Numer 9(387)    Wrzesień 2017Numer 9(387)    Wrzesień 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Trwamy, bo pamiętamy
Anna Radziukiewicz
Anna Radziukiewicz: – Koniec pierwszej połowy XX wieku okazał się dla prawosławia na Południowym Podlasiu i Chełmszczyźnie chyba najtragiczniejszym okresem.
Grzegorz Kuprianowicz: – To w istocie okres szczególny, gdyż wtedy usunięto z Chełmszczyzny i Południowego Podlasia prawie wszystkich prawosławnych, spośród których jedynie nieliczni zdołali powrócić.
– A wprowadzanie postanowień unii brzeskiej?
– Na tych ziemiach opór przeciw unii z Kościołem rzymskokatolickim był silny. Mimo że miejscowi biskupi (chełmski i włodzimierski) byli jej zwolennikami, większość wiernych i duchowieństwa pozostała przy tradycji przodków. Trafnie ujął to polski historyk Zbigniew Wójcik: była hierarchia bez wiernych i wierni bez hierarchii. Unię udało się tutaj wprowadzić dopiero po kilkudziesięciu latach, wielkim wysiłkiem.
– Jeszcze druga wojna się nie skończyła, gdy rozpoczęły się deportacje prawosławnych na Wschód.
– W latach 1944-1946 do Związku Radzieckiego wysiedlono z Chełmszczyzny i Południowego Podlasia około 190 tysięcy ludności ukraińskiej. W 1947 roku akcja „Wisła” oczyściła te ziemie z kolejnych prawie 40 tysięcy osób. I gdyby nie tamte wysiedlenia, mielibyśmy na tych ziemiach 230 tysięcy prawosławnych, żyjących w kulturze swoich przodków na własnej ziemi, mówiących w ojczystym języku ukraińskim, chodzących do cerkwi.
– Procesy niekorzystne dla prawosławia zaczęły się na tej ziemi w połowie XIV wieku.
– Tak, do tego czasu wchodziła w skład księstw ruskich, gdzie prawosławie było wyznaniem książąt, było wyznaniem państwowym. Za króla Kazimierza Wielkiego ziemia chełmska weszła w skład Królestwa Polskiego, dwieście lat później przyłączone zostało do niego także Podlasie. Wraz ze zmianą przynależności państwowej prawosławie stało się wyznaniem mniejszości, zaczęto też ograniczać jego prawa. Unia brzeska miała zaś z założenia doprowadzić do całkowitej jego likwidacji. Jednak prawosławie przetrwało, dzięki monasterom w Jabłecznej, Drohiczynie, Bielsku zachowało ciągłość tradycji. W drugiej połowie XIX wieku na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu administracyjnie przywrócono obecność Kościoła prawosławnego, likwidując chełmską diecezję unicką. Pierwsze dekady XX wieku znów okazały się dramatyczne. W pamięci historycznej szczególnie zapisał się rok 1915, kiedy także z tych terenów ewakuowano w głąb Cesarstwa Rosyjskiego głównie ludność prawosławną.
– Dziesięć lat wcześniej też wielu prawosławnych podejmowało trudne wybory.
– W 1905 roku, po wydaniu tzw. ukazu tolerancyjnego, na ziemiach Chełmszczyzny i Południowego Podlasia ponad 150 tysięcy dawnych unitów przeszło na katolicyzm w obrządku łacińskim. Był to skutek sposobu likwidacji unii w diecezji chełmskiej w 1875 roku, gdy przywracano tu prawosławie nie w miejscowej przedunijnej tradycji, lecz w tradycji obcej dla ludności tych ziem, stosując przy tym przemoc.
– Potem nadchodzi okres międzywojenny.
– Czas trudny i złożony. Z jednej strony odrodzone państwo polskie tolerowało istnienie Kościoła prawosławnego, z drugiej zaś władze dążyły do zmniejszenia potencjału prawosławia oraz jego polonizacji. Szczególnie dramatycznym momentem były lata 1938-1939, gdy doszło do masowego burzenia cerkwi. Nie tylko zresztą burzono świątynie, ale także zmuszano ludzi do zmiany wyznania, tworzono taką atmosferę, by ludzie porzucali swą wiarę, kulturę i język. Wkrótce potem przychodzi druga wojna światowa, gdy konflikt polsko-ukraiński, rozpoczęty pod koniec lat trzydziestych nabiera nowego, strasznego wymiaru, giną wtedy tysiące ludzi. W pamięci Cerkwi to czas męczeństwa, którego symbolem są św. Męczennicy Chełmscy i Podlascy. A od razu po wojnie rozpoczynają się wysiedlenia...
– Czy wiedzę o historii prawosławia w Rzeczypospolitej dałoby się wpisać do programu wykładów na kierunkach humanistycznych?
– Oczywiście, powinna być ona integralną częścią programu studiów i edukacji szkolnej. Jednak każda społeczność ma własne spojrzenie na historię. Zazwyczaj dostrzega momenty, gdy była ofiarą, a nie te, gdy jej przedstawiciele zadawali ból innym. Na przykład, gdy opowiadam o burzeniu cerkwi, słyszę nieraz: „O czym pan mówi! Tak być nie mogło. Polacy by nigdy tego nie zrobili”.
– Może należy cieszyć się z takich reakcji?
– To pozytywne, gdy dla ludzi takie działania jak burzenie świątyń czy prześladowania religijne są czymś niewyobrażalnym. Mówić jednak trzeba i o trudnych momentach w dziejach. Bez znajomości historii nie zrozumiemy współczesności. I nie zrozumieją się dwie społeczności, żyjące obok siebie, a mające różne wizje wspólnych dziejów. Bez takiego zrozumienia w pewnym momencie może dojść do niebezpiecznego zderzenia różnych pamięci.
– Mniejszość, rzec można, ma ten przywilej, że zna punkt widzenia i racje większości. Uczy się tego w szkole, potem z mediów.
– I musi włożyć bard ziemiach 230 tysięcy prawosławnych, żyjących w kulturze swoich przodków na własnej ziemi, mówiących w ojczystym języku ukraińskim, chodzących do cerkwi.
– Procesy niekorzystne dla prawosławia zaczęły się na tej ziemi w połowie XIV wieku.
– Tak, do tego czasu wchodziła w skład księstw ruskich, gdzie prawosławie było wyznaniem książąt, było wyznaniem państwowym. Za króla Kazimierza Wielkiego ziemia chełmska weszła w skład Królestwa Polskiego, dwieście lat później przyłączone zostało do niego także Podlasie. Wraz ze zmianą przynależności państwowej prawosławie stało się wyznaniem mniejszości, zaczęto też ograniczać jego prawa. Unia brzeska miała zaś z założenia doprowadzić do całkowitej jego likwidacji. Jednak prawosławie przetrwało, dzięki monasterom w Jabłecznej, Drohiczynie, Bielsku zachowało ciągłość tradycji. W drugiej połowie XIX wieku na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu administracyjnie przywrócono obecność Kościoła prawosławnego, likwidując chełmską diecezję unicką. Pierwsze dekady XX wieku znów okazały się dramatyczne. W pamięci historycznej szczególnie zapisał się rok 1915, kiedy także z tych terenów ewakuowano w głąb Cesarstwa Rosyjskiego głównie ludność prawosławną.
– Dziesięć lat wcześniej też wielu prawosławnych podejmowało trudne wybory.
– W 1905 roku, po wydaniu tzw. ukazu tolerancyjnego, na ziemiach Chełmszczyzny i Południowego Podlasia ponad 150 tysięcy dawnych unitów przeszło na katolicyzm w obrządku łacińskim. Był to skutek sposobu likwidacji unii w diecezji chełmskiej w 1875 roku, gdy przywracano tu prawosławie nie w miejscowej przedunijnej tradycji, lecz w tradycji obcej dla ludności tych ziem, stosując przy tym przemoc.
– Potem nadchodzi okres międzywojenny.
– Czas trudny i złożony. Z jednej strony odrodzone państwo polskie tolerowało istnienie Kościoła prawosławnego, z drugiej zaś władze dążyły do zmniejszenia potencjału prawosławia oraz jego polonizacji. Szczególnie dramatycznym momentem były lata 1938-1939, gdy doszło do masowego burzenia cerkwi. Nie tylko zresztą burzono świątynie, ale także zmuszano ludzi do zmiany wyznania, tworzono taką atmosferę, by ludzie porzucali swą wiarę, kulturę i język. Wkrótce potem przychodzi druga wojna światowa, gdy konflikt polsko-ukraiński, rozpoczęty pod koniec lat trzydziestych nabiera nowego, strasznego wymiaru, giną wtedy tysiące ludzi. W pamięci Cerkwi to czas męczeństwa, którego symbolem są św. Męczennicy Chełmscy i Podlascy. A od razu po wojnie rozpoczynają się wysiedlenia...
– Czy wiedzę o historii prawosławia w Rzeczypospolitej dałoby się wpisać do programu wykładów na kierunkach humanistycznych?
– Oczywiście, powinna być ona integralną częścią programu studiów i edukacji szkolnej. Jednak każda społeczność ma własne spojrzenie na historię. Zazwyczaj dostrzega momenty, gdy była ofiarą, a nie te, gdy jej przedstawiciele zadawali ból innym. Na przykład, gdy opowiadam o burzeniu cerkwi, słyszę nieraz: „O czym pan mówi! Tak być nie mogło. Polacy by nigdy tego nie zrobili”.
– Może należy cieszyć się z takich reakcji?
– To pozytywne, gdy dla ludzi takie działania jak burzenie świątyń czy prześladowania religijne są czymś niewyobrażalnym. Mówić jednak trzeba i o trudnych momentach w dziejach. Bez znajomości historii nie zrozumiemy współczesności. I nie zrozumieją się dwie społeczności, żyjące obok siebie, a mające różne wizje wspólnych dziejów. Bez takiego zrozumienia w pewnym momencie może dojść do niebezpiecznego zderzenia różnych pamięci.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Z doktorem historii GRZEGORZEM KUPRIANOWICZEM
rozmawia Anna Radziukiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token