Numer 9(387)    Wrzesień 2017Numer 9(387)    Wrzesień 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Stolica z widokiem na Ararat
Paweł Krysa
Z czym przeciętnemu Polakowi kojarzy się Armenia? Z Arką Noego, koniakiem, początkami chrześcijaństwa? Prawidłowo. Ale wszystkie te skojarzenia i tak skupiają się na Araracie. No bo i Arka tam osiadła, i najsławniejszy koniak tak się nazywa, i w końcu religia pierwszego chrześcijańskiego państwa świata narodziła się pod Araratem. Tyle tylko, że sama góra leży dziś w Turcji, tuż za turecko-ormiańską granicą, co dla całego narodu jest niewyobrażalnym wręcz dramatem.
Ararat to święta góra Ormian, w wymiarze narodowym i historycznym. To przecież tam wylądował Noe (fragmenty jego Arki można zobaczyć w Eczmiadzynie). Jeden z jego potomków – Hajk – stał się protoplastą narodu, dlatego też w języku ormiańskim Armenia to Hajastan. Dziś Ararat należy do Turcji i stanowi (obok rzezi Ormian w 1915 roku, w czasie której poniosło śmierć półtora miliona osób, i co określa się słowem ludobójstwo – genocide) główne źródło nienawiści.
W roku 2015 przypadało okrągłe stulecie ludobójstwa. Każdy Ormianin nosił więc w klapie niezapominajkę, a cała Armenia była oblepiona poruszającymi do głębi bilbordami. Z lewej data 1915, przybrana w typowy turecki fez i takie też wąsy. Z prawej rok 1939, z charakterystycznym kwadratowym wąsikiem i równie charakterystyczną, zaczesaną na prawo, czupryną. Treść wymowniejsza niż najbardziej opasłe naukowe tomisko.
Ararat widać nie tylko ze stolicy, ale dosłownie z całej zachodniej części kraju. A najlepiej chyba z miejsca, w którym narodziła się chrześcijańska Armenia. Jadę więc trzydzieści kilometrów, by dotrzeć do monasteru Chor Virap. Stoi tu już tysiąc siedemset lat, a jego otoczenie wciąż wydaje się nierealne. Szeroka, jedyna w Armenii, rozległa dolina, przedzielona granicznym płotem. Tuż przed nim wspomniany klasztor oraz ruiny jednej z dawnych stolic. Za płotem druga część doliny. Płaska jak stół, szeroka, rozłożysta. Najurodzajniejsze miejsce w tej części Kaukazu, w całości pokryte sadami, winnicami i ogrodami.
I nagle ponad tym wszystkim wyrasta niebotycznej wielkości góra. Nigdzie przed nią nie ma choćby pagórka, przedgórza czy tego wszystkiego, co w górach być powinno. Tylko równina jak okiem sięgnąć – i nagle góra. Wznosząca się łagodnie i majestatycznie, zakończona trójkątnym wierzchołkiem jak z dziecięcego rysunku, z czapą wiecznego śniegu na szczycie. Widok jest wprost nieziemski. Płasko, płasko i płasko, i nagle ponad cztery kilometry góry w pionie, uwzględniając fakt, że już jesteśmy na wysokości mniej więcej kilometra. Daleko z lewej towarzyszy jej wprawdzie Mały Ararat, ale ze swymi niespełna czterema kilometrami odpada już w przedbiegach przy pięciotysięczniku.
Zbliżam się do klasztoru jak zaczarowany, co chwila prosząc kierowcę, by się zatrzymał, bo chcę zrobić fotografię, bo zdjęcie Chor Virap z Araratem w tle legitymuje pobyt w Armenii.
Nazwa monasteru oznacza głęboką studnię. Nie służyła jednak do wydobywania wody, ale przetrzymywania więźnia. Dwanaście lub piętnaście lat (tu źródła się różnią) spędził w niej św. Grzegorz Oświeciciel, który w 301 roku doprowadził ówczesnego władcę kraju do uznania religii Jezusowej za powszechnie obowiązującą. Armenia stała się zatem pierwszym oficjalnie chrześcijańskim państwem świata.
Schodzę więc po długiej, kilkunastometrowej drabinie na dno kamiennej studni. Gdy lampa gaśnie, mrok robi się gęsty jak wata. Jedynie wysoko w górze delikatnie rozprasza go nikłe światełko, sączące się przez wąziutkie niczym szczelina okienko. Jak można tu było przeżyć tyle lat?
Wychodzę na zewnątrz. Promienie słońca oślepiają tak, że nawet spod przeciwsłonecznych okularów płyną łzy. Uciekam czym prędzej do głównej cerkwi. Jak każda w tym kraju jest ascetyczna i majestatyczna, piękna acz surowa, inspirująca i transcendentna. Jaka więc szkoda, że podobnie jak zdecydowana większość innych mieści tylko muzeum. Mnichów bolszewicy przegnali już dawno. Do dziś nie wrócili. Co prawda w niedzielę miejscowy duchowny służy tu Liturgię, ale na co dzień łatwiej spotkać rozwrzeszczane dzieciaki czy wszędobylskich turystów, niż modlących się wiernych. Siedemdziesiąt lat przymusowego ateizmu nie zaszkodziło specjalnie sąsiedniej Gruzji, lecz w Armenii poczyniło ogromne spustoszenia. Zapalam świece i mimo wszystko próbuję pogrążyć się w modlitwie. Potem siadam na murku i gapię się na Ararat. Nic się nie zmieniło. Nadal jest ogromny i jakby nierealny.
Godzinę później oglądam go z innej strony. Tym razem jest tłem majestatycznych ruin katedry w Zwartnoc (z VII wieku). W czasach swojej świetności była perłą architektury bizantyńskiej, nic więc dziwnego, że wraz z leżącymi obok, równie imponującymi, ruinami pałacu patriarchy znajduje się na liście UNESCO. Chor Virap zresztą też. Nie ma, niestety, takiej listy, na której można byłoby umieścić Ararat. Ten jest bowiem poza wszelką konkurencją. Widok jest tak obłędny, że nie przeszkadzają mi nawet turystki, zachowujące się jak rozwrzeszczane bachory.
Jakiś czas później gapię się nadal jak zauroczony na tę górę, tym razem w Sardarapacie. To miejsce bitwy, podczas której Ormianie pokonali Turków i w 1918 ogłosili niepodległość. Dziś cały ten teren stanowi narodowe mauzoleum. Nie bardzo kocham takie miejsca, wiem jednak, że sprawiłbym ogromną przykrość moim przewodnikom, gdybym je odpuścił. Siedząc na tarasie restauracji błogosławię ich jednak za to, że mnie tu przywieźli. To co mam przed oczyma, stanowi bowiem kwintesencję tego kraju, gdyż spoglądam na Ararat poprzez kwitnący morelowy sad. Bo właśnie morela jest jedną z ikon Armenii. Uprawiana tu od zawsze, w świecie znana od czasów Aleksandra Macedońskiego, który tak się drzewami morelowymi zachwycił, że nakazał obsadzić nimi całe swe imperium. Siedzimy więc przy wybornym posiłku, sącząc na zmianę surcz – ormiańską kawę – czarną, gęstą i słodką oraz narodową specjalność – tute – wódkę z morwy. Przed nosem morelowy Ararat, a twarze owiewa chłodny wietrzyk, choć poza strefą cienia temperatura przekracza trzydzieści.
Wracamy do stolicy. Erewań to jedno z najstarszych miast świata, liczące sobie blisko dwa tysiące osiemset lat. Trzydzieści lat starsze niż Rzym. Ale zabytków w zasadzie tu nie ma. Wszystkiemu winne ogromne trzęsienie ziemi z roku 1679. Miało siłę siedmiu stopni i zmiotło większość miasta. Można więc powiedzieć, że zbudowano je od nowa. I to dwa razy, bo dopiero w 1924 roku architekt Aleksander Tamanian nadał mu jego obecny wygląd. Wzorował się głównie na New Delhi. Miasto zyskało zupełnie mową formę. W miejsce składającej się z tysięcy ruder, bez ładu i składu zabudowanej starówki, powstało nowe centrum urbanistyczne. Jego wyznacznikiem jest ulica okrężna, swoisty ring, tak dobrze znany mieszkańcom Wiednia, Moskwy czy Mińska. Wszystko co poza nim to osiedla typowo mieszkalne. Wewnątrz znajdziemy natomiast szerokie aleje i ulice, z mnóstwem zieleni. Skwerów i parków jest naprawdę bez liku. Najbardziej jednak zachwycają budowle. Nie jestem historykiem sztuki i nie znam się na architekturze, ale czuję, że formą i charakterem nawiązują do tradycji. Zbudowano je z wulkanicznego tufu, miękkiego, lekko chropowatego, ciepłego. W efekcie budynki są ciemnopomarańczowe i lekko nakrapiane cętkami, niczym ptasie jajo. Efekt niepowtarzalny, wyrazistość niezwykła.
Ostatni dzień pobytu przeznaczam na erewańskie cerkwie. Jest ich wiele, ale wybieram cztery. Najstarsze, najcenniejsze, najważniejsze. Zaczynam od Kathogike, bo mam ją naprzeciw hotelu. Doprawdy dziwne to wezwanie. Pochodzi od słowa „katolicki”, czyli „powszechny”. Cerkiewka jest maleńka i bodajże najstarsza w stolicy, zbudowana tuż po wielkim trzęsieniu ziemi, z końcem siedemnastego wieku. Zachowane inskrypcje przypominają jednak o jej trzynastowiecznej poprzedniczce. Ale i ona nie była tu pierwsza. Wiadomo przecież, że fundamenty sięgają początków ormiańskiego chrześcijaństwa. Budowla była tak mała, że w Liturgii mogło uczestniczyć najwyżej kilkanaście osób, obudowano ją więc większą. Cały plac w czasach sowieckich obstawiono ciasno domami – cerkiew stała się niewidoczna. Ale i tak w 1935 bolszewicy postanowili wszystko zburzyć. Po rozwaleniu zewnętrznych murów, ujrzeli małą cerkiewkę. W mieście, w którym nie zostały się prawie żadne zabytki, stanowiło to nie lada odkrycie. Ormiańscy uczeni stanęli wtedy na wysokości zadania i doprowadzili do cofnięcia fatalnej decyzji. Dziś Kathogike znów stoi w towarzystwie dużej cerkwi, którą tym razem dobudowano za jej plecami. Całość stanowi niepowtarzalny kompleks: maleńka i stareńka babcia w towarzystwie dużej, młodziutkiej wnuczki. Urok tego miejsca powala szczególnie nocą, gdy reflektory wydobywają z obydwu to co najpiękniejsze.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa
fot. autor

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token