Numer 9(387)    Wrzesień 2017Numer 9(387)    Wrzesień 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Wysiedlenie
Wspomnienia Władyki Adama
– (...) Nie będę spekulował na temat genezy i konsekwencji Akcji Wisła, opowiem o własnych przeżyciach i uwagach, jako smutnego świadka – powiedzial władyka Adam. – Druga wojna światowa, okupacja niemiecka pochłonęły wiele ofiar. Nie tylko wywieziono Żydów i Cyganów, ale cierpieli także mieszkańcy naszych wsi, wywiezieni do Oświęcimia. Nie powróciło wielu młodych ludzi, których Niemcy wywieźli do Rzeszy, do pracy. Niektórzy zginęli podczas alianckich nalotów, inni, gdy dowiedzieli się, że na Łemkowszczyźnie nie ma spokoju, rozjechali się po świecie...
Rzeczywiście, wojna się skończyła, spokoju nie było, w wiosce siedzieli komisarze i namawiali ludzi do wyjazdu na wschód. Inteligencja, zwłaszcza księża, nauczyciele i niektórzy gospodarze, zastraszeni przez polskie reakcyjne podziemie, nie mieli wyboru. Banda powiedziała zdecydowanie – „albo wyjazd, albo śmierć”. Z naszej wsi wyjechały 44 rodziny. Czasem wracali do wsi zdemobilizowani z Armii Czerwonej łemkowscy ochotnicy, których jako obywateli polskich zwolniono na Ukrainie, wracali do swej rodzimej Łemkowszczyzny. Przynosili smutne wieści od wysiedleńców. Pamiętam, jak starsi mówili: „...Nigdzie nie pójdę, tu jest moja ziemia, tu nasze cerkwie i cmentarze, gdzie spoczywają nasi przodkowie – ich nie wolno pozostawić. Jeśli mam umrzeć, to tylko w swoim domu na ojczystej Łemkowszczyźnie”.
Komisarze jesienią 1946 roku wyjechali – deportacja na wschód się skończyła. Ludzie zaczęli leczyć rany spowodowane przez wojnę. Cieszyli się, że pozostali w swych ojczystych górach. Jesienią 1946 i wiosną 1947 roku trwały intensywne prace na polach – siew, sadzenie, zasypywanie okopów. Ale radość nie trwała długo. Krążyły plotki, że będziemy wysiedleni. Ludzie nie wierzyli – nie byliśmy niczemu winni, pomogliśmy Kowpakowi i daliśmy ochotników. Rosjanie nie pozwolą nas skrzywdzić.
Kiedy nas wysiedlano, nasza rodzina składała się z trzech osób – mama 41 lat, siostra 18 i ja 21 lat. Nasz ojciec w 1942 roku został aresztowany przez gestapo i zginął w obozie zagłady w Oświęcimiu.
Gdy nadszedł dzień wysiedlenia, wojsko nie dało nam podwód. Musieliśmy sami sobie radzić. Ludzie zaprzęgali krowy, aby zawieźć dorobek całego życia na stację w Grybowie. Ale co mógł zabrać rolnik? Obsiane i zasadzone pola? Zostawiliśmy niemal wszystko – meble, obrazy na ścianach, wszystkie gospodarcze maszyny – do młócenia zboża, młynek, sieczkarnię i młynek konny, dwanaście pni pasieki.
W Grybowie na stacji towarowej Sodoma i Gomora, bydło ryczy, beczą owce, dzieci płaczą – chcą do domu, a oficer, chyba komendant, biega między wozami i gdy ktoś z mężczyzn mu się nie podoba, zabiera go do namiotu i tam wojskowi biją Bogu ducha winnego...
Lato – spiekota, miałem białą czapkę na głowie. Widzę, że „Czarny”, tak zwano tego oficera (miał smagłą twarz) idzie w naszym kierunku. Rozbiegliśmy się, ukryłem się między wozami, ściągnąłem czapkę, zmieniłem koszulę. „Czarny” wziął innych mężczyzn, co mu się nawinęli pod rękę. Zbito ich bardzo mocno. Dalej widzę, że „Czarny” bez przerwy kręci się po placu, potem przyszedł do nas, kiedy pomagałem dziadkowi, ładującemu się do pierwszego transportu. Z pistoletem w dłoni wskazał na mnie: „ten...”. Doprowadził mnie do namiotu, a był tak pijany, że ledwo trzymał się na nogach. Usiadł na krześle i powiedział: „Dwadzieścia pięć” i za chwilę zasnął... Żołnierze widocznie mieli już dość bicia, bo choć położyli mnie na ławie, jednak nie bili. Kiedy „Czarny” zaczął mocno chrapać, jeden żołnierz rzucił mi: „Uciekaj”. Tak mnie Bóg uratował. Czułem jednocześnie oburzenie, wielką rozpacz i swoją bezsilność. Za co, Boże, za co nasi niewinni ludzie tak cierpią? Ale to był dopiero początek...
Jeszcze tego samego dnia przeżyliśmy przerażające chwile. Do krytego wagonu-blaszaka załadowano rodzinę Iwana Ciołki, siedmioro dzieci i starą chorą matkę – z dziesięć osób, cały ich dobytek i zwierzęta. Lato, upał, a ich załadowano, zamknięto drzwi, a transport stoi. W wagonie nie ma czym oddychać – dzieci płaczą, stara mama słabnie. Iwan krzyczy, aby żołnierze otworzyli drzwi – nikt nie reaguje. Chwyciłem siekierę i zacząłem siekać blaszak. Zbiegli się żołnierze z bagnetami na karabinach. Otworzyli drzwi, ściągnęli Iwana i powalili na ziemię... Płacz w wagonie, krzyk na placu. Nie wiadomo, co zrobiłby „Czarny”, ale na szczęście przyjechały dwa samochody z władzami i funkcjonariusze z pistoletami w dłoniach pobiegli w stronę wagonu. Staliśmy nie dalej niż dziesięć metrów od wagonu. Krzyki i płacz były tak wielkie, że nic nie było słychać, co mówił „Czarny”, a następnie Iwan. Iwan cały się trząsł, a jego twarz była we krwi, miał złamany nos. Straszny widok.
Po tym incydencie „Czarnego” na placu nie widziałem, a we wszystkich wagonach można było mieć drzwi otwarte na długość łańcucha (około dwudziestu centymetrów).
Nas, dwie rodziny, załadowano do wagonu, który był częścią trzeciego transportu. Żołnierze-konwojenci byli ludzcy. Pierwszy przystanek był w Oświęcimiu. I tu przykra niespodzianka. Do wagonu podchodzą pracownicy bezpieki i biorą ludzi, których nazwiska są na liście. Zabrali też mnie i pod bagnetami pędzą nas przez miasto jak bandytów do Urzędu Bezpieczeństwa. Brano nas pojedynczo na przesłuchania. Przyszła kolej na mnie. Pamiętam, przy stole siedział mężczyzna w wojskowym mundurze, obok protokolant, w środku stało ze trzech żołnierzy. Przyglądał mi się przez długi czas, jak mówią „mierzył od stóp do głów”. Spisano dane osobowe i śledczy krzyknął: „I co, skurwysynu, ilu Polaków zamordowałeś?”.
Ile tych pytań było, trudno zapamiętać, ale kiedy zaczęli bić, przez łzy powiedziałem: „Mój ojciec w Oświęcimiu zginął. Czemu mnie bijecie?!”. Śledczy podniósł rękę i żołnierze przestali bić, on sam poszedł do innego pomieszczenia, nie było go ze dwadzieścia minut, wrócił i powiedział: „Puśćcie go, jest wolny”.
Pod konwojem wróciliśmy do transportu, na szczęście nikt nie został wysłany do Jaworzna, ale ja od bicia straciłem słuch w lewym uchu. A w sercu poczułem straszny żal. Czy oni są takimi potworami, czy mało im, że cierpimy tak wielki emocjonalny ból, że jeszcze nas fizycznie dobijają... Jak ciężko było się z tym pogodzić!
Szczęśliwie dotarliśmy do Lubina, gdzie nas rozładowano i osiedlono w Michałowie, w powiecie Lubin. Osiedlili nas na koloni, za wsią. Domy były piękne, ale zdewastowane, bez okien i drzwi. Piece porozwalane. Wyglądało tak, jakby ktoś celowo to zrobił przed naszym przyjazdem.
Nasza rodzina osiedliła się w piętrowym budynku. Razem było pewniej. Razem było weselej. Razem łatwiej było znieść nieszczęście, które nas spotkało. Wszyscy myśleliśmy o tym, aby powrócić w góry, gdzie powietrze było lepsze, gdzie woda czystsza, gdzie ptaki wesoło śpiewały, a tu panowała głucha cisza. Te burzany wokół domu, a tam opuściliśmy obsiane i obsadzone pola, łąki zielone, głębokie strumienie, bystrą rzekę, gdzie woda płynęła szemrząc po kamykach. Wszystko tam było nasze ojczyste, i chata, i szkoła. Cerkiewka z kopułami i trzyramiennymi krzyżami i stara czereśnia, co stała koło wozowni, i pszczółka, co siadała z kwiatka na kwiatek i niosła pachnący miód do ula, tam pagórki i dolinki, i strome ścieżynki. A tu piasek, równina – monotonia, obca ziemia i chmary komarów. Wydawało się nam, że nie ma dla nas życia. Kilkanaście dni po prostu wegetowaliśmy – mieliśmy jedzenie, bo przywieźliśmy ze sobą mąkę, kaszę, mleko dawały krowy, było masło i ser. Okna pozasłanialiśmy kto czym mógł, aby nie było przeciągu. Chodziliśmy do lasu po czarne porzeczki na pierogi, ale wzyscy myśleli o powrocie do gór.
Wydawało się nam, że nikt się nami nie interesuje, ale później okazało się, że UB obserwowało każdy nasz krok. Dziwili się, że nie chcemy tu żyć, bo ani nie naprawiamy domów, ani nie robimy zapasów na zimę. Zwoływali ludzi na mityng (zgromadzenia), gdzie przedstawiciele PUR (Państwowy Urząd Repatriacyjny) i administracji starali się nas przekonać, że nie ma powrotu w góry, trzeba będzie żyć tutaj i zabezpieczyć się na zimę: „Nie chcemy was straszyć, ale nie radzimy samowolnie wracać w góry, bo takich będziemy zmuszeni zatrzymać i posadzić do więzienia. Takie jest postanowienie władz centralnych”.
Mężczyźni bali się, nic nie mówili, ale tu i tam kobiety zaczęły płakać, domagały się pozwolenia na powrót: „Jeśli nam nie pozwolicie, wrócimy sami, jesteśmy niewinni!”. „Kobietko, mówię ci, nie waż się wracać, bo cię jeszcze po drodze zatrzymają i posadzą, nie zobaczysz ani męża, ani dzieci”. Mówili prawdę. Pewnego razu nasi dwaj floryńscy gospodarze (z drugiego transportu) postanowili udać się do Florynki, aby się zorientować, czy powrót jest możliwy. Ale szybko ich złapano i tylko dlatego, że jeden żołnierz (co stacjonował we Florynce) ich poznał, nie znaleźli się w Jaworznie.
Wychodząc z sali zobaczyliśmy dwa policyjne auta, stojące w bocznej ulicy i tak z opuszczonymi głowami wróciliśmy do poniemieckich chat.
Następnego dnia przyszedł do nas dziadek Iwan i mówi: „Chłopaki, pójdziemy jutro do Chojnowa, powiedział mi pewien człowiek, że w mieście mało kto mieszka i że można będzie stamtąd pościągać okna i drzwi, można znaleźć jakieś meble. Nie zapomnijcie wymierzyć okna i drzwi, żeby brać takie, które będą pasować”. Po drodze dziadek (a był stolarzem) powiedział: „Okno może być trochę większe, ale nie więcej niż 4-6 cm, tak aby można było je ze wszystkich stron obciąć, drzwi tak samo”.
Idziemy przez miasto, żywej duszy nie widać. Zajechaliśmy do bocznej ulicy, tak, aby na wszelki wypadek nie rzucać się w oczy. Weszliśmy do jednego domu, mierzymy – wszystko jest duże, w innym tak samo. Dziadek mówi: „Chłopaki, tamten dom po drugiej stronie jest mniejszy od tego, może tam coś znajdziemy”. Rzeczywiście, znaleźliśmy i dziadek mówi: „Ściągajmy drzwi i okna, po małej przeróbce będą dobre”. Wzięliśmy jeszcze trzy łóżka, dwa stoły i kilka krzeseł, a także płytę kuchenną. Załadowaliśmy pełen wóz. Wszystko nakryliśmy kocami i szczęśliwie wróciliśmy do domu. Po drodze w lesie mieliśmy problem. Drogi się krzyżowały i nie wiedzieliśmy, jak jechać. Dziadek mówi: „Puść lejce, konie same pójdą”. Zrobiłem tak i konie trafiły na podwórze.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

oprac. Marianna Jara
z ukraińskiego tłum.
Mirosława Łuksza

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token