Numer 9(387)    Wrzesień 2017Numer 9(387)    Wrzesień 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Tak go pamiętam…
Raisa Kwiatkowska
18 września 1939 na Polesie weszli bolszewicy. No i zaczęło się. Opieczętowano dzwonnicę, wysiedlono proboszcza z domu parafialnego, aresztowano dzwonnika, diakona Sobolewskiego i katechetę Wieczorka, skonfiskowano dokumenty parafialne, na cerkiew nałożono ogromną kontrybucję. Parafianie na określony czas potrzebną sumę zebrali, dzięki czemu cerkwi nie zamknięto. Wielkim zaskoczeniem dla proboszcza była wizyta miejscowych Żydów: kupca Flaksmana, fotografa Globermana i dentysty Libmana, którzy przynieśli pokaźną kwotę w darze dla cerkwi.
Polskie szkoły zlikwidowano. Nasze gimnazjum przemianowano na dziesięciolatkę.
Z klas starszych wybrano uczniów znających język rosyjski i skierowano na dziewięciomiesięczny kurs pedagogiczny.
W styczniu 1940 roku wybrano z kursantów pięcioosobową grupę prymusów, w tym mnie, i skierowano na egzaminy wstępne do Pieduczyliszcza w Pińsku.
W Pińsku mieszkałam na stancji u niezapomnianych państwa Małkuszów. Odwiedzałam w tym czasie archimandrytę. Wydawał się jakby zastraszony. Bardzo ubolewał nad losem mojej mamy, wysiedlonej z Dworzyszcza, nad wandalizmem nowych jego mieszkańców.
Po likwidacji prawosławnego seminarium w Krzemieńcu Aleksander Niewdach, ten którego archimandryta wziął pod opiekę, wcześniej tam przez niego skierowany, otrzymał pracę na kolei i także zamieszkał w Pińsku. Jak mógł opiekował się chorującym już wówczas archimandrytą.
W końcu maja 1941 roku zdałam egzaminy i dostałam skierowanie na germanistykę do Lwowa. Pobiegłam do ojca Gieorgija pochwalić się mymi osiągnięciami, ale duchownego nie zastałam.
Aleksander powiedział: – Nie ma. I nie szukaj.
Co się stało? Aresztowany? Wywieziony? Dokąd? Daj adres, wyślemy paczkę.
– Nic nie wiem. O nic nie pytaj. – odpowiedział Aleksander, ale jego mina była nieprzenikniona, trochę bezradna, a trochę jakby kpiąca…
Podczas sowieckich rządów archimandrycie groziło wielkie niebezpieczeństwo – Rosjanin z arystokratycznej rodziny, uciekinier z bolszewickiej Rosji i do tego duchowny. Jednym słowem wróg ludu! Krótko przed 1 maja 1941 roku znajomi Żydzi ostrzegli Aleksandra o planach aresztowania ojca Gieorgija i okazali mu pomoc – brat łuninieckiego fotografa, Josel Globerman, pod osłoną nocy i w asyście Aleksandra przewiózł „popa Korienistowa”, jak go określiły władze, do hotelu. Tam umieszczono go w ślepym korytarzyku, zastawionym szafami z naczyniami. Aleksander zatrudnił się w tym hotelu jako nocny posługiwacz.
29 czerwca 1941 roku do Pińska wkroczyli Niemcy. Otworzono więzienia. Co tam ujrzano – przeszło ludzkie wyobrażenia – więźniowie ukrzyżowani na zakrwawionych ścianach, zmasakrowane, zakneblowane ciała młodych chłopców, obnażone i okaleczona ciała kobiet.
Do Łunińca Niemcy weszli 7 lipca o świcie. Rozśpiewani, weseli, dorodni. Ludzie wylegli na ulice, ciekawi obcych wojaków, jakże innych od żołnierzy sowieckich w postrzępionych szynelach, z karabinami na sznurkach i tymi strasznymi bagnetami skierowanymi w stronę przechodniów.
Po południu rozległy się cerkiewne dzwony. Ludzie przybyli licznie. Modliliśmy się: o pokój i o spokój, o zdrowie i przetrwanie. A następnego dnia – szok! Na dworcu kolejowym rozstrzelano wszystkich Żydów po-
wyżej 60. roku życia. Młodszym kazano sprzątać budynek dawnego urzędu starostwa pędzelkami do golenia i szczoteczkami do zębów…
Znaleziono spis ludzi, przeznaczonych do wywózki przez NKWD. Listę alfabetycznie otwierała ciocia Andrejewa Marija.
Arbeitsamt, czyli urząd pracy, skierował mnie do Deutsche Bahn, na kolej. Bez trudu mogłam pojechać do Pińska, aby dowiedzieć się czegoś o losie archimandryty Gieorgija. Chwała Bogu – żył! Był bardzo blady, na głowie i na brodzie pojawiły się srebrne nitki. Dzięki pomocy dobrych ludzi – doktora Jewsiejenki, cukiernika Grygorowicza i państwa Małkuszów – powoli dochodził do sił.
Prawosławna katedra w Pińsku była zamknięta od 25 września 1939 roku i częściowo zrujnowana. Biskup Aleksander – obłożnie chory. Nabożeństwa odbywały się w niewielkiej cerkwi św. Warwary.
We wrześniu 1942 roku od księdza Bekisza dowiedzieliśmy się o chirotonii archimandryty Gieorgija. Dlaczego nas nie zawiadomiono?! Niezwłocznie pojechałyśmy z mamą do Brześcia.
Zastałyśmy duchownego smutnego, zamyślonego, na nasz widok oczy zaszkliły mu się łzami. Mama płakała przez cały czas. O swojej chirotonii mówił niewiele. – Nie tak ją sobie wyobrażałem i nie z tych rąk ją chciałem otrzymać, ale wola Boża, łaska Jego nade mną…
Pokazał nam panagiję, którą otrzymał w czasie święceń biskupich – Chrystus w cierniowej koronie. Na widok tej panagiji mama zasłabła. Wśród łez powtarzała: – Aloszeńka, Aloszeńka, cierniowy wieniec nie opuści cię do końca życia. Teraz ty nasz аrchirej, błogosław nas.
Ucałowałyśmy panagiję i ręce biskupa brzeskiego i kobryńskiego Gieorgija.
W końcu czerwca 1944 roku, w czasie ewakuacji przed nadciągającym wschodnim frontem, w Brześciu dowiedziałam się, że w nocy odszedł na zachód pociąg, który wiózł katolickich i prawosławnych duchownych z Pińska i Brześcia.
10 lipca przejeżdżałam przez Warszawę. Z Dworca Wschodniego pobiegłam do siedziby metropolity Dionizego i tam dowiedziałam się, że ojciec Bekisz, ksiądz Andrej Łukaszewicz i kler z Brześcia razem z biskupem Aleksandrem są w Warszawie, zakwaterowani na Podwalu na Starym Mieście. Razem z nimi biskup Gieorgij i Aleksander.
Los gnał mnie na zachód, do Niemiec, do pięknego miasta Darmstadt w Nadrenii. Otrzymałam pracę w wielodzietnej rodzinie państwa Fischerów, jako opiekunka ich dzieci.
25 marca 1945 roku Amerykanie weszli do Darmstadt.
W sierpniu 1945 dowiedziałam się, że biskup Gieorgij razem z metropolitą Dionizym zostali ewakuowani z Warszawy na zachód. Przed granicą austriacką udało im się – przy wydatnej pomocy pana Aleksandra – wsiąść do pociągu jadącego z powrotem i wrócić do Warszawy.
W Wiesbaden dowiedziałam się, że biskup piński i poleski Aleksander zmarł nagle gdzieś w Bawarii.
27 sierpnia 1945 roku w prawosławnej cerkwi w Wiesbaden udzielono mi ślubu ze Stanisławem Kwiatkowskim, a w październiku tego samego roku wróciliśmy do Polski. Osiedliśmy w Bydgoszczy.
W lutym 1947 roku zdołałam nawiązać kontakt z moją mamą w Łunińcu i od niej dowiedziałam się, że biskup Gieorgij jest w Warszawie, a razem z nim także pan Aleksander. Napisałam natychmiast na adres metropolii w Warszawie i wkrótce otrzymałam odpowiedź od biskupa – z zaproszeniem. Niestety, wizyta musiała zostać odłożona na później, ponieważ oczekiwałam dziecka i bardzo źle znosiłam swój stan. Później opieka nad córeczką Ewą wstrzymała jakiekolwiek podróże.
Podjęłam pracę w szkolnictwie, musiałam nostryfikować mój sowiecki dyplom, rozpoczęłam studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Bydgoszczy.
 
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Raisa Kwiatkowska
fot. archiwum autorki


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token