Numer 9(387)    Wrzesień 2017Numer 9(387)    Wrzesień 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Prawnukowie Włodzimierza
o. Andrzej Tkaczew
Jeśli człowiek miał szczęście urodzić się w takiej rodzinie, w której kilka pokoleń mieszka obok siebie, to najprawdopodobniej wychowywać go będzie babcia. Mama będzie karmić piersią, ojciec marszczyć brwi, jeśli dziecko zrobi coś nie tak, ale o tym, skąd wziął się księżyc i gwiazdy, jacy bohaterowie żyli w przeszłości, dlaczego zwierzęta nie mogą rozmawiać i o wielu innych sprawach opowiadać będzie babcia. Babcina miłość – to instynkt pomnożony przez doświadczenie, to tęsknota i delikatność, rodzące się z zetknięcia się starości z nowo narodzoną niewinnością.
Gdyby nie niania Puszkina, wątpliwe, czy czytalibyśmy bajki Aleksandra Siergijewicza. I gdyby nie babcia kniazia Włodzimierza, wątpliwe, czy przyjąłby on chrzest, a więc i nasza historia potoczyłaby się innym torem. Do właściwej sobie życzliwości Olga dodała znak krzyża. Patrząc na wnuka, z pewnością odmawiała modlitwę i to był pierwszy siew, który z czasem przyniósł bogaty plon.
Ruś przyjęła chrześcijańską wiarę w gotowej formie – jak oszlifowany diament w drogocennej oprawie bizantyńskiego obrządku. To zadziwiające, że ten skarb Pan powierzył narodowi niedoświadczonemu w ziemskiej mądrości i naukach, narodowi bez zapisanej historii i bez alfabetu.
Kiedy Bóg chce zrealizować swoje, skierowane w wieczność, plany, szuka na ziemi ludzi, którzy byliby mu w stanie pomóc. Jego wybór nie jest natychmiastowy. Jeśli to ludzie dokonywaliby tego wyboru, bez wątpienia popełnialiby błędy. Nie znają przecież tajemnic ludzkiego serca. W wypadku Rusi Pan także dokonał wyboru, niemożliwego z punktu widzenia prostego człowieka. Wybrał Włodzimierza.
Miłość do ziemskich rozkoszy, nałogi i zabobony wypełniały Włodzimierza od stóp do głowy. Ale jego jestestwo, jak rdzeń w drzewie, było zdrowe. Miał się przemienić, z poczwarki stać się motylem, i siłą żywego przykładu pociągnąć za sobą wszystkich poddanych. Bóg widział, że dusza kniazia jest mężna i nie fałszywa. Grzeszył, nie znając prawdy, ale po jej poznaniu był w stanie porzucić grzech. W kwestiach wiary i religijnej tożsamości kniaź dokonywał wyboru bez wystarczającej wiedzy religijnej i historycznej. Podejmował decyzję, kierując się wrodzoną inteligencją, zdrowym rozsądkiem męża stanu i intuicją.
Bóg w szczególny sposób troszczy się o książąt i królów, gdyż losy świata i życie milionów zależą od ich decyzji. To dotyczy też Włodzimierza, nawet kiedy był jeszcze poganinem i razem z całym narodem stał na historycznym rozdrożu.
Odmowę przyjęcia innych niż prawosławie wiar uargumentował być może naiwnie, ale była to sytuacja, o której Rzymianie zwykli mówić: „Pretekst błahy, przyczyna wielka”. Katolicy i muzułmanie zostali potraktowani odmownie z powodów daleko nie pryncypialnych. Tylko Żydom kniaź zadał pytanie, które było jednocześnie wielkim kontrargumentem: „Jeśli wasza wiara jest najlepsza, gdzie jest wasza ziemia, gdzie wasze państwo i dlaczego Bóg rozsiał was po całym świecie”? Ale, powtarzam, do odrzucenia innych wiar doszło nie w oparciu o słowa islamskich, żydowskich i zachodnich misjonarzy. Było to dzieło Bożej Opatrzności, dla której Włodzimierz był tylko narzędziem.
Spośród niepodzielonego wtedy chrześcijaństwa kniaź wybiera wschodni wariant. O ile nabożeństwa łacinników go nie poruszają, to bizantyńska Liturgia, przeciwnie, sprawia, że kupcy Włodzimierza zapominają gdzie są – na niebie czy na ziemi. Zachwyceni greckim nabożeństwem mówią, że najmądrzejsza z niewiast, Olga, nie wybrałaby prawosławia, gdyby nie było ono najlepszą wiarą. Kazanie greckiego misjonarza i ikona Sądu Ostatecznego, której treść wytłumaczył kniaziowi, dopełniły dzieła. Włodzimierz postanawia przyjąć chrzest.
Kniaź jednak ochrzcił naród bez wstępnego katechumenatu. „Kto nie przyjdzie nad Dniepr ochrzcić się, nie jest mi przyjacielem” – powiedział i po tych słowach trudno było znaleźć człowieka, pragnącego stać się wrogiem kniazia. U Leskowa w powieści „Na kraju świata” jeden z głównych bohaterów mówi, że „Włodzimierz pospieszył się, a Grecy wykpili się”. To znaczy, że Grecy pospiesznie ochrzcili naród, nie przekazując mu podstaw wiary. W tych słowach jest prawda, której nie sposób zaprzeczyć.
Ale prawdą jest także to, że Ruś polubiła nową wiarę. To co przyklejone z zewnątrz, po krótkim czasie odpadnie, a to co weszło do środka, pozostanie i ukorzeni się. Tak ukorzenił się w ruskim ludzie siew Włodzimierza i w krótkim czasie z nowo ochrzczonego narodu rodzą się herosi ducha – prawdziwi mnisi i asceci.
I tak Ruś została ochrzczona jak dziecko i potrzebowała dalszego nauczania i wzrastania w wierze. Za Jarosława Mądrego pojawiły się szkoły i biblioteki, przyszli wykształceni ludzie z Bułgarii ze słowiańskimi księgami, pojawiło się własne, ruskie duchowieństwo. Dzieło Włodzimierza znalazło naturalną kontynuację. Ale wkrótce przyszli Mongołowie i nastał kres wysokich lotów. Ruś, jakby w oczekiwaniu na swoją godzinę i swoją misję, przycicha na długie lata.
Dzisiaj my, bogaci w wiedzę i czujący odpowiedzialność przed Bogiem i przyszłością, powinniśmy potrudzić się na zasianej już niwie. Pod względem chrztów i nawróceń, odbudowanych i zbudowanych cerkwi i monasterów, nasze czasy zostały słusznie nazwane czasami „drugiego Chrztu Rusi”. Tylko że my, prawnukowie świętego Włodzimierza, powinniśmy postępować inaczej. Nie wystarczy budować cerkwie. Należy też uczyć ludzi wiary. Analfabetyzm w kwestiach wiary nabiera szczególnych cech. Włodzimierz robił to, co nakazał mu Bóg, to, co poczuło jego serce. Nie pomylił się, ale oczekuje, że potomkowie będą kontynuować jego trud.

o. Andrzej Tkaczew
tłum. Ałła Matreńczyk

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token