Numer 9(387)    Wrzesień 2017Numer 9(387)    Wrzesień 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Pamięć i przebaczenie
Anna Radziukiewicz
Tych słów posłania Soboru Biskupów Cerkwi w Polsce słuchało w Kostomłotach 1 sierpnia, w święto św. Serafima Sarowskiego, około półtora tysiąca wiernych z Chełmszczyzny, Łemkowszczyzny, z północnych i zachodnich ziem Polski, Białostocczyzny i tych, którzy przyjechali z Białorusi i Ukrainy. Słuchali uczestnicy Akcji Wisła – garstka już ich została – ich potomkowie i ci, których akcja mogła wymieść z rodzinnej ziemi, ale zatrzymała się na linii Bugu.
W posłaniu nie słyszeli o politycznych przyczynach akcji, takich jakie formułuje się dla oficjalnej pamięci historycznej. Słyszeli o tym, że próbowano zniszczyć Cerkiew.
W posłaniu prosili biskupi lud, by ofiary akcji otoczono szczególnym szacunkiem, miłością, wpisano ich do swojej pamięci, żeby pochylono się nad heroizmem ludzi, którzy doświadczyli tylu cierpień na ziemiach odzyskanych, trwając w świętej wierze prawosławnej, organizując na nowych ziemiach cerkiewne życie, na początku gromadząc się na Liturgiach w swoich ubogich domach, nieraz po kryjomu.
Prosili hierarchowie: „W modlitwach wspomnijmy naszych dziadów, ojców, braci i siostry, którzy nigdy nie stracili wiary, nie wyrzekli się swojej tradycji, nie wstydzili się swojego języka”. Prosili, by szczególnie wspomnieć więźniów Jaworzna i wychowywać młodzież w duchu wiary i tradycji.
I usłyszeli zgromadzeni znamienne słowa: „Pouczeni radością Zmartwychwstania Pańskiego, wypowiedzmy głosem całej naszej Cerkwi słowa przebaczenia. Przebaczamy wszystkim wszystko mocą Zmartwychwstania”.
Posłanie, sformułowane w kwietniu tego roku, podpisał metropolita Cerkwi w Polsce Sawa, wszyscy arcybiskupi i biskupi, także świętej pamięci arcybiskupi wrocławski i szczeciński Jeremiasz oraz łódzki i poznański Szymon.
Hierarchowie powiedzieli – pamiętajmy, ale też wybaczajmy.
Słów tych słuchał i o. Dariusz Wasiluk, proboszcz parafii w Tomaszowie Lubelskim, wraz z siedemdziesięcioma innymi duchownymi. Może rozumiał je szczególnie.
Siedzimy w parafialnym domu w Kodniu. Stąd do Tomaszowa tyle co z Białegostoku do Warszawy, 186 kilometrów. Dla o. Dariusza blisko. Bo w diecezji, w której służy, lubelsko-chełmskiej, prawosławne parafie są oddalone od siebie nieraz po kilkadziesiąt kilometrów, do dużych odległości jest więc przyzwyczajony. Tomaszowska cerkiew, piękna, duża, odremontowana, zbiera na Liturgie garstkę wiernych, po kilku-kilkudziesięciu, bo Tomaszów stał się miastem katolickim, tak jak i jego okolice. Taki krajobraz zbudowała Akcja Wisła i poprzedzające ją deportacje na wschód.
– Tomaszowska parafia przed tamtymi akcjami liczyła około dwóch tysięcy wiernych – mówi o. Dariusz. – Po deportacjach przestały istnieć dwa dekanaty – tomaszowski i hrubieszowski, z siedemdziesięcioma cerkwiami i około czterdziestoma tysiącami wiernych. Liczyłem, że na tej ziemi było tylu wiernych, ilu dziś w parafiach warszawskich, w dekanacie bielskim, siemiatyckim i hajnowskim. Teraz zostały nam tylko cmentarze i kilka cerkwi. Gdyby zadbać o cmentarze, musiałbym na nich codziennie, od rana do nocy, kosić trawę, chaszcze, karczować krzaki. I też by sił nie starczyło. „Batiuszka, cmentarz zarośnięty” – mówią ci, którzy raz na kilka lat przyjadą na przykład z zachodniej Polski na groby przodków.
– A była pani na cmentarzu niedaleko Kodnia? – pyta mnie pani z Radzynia Podlaskiego, katoliczka, która przyjechała do Kostomłotów na uroczystości 70-lecia Akcji Wisła, na zaproszenie prawosławnej kuzynki. – Takiego cmentarza jeszcze nie widziałam. Taki smutny! Tylko kopczyki po mogiłach zostały – mówi.
Ale o. Dariusz cieszy się choćby z tych małych, drobnych kroczków, stawianych w Tomaszowie i na całej Lubelszczyźnie. Że gdy zorganizował koncert muzyki cerkiewnej w Tomaszowie, przyszło na niego 150 osób. Że cerkiew jest remontowana, że nie ma już w niej ani miejskiego szaletu, ani składu sztucznych nawozów, jak to było po wojnie, że przyjaźń okazuje lekarz katolik, że wiele zależy od samego człowieka.
I parafia w gminnym Kodniu nad Bugiem, z którego do Kostomłotów osiem kilometrów, trochę ludniejsza od tomaszowskiej, też ma swoje radości. O tych mówi jej proboszcz o. Jan Grajko. Cieszy się, że w ostatnim okresie ochrzcił kilkoro dzieci i że ich imiona są tradycyjne – Lena, Nikodim, Ilja, Mikołaj. A przecież niedawno, gdy chodził z kreszczeńską wodą, kobieta płakała: – Batiuszka, zapiszcie sami imiona moich córek. Bo ja nie wiem jak. Ochrzciłam je, gdy byłam na ziemiach odzyskanych, Iwona i Jagoda. A w tomaszowskiej parafii kobieta została ochrzczona Eudokia, ślub brała jako Eugenia, a umierała jako Ewa. Ileż barw ochronnych włożyła na siebie!
I cieszy się o. Jan Grajko, że może służyć w nowej cerkwi, która stanęła w pośrodku Kodnia, niedaleko kościoła. A przecież przed drugą wojną parafię w Kodniu zlikwidowano, do Zabłocia wiernych posłano. Ci z Kodnia błagali władze, by im pozwolono otworzyć cerkiew. Zgody nie otrzymali. Wybudowali więc „tajną” cerkiew, jak ją nazywali, na placu przekazanym im przez katolików Oniszczuków. Wyświęcili w 1934 roku. W niej się modlili. Dużo było w Kodniu prawosławnych. Matuszka Grajko mówi: – Czytałam, że tysiąc prawosławnych tu mieszkało. A jedna nasza parafianka mówiła, że w Kodniu mieszkało jedynie sześć katolickich rodzin, a teraz mamy tylko trzydzieści prawosławnych rodzin. A niedaleko w Olszankach nie było ani jednego katolika.
Cieszy się o. Jan, że w byłej „tajnej” cerkwi mógł urządzić skromne muzeum i na planszach „opowiedzieć” historię kodeńskiej parafii, trwającej nie mniej niż pięćset lat. Że może do niego zapraszać nie tylko turystów, ale i pielgrzymów, bo dla tych, którzy idą lub jadą do Jabłecznej, na Grabarkę, Turkowic, na Łemkowszczyznę, Kodeń leży po drodze.
Kostomłotach uroczystości zaczęły się po południu 31
lipca wsienoszczym bdienijem. Niedużą cerkiew, stojącą pośrodku wsi, otoczyli wierni z każdej strony, bo ileż może ona zmieścić ludzi – pięćdziesiąt, sto?
Kostomłoty nie widziały jeszcze tylu prawosławnych! – słyszało się uradowane głosy.
– Widziały, widziały – mógłby odpowiedzieć o. Ambroży, ihumen założonego w Kostomłotach w 2003 roku domu zakonnego. – Przed deportacjami tylko do parafii kostomłockiej należało 1500 wiernych. A na parafialne święta ciągnęli wszak ludzie i z innych parafii. To była średniej wielkości parafia.
We wtorek, 1 sierpnia, arcybiskupa lubelskiego i chełmskiego Abla, białostockiego i gdańskiego Jakuba oraz przemyskiego i gorlickiego Paisjusza powitała najpierw młodzież. W jej imieniu Aleksandra Świrid mówiła: – Masz dwie godziny, żeby się spakować i wyjechać w nieznane. – To żart? – każdy by pomyślał. Wtedy zapewne tak samo myślano. Bo jak można w dwie godziny opuścić dom, gospodarstwo, cerkiew, porzucić wszystko co się osiągnęło i zabrać to, co się dało udźwignąć na plecach. Dziś podziękujmy Bogu, że choć część z tych, którym kazano wyjechać, wróciła na swoją ojcowiznę, że dzięki nim poznaliśmy prawdziwą historię, że ci ludzie przywrócili na tych ziemiach wiarę prawosławną i swoją kulturę.
Aleksandra poprosiła władyków o modlitwę za pokój i za młodych.
Aleksandra mieszka z rodzicami w Kostomłotach, tata Jan urodził się w Kostomłotach, mama Renata w Terespolu. We wrześniu pójdzie do klasy maturalnej liceum im. Staszica w Białej Podlaskiej. Od dziecka pozostaje pod duchową opieką o. Ambrożego, który uczył ją cerkiewnosłowiańskiego i podstaw wiary. W cerkwi czyta Apostoła, Czasy, śpiewa w chórze i wraz z rodzicami jest podporą parafii. Mówi mi: – Parafia nasza jest malutka, niecałe trzydzieści osób, ale w nas jest siła i moc. Trzymamy się. Damy radę.
Dostojnych hierarchów powitał też starosta cerkiewny Mikołaj Gryszko. Mówił: – Żeby młodzi nie nieśli takiego krzyża jak moje pokolenie.
 
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz
fot. autorka


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token