Numer 10(388)    Październik 2017Numer 10(388)    Październik 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Tak go pamiętam…
Raisa Kwiatkowska
31 grudnia 1946 roku biskup Jerzy Korenistow został oficjalnie przyjęty do Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. 30 czerwca 1948 został mianowany biskupem łódzkim i wrocławskim i wikarym diecezji warszawsko-bielskiej. W 1951 roku ze Związku Radzieckiego przybył do Polski biskup Makary Oksijuk, który został metropolitą. Po reorganizacji administracyjnej w 1958 roku biskup Jerzy objął jako ordynariusz diecezję łódzko-poznańską, a jednocześnie został zastępcą metropolity Makarego. Metropolita Makary w 1960 roku wrócił do Związku Radzieckiego, gdzie zmarł w roku następnym w Odessie.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić sytuację Cerkwi i jej wiernych w Polsce w tamtych czasach.
Władykę Gieorgija napawała radością młodzież napływająca do prawosławnego seminarium. Młodzi chłopcy przybywali z bardzo odległych wsi, taszcząc ze sobą bochenek wiejskiego chleba, worki ziemniaków, owoce, czasem osełkę masła czy gomółkę twarogu. Tam dzielili się z tymi, którzy nie mieli nic. Wielką troską napawała władykę sytuacja monasteru w Jabłecznej – rozpadające się budynki gospodarcze, cerkiew św. Onufrego pilnie potrzebująca remontu, brak chętnych do zakonu. Mimo zmartwień zwykł mówić: – Bóg nas doświadcza. Na wszystko – Jego wola. Pracujmy, nie narzekajmy.
Po osiedleniu się w Łodzi w 1947 roku, jako proboszcz prawosławnej parafii, a od 1948 jako biskup diecezji łódzko-poznańskiej – został otoczony opieką rodziny pana Aleksandra Niewdacha. Żona Aleksandra dbała o posiłki i wszelkie wygody. Był ich domownikiem, ojcem chrzestnym starszego syna. Społeczność prawosławna Łodzi przyjęła biskupa Jerzego bardzo serdecznie. Czekała go ogromna praca. Nowo utworzona diecezja wymagała wiele taktu i dyplomatycznych umiejętności w podejmowaniu nierzadko trudnych decyzji. Zorganizowanie urzędu biskupiego pochłonęło dużo czasu. Nowe parafie oczekiwały rad i wsparcia – zarówno duchowego, jak i materialnego. Kontakty z władzami świeckimi nie zawsze układały się pomyślnie. Na szczęście prawosławne duchowieństwo w Łodzi okazało wielkie serce i gotowość pomocy swojemu biskupowi.
Wielu obywateli Łodzi pochodzenia rosyjskiego, od dziesiątków lat przebywających w Polsce, zostało wywiezionych decyzją NKWD w głąb ZSRR. Prawosławna parafia zorganizowała sierociniec dla pozostawionych dzieci i starała się zapewnić opiekę często niedołężnym już rodzicom wywiezionych. Cerkiew Aleksandra Newskiego zawsze była zapełniona wiernymi. Chór katedralny działał sprawnie, a nabożeństwa celebrowane już przez arcybiskupa Jerzego przyciągały dodatkowo przejmującymi homiliami, jak zawsze wygłaszanymi cichym, ciepłym głosem.
Po raz pierwszy pojechałam do Łodzi w marcu 1960 roku – sześćdziesięciolecie arcybiskupa! Łódzka społeczność prawosławna z wielką serdecznością uczciła jubileusz swego władyki, choć – ze względu na czas postu – uroczystości były dosyć skromne. Oprócz kwiatów było wiele życzeń, przede wszystkim zdrowia i jeszcze raz – zdrowia. Goście zjechali z różnych stron – ojcowie Eugeniusz Lachocki z Krakowa, Jerzy Klinger z Poznania, Eugeniusz z Torunia, Jarosław Tyczyno z Jeleniej Góry, a z Warszawy Mikołaj Lenczewski i Aleksy Znosko.
Przyjechałam z córkami, trzynastoletnią Ewą i ośmioletnią Tamarą. Po nabożeństwie i wspólnym obiedzie z jubilatem zostałyśmy zaproszone na prywatne pokoje. Moje dziewczynki spodobały się dalekiemu kuzynowi – poprawnie mówiły po rosyjsku, orientowały się w historii prawosławia. Władyka był tego dnia nadzwyczaj rozmowny. Interesowało go nasze życie rodzinne, pytał o mojego męża. Powiedziałam, że jest członkiem PZPR. Opowiadałam dużo o naszych pracach zawodowych, o społecznych, o fascynacji męża skautingiem. Na pożegnanie otrzymałyśmy niedużą ikonkę w pięknej srebrnej koszulce.
Od tego roku bywałam w Łodzi dosyć częstym gościem. Zaprzyjaźniłam się z żoną Aleksandra, Wierą, a ich synowie – Aleksander i Włodzimierz – szczerze pokochali ciocię Raję Kwiatkowską.
W 1966 roku udałam się – już tradycyjnie – na wielkanocne rekolekcje do Łodzi razem z córkami. Władykę Jerzego bardzo interesowało życie parafii bydgoskiej. Opowiadałam o fatalnej sytuacji lokalowej, o trudnościach duchownego, ojca Włodzimierza Parfiena, przybyłego z Białostocczyzny. To była jego pierwsza samodzielna placówka. Pod koniec rozmowy władyka wyraził nadzieję, że wkrótce nadarzy się okazja do odwiedzenia bydgoskiej parafii. Spontanicznie i bez chwili wahania w imieniu prawosławnej społeczności zaprosiłam arcybiskupa Jerzego do Bydgoszczy. I już w maju tego roku mieliśmy zaszczyt gościć arcybiskupa w naszej skromnej świątyni.
Liturgię celebrował arcybiskup Jerzy w asyście proboszcza, o. Włodzimierza Parfiena i przybyłego z Torunia o. Eugeniusza. Chórem dyrygował młody psalmista Włodzimierz Jakubowski. W kazaniu władyka mówił z pełnym uznaniem o zaangażowaniu społeczności prawosławnej w utrzymanie parafii, o jednoczeniu się wiernych wokół cerkwi. – Wielu z was dola wygnała z rodzinnych progów. Jesteście enklawą między innowiercami. Trwajcie w wierze waszych przodków. Uczcie swoje dzieci prawosławia.
Po wspólnej z parafianami agapie w restauracji „Pod Orłami” władyka przyjął zaproszenie na podwieczorek do naszego domu. I tu nastąpiło curiosum – mój mąż, sekretarz powiatowy PZPR, zaprasza do służbowego samochodu z kierowcą prawosławnego biskupa i wiezie go do swojego domu!
Zanim zasiedliśmy do stołu, władyka poprosił o wodę święconą. Przed ikoną odmówił stosowne modły za pomyślność domu, zdrowie jego mieszkańców i zaintonował mnogaja leta. Aleksander, Wiera, Ewa i ja, połykając łzy wzruszenia, dołączyłyśmy nasze drżące głosy. Przy pożegnaniu władyka zwrócił się do mojego męża, Stanisława: – Proszę opiekować się Raisą. Dużo trudności przezwyciężyła. Proszę jej pomagać trwać w wytyczonym celu, aby jej przodkowie, tam w niebie, nie czerwienili się za nią.
I mój mąż, katolik z urodzenia, z wyboru „pezetpeerowiec”, po błogosławieństwie ucałował dłoń prawosławnego biskupa…
W latach 60. wakacje spędzałam w Łunińcu. Po powrotach, podczas odwiedzin w Łodzi, opowiadałam władyce o życiu tamtejszej parafii. Był bardzo uradowany powrotem Mitrofana z zesłania na Sybir, dużą liczebnością parafii, ubolewał nad zamknięciem cmentarza, nad pracą ponad siły ojca Mikołaja Janowskiego…
Władyka Jerzy był wrażliwy na muzykę. W muzyce religijnej, cerkiewnej nie uznawał nowatorskich nurtów i przeobrażeń. Uwielbiał słuchać chorału gregoriańskiego. Ale lubił też muzykę klasyczną. W październiku 1967 roku nieoczekiwanie dostałam od niego zaproszenie na premierę „Kniazia Igora” Borodina, inaugurującą otwarcie nowego Teatru Wielkiego w Łodzi. Oczywiście pojechałam. Był także Aleksander z żoną, dyrygentka chóru katedralnego Wala Dubrowina i jej siostra Lidia, psalmistka. Dyrektor Teatru z wielką atencją prowadził arcybiskupa do wyznaczonej loży, a w antrakcie wizytował, pytał o wrażenia i uwagi, których uważnie wysłuchał. Po zakończeniu przedstawienia, żegnając arcybiskupa, wręczył mu honorową kartę wstępu do łódzkiego Teatru Wielkiego.
Mijały lata. Ewa po zakończeniu studiów podjęła pracę w szkolnictwie. Poznała młodego człowieka, katolika, także pedagoga. Wkrótce postanowili się pobrać. Młody człowiek nie stwarzał problemów religijnych, a że autorytet władyki Jerzego był w naszej rodzinie ogromny, postanowiono pojechać do Łodzi, by prosić władykę o błogosławieństwo na ślub. W tym czasie świątynia bydgoska była nieczynna, wobec tego z radością przyjęto propozycję, aby ślub młodych odbył się w katedrze łódzkiej. Byłam szczęśliwa, to przecież okazała świątynia, a nie ciasna przybudówka zaadoptowana na Dom Boży.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Raisa Kwiatkowska
fot. wikipedia

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token