrzeczenie się Chrystusa. I pieniądz zwyciężył. Och, gdybyż tylko tyle! Niestety, mąż stając się odstępcą, nie mógł ścierpieć prawosławnej żony. Nie pomogły prośby ani groźby, nie pomogło zamknięcie w celi ani nawet bicie. Doprowadzony do ostateczności, opanowany szałem i diabelskimi podszeptami, zamęczył w końcu swoją żonę w taki sposób, że osławiony anioł śmierci, czyli dr Mengele z Auschwitz, zaiste miał się od kogo uczyć. Wszystko to działo się również w V stuleciu.
Dziś, tak jak i od wieków, do grobu i relikwii św. Szuszanik ciągną tłumy pielgrzymów z całego kraju i z zagranicy. A święta wysłuchuje wszystkich i wszystkim pomaga.
Wspomniana cerkiew Metechi, wraz z pomnikiem świętego króla Wachtanga, stoi na wysokiej skale, nad korytem rzeki. A tuż pod skałą, niemalże u stóp króla, znajdziemy jeszcze jedną niewielką cerkiew. Jej niebiańskim patronem jest św. Abo, opiekun miasta, stolicy swego kraju.
Był Arabem niechrześcijaninem. Dotarł tu w VIII wieku, mając osiemnaście lat. Pokochał miasto oraz żyjących w nim ludzi, znajdując w nim swoje miejsce na ziemi. Zajmował się wytwarzaniem i sprzedażą maści oraz pachnideł. Dziś powiedzielibyśmy, że prowadził drogerię. Na co dzień spotykał się więc z wyznawcami prawosławia, poznając z czasem dokładnie nową dla siebie religię. W efekcie zmienił wiarę, stając się gorliwym wyznawcą Chrystusa.
Podczas jednego z najazdów perskich „życzliwi” donieśli szachowi o zdrajcy. Nie pomogły prośby ni groźby. Abo ani myślał powracać do islamu. W efekcie zamęczono go, a dla uniemożliwienia narodzin jego kultu, ciało spalono, po czym zebrano dokładnie prochy, wsadzono do obciążonego kamieniami wora i wrzucono do rzeki na wprost metechskiej skały. Tyle tylko, że Opatrzność miała inne plany. Przez trzy dni bowiem wydobywający się z wody słup światła wskazywał miejsce śmierci męczennika. Prochów odnaleźć się nie udało, ale pamięć o świętym nigdy nie zaginęła.
Tuż obok tego miejsca znajduje się most, na którym doszło do wydarzeń zadziwiających i niezwykłych. Rzecz jasna nie na tym moście, który stoi obecnie, lecz na jego dawnym, drewnianym poprzedniku.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa, fot. autor


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token