Numer 10(388)    Październik 2017Numer 10(388)    Październik 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Swój czy obcy?
oprac. Anna Radziukiewicz
O. Jarosław Jóźwik jest jednocześnie proboszczem parafii w podbiałostockim Topilcu, leżącym nad Narwią. Odwołał się do przykładu własnej parafii i zmiany w niej stosunków w demografii na linii katolik – prawosławny. Mówił o wsi Zaczerlany. Przed wojną wszyscy jej mieszkańcy byli prawosławni. I jedynie na kolonii osiedliła się jedna rodzina katolicka. Po wojnie, a w zasadzie po strasznych latach tużpowojennych, kiedy prawosławnych potraktowano jako obcych, choć od wieków żyli na tej ziemi, w Zaczerlanach zamieszkali sami katolicy i jedynie niedawno osiedliła się na kolonii jedna prawosławna rodzina. Lustrzane odbicie. – U nas wszyscy prawosławni rozmawiają po polsku – mówił o. Jarosław. Po wojnie zaczęli się bać mówić „po swojemu”, nawet za ścianą swego domu. Jedna rodzina przyjechała po wojnie ze wschodu i osiedliła się w naszej parafii. Dziadek z tej rodziny chodził i śpiewał białoruskie pieśni. Zamilkł, kiedy synowa mu rzekła: „Póki ja tu będę mieszkać, ruskiej mowy w tym domu nie będzie”. Byłem z młodzieżą na obozie w Jacznie na Sokólszczyźnie, a tam wszyscy, choć zdecydowana większość to katolicy, rozmawiają po swojemu, czyli białorusku. Nie byli tak po wojnie zastraszeni. W naszej parafii w Topilcu ciągle trwają procesy asymilacyjne. Kiedy ludzie sprzedają swoje siedliska, nie patrzą, kto kupuje, tylko ile da. Czasem z matuszką zastanawiamy się, czy dojdzie do tego, że zostaniemy w parafii, jako prawosławni, sami. Od jedenastu lat, od kiedy tam służę, po raz pierwszy w tym roku osoba katolicka przyjęła prawosławie, wchodząc w związek małżeński. Zawsze było na odwrót – prawosławni przyjmowali katolicyzm. Żeby nie czuć się obco? Żeby pozbyć się problemu?
O. Jarosław prosił najpierw o wypowiedzi poszczególnych panelistów, na temat swój-obcy, zanim rozgorzała dyskusja.
Anna Radziukiewicz mówiła o tym, że udało jej się jeszcze wyrosnąć w pokoleniu, które dzieliło świat na ruski i polski. Wszystko było jasne, poukładane. Ruski to był swój, cerkiewny, bliski, a polski – to ten dalszy, nie zawsze ruskiemu życzliwy. Aż ruski zaczął migotać różnymi znaczeniami, bo powiedziano mu, że wcale nie jest ruski, tylko białoruski, ukraiński, łemkowski, poleski nawet czy bojkowski. I powiedziano mu, że polski może być prawosławny, a ruski wcale prawosławny być nie musi. To powodowało pękanie monolitu ruskiego świata. I opozycja swój-obcy zaczęła wyrastać nawet wewnątrz tego świata, jak teraz, nawet krwawa, między Rosjanami i Ukraińcami, czyli według powszechnego pojmowania jeszcze poprzedniego pokolenia, między Ruskimi. Ruski wśród swoich zaczął się czuć obco. Kolejne pytanie Anny Radziukiewicz dotyczyło stwierdzenia noblisty Czesława Miłosza, który w „Rodzinnej Europie” pisał, że Polacy nie wiedzieli w okresie międzywojennym, co robić z tą sztucznie przez nich wyhodowaną białoruskością. Zastanawiała się więc, na ile rozwój ruchów białoruskich czy ukraińskich był w końcu XIX wieku inspirowany przez Polaków czy dwór wiedeński, w ramach którego pozostawała wtedy część obecnych ziem ukraińskich. Na ile innym zależało na rozbiciu ruskiego monolitu, tym samym zasianiu wewnątrz niego wrogości, podziału na swój-obcy.
– Teraz funkcjonujemy jako świat podzielony, z coraz bardziej wybujałymi nacjonalizmami. Przestaliśmy w ogóle istnieć jako Ruś. Żadne państwo nie zachowało w swojej nazwie słowa Ruś, za wyjątkiem Białorusi, ale też w drugim członie i pisane z małej litery. Nie wiem, kto i kiedy Rusinów z Podkarpacia nazwał Łemkami. Wiem tylko, że nawet w tej małej grupie etnicznej nieustannie tli się konflikt między Łemkami prawosławnymi i Łemkami unitami, choćby rozpalony ostatnio na Świętej Górze Jawor. Tam też wewnątrz Rusinów wyrosło owe „swój-obcy”. Rozdrabniamy się i jesteśmy coraz słabsi. Poddajemy się procesom bałkanizacji. Tak, taki termin wymyślono, by nazwać rozdrobnienie i konflikty, ubożenie i osłabienie. Spójrzmy na Czarnogórę. Kiedyś mieszkali tam Serbowie. Teraz ci sami Serbowie, pod wpływem obcej propagandy, nazywają siebie Czarnogórcami. Ten 600-tysięczny naród jest podlewany sosem niechęci, bywa i nienawiści, wobec Serbów. Znów wyrósł nowy mur „swój-obcy” – kończyła Anna Radziukiewicz. I dodała, że najważniejszym spoiwem dla Ruskich jest prawosławie i że zdaniem choćby takiego współczesnego historyka, jak prof. Piotr Tołoczko z Kijowa, bardzo wcześnie, tuż po chrystianizacji Rusi, zaczęto utożsamiać ruskość z prawosławiem.
O. Jarosław poprosił następnie o wypowiedź Jana Stradomskiego.
– Moje doświadczenie jest zupełnie inne – mówił slawista z Krakowa. Jestem łacinnikiem. Urodziłem się w środkowej Polsce. I Bóg mi dał do wykonania pewne zadanie. Podczas studiów slawistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim miałem kontakty z kulturą bałkańską i ruską Rzeczypospolitej. Spotkałem swojego mistrza, profesora Aleksandra Naumowa, który wskazał mi drogę. Zanim do tego spotkania doszło, uległem licznym głosom, mówiącym o słabości kultury ruskiej w Rzeczypospolitej, o jej upadku, a tym samym, że zbawieniem dla niej, jedynym lekarstwem, jest wzięcie jak najwięcej z kultury łacińskiej. Uległem w pewnym stopniu tym stereotypom, z prostej przyczyny – byłem studentem, a przemawiały do mnie autorytety. A ich głos się szanuje. Więc pojmowałem wtedy, że kultura ruska jest obca w Rzeczypospolitej i należy ją oswoić poprzez latynizację. Ale jednocześnie rósł we mnie niepokój – skoro kultura ruska jest tak słaba i tak zacofana – pytałem – to skąd ta zajadłość wśród łacinników, ten atak na nią, trwający zwłaszcza przez dziesięciolecia XVI wieku, a i potem niewiele słabnący. Przecież, gdy pewien model kultury jest słaby, chyli się ku upadkowi, to zasadniczo możemy go zostawić. Niech umrze w zaciszu skansenu historii.
Zacząłem studiować stare rękopisy cerkiewnosłowiańskie. I pojawiła się pewna wizja. Są dwa modele kultury – stwierdziłem. Jeden właściwy dla świata prawosławnego, drugi – łacińskiego, oba dynamiczne, każdy osadzony na zupełnie innych kryteriach. Wiedziałem, że wzajemna nieznajomość i nieumiejętność porozumienia się na poziomie kultury prowadzi do konfliktów, ostrych sporów, do dzielenia na swój i obcy. Przekopałem się przez ogromną ilość literatury polemicznej, odkładając na bok wszelkie emocje. Badałem też kwestie asymilacji, czyli wchłonięcia, przejęcia jednego modelu kultury przez drugi.
Andrzej Sadowski: – Nie do końca zgadzam się, że asymilacja to wchłonięcie. Są zwykle etapy asymilacji. Jest asymilacja strukturalna, czyli wejście do jakiegoś zawodu, szkoły. Ale jest i asymilacja identyfikacyjna, czyli mogę być wszędzie, ale czuć się sobą. I jest asymilacja osobowościowa, czyli moje zachowanie jest absolutnie zgodne z nową grupą, która mnie wchłonęła. Po drugiej wojnie powinno zostać zbadanych kilka kwestii, bo bez nich nie zrozumiemy zagadnień asymilacyjnych wśród prawosławnych. Na przykład przejście ze wsi do miasta, miejsca obcości, czyli do języka polskiego, kultury polskiej, katolicyzmu. Tyle że ów stopień obcości nie był taki wysoki. W pierwszej fazie następowało ukrywanie swojej inności, więzi, rezygnacja z własnej kultury, języka, wiary. Laicyzacja pomagała ukryć wyznanie. Jednocześnie istniały w mieście siatki powiązań między swoimi, na przykład ludźmi, którzy przyjechali z tej samej wsi. Bardzo ważna była tolerancyjna postawa Cerkwi wobec takich zachowań wiernych, jej elastyczność. To pozwoliło wielu na stabilizację ich tożsamości w dłuższym okresie. Po latach 80. następowały masowe powroty do prawosławia, w sensie ujawniania swojej tożsamości, wcześniej ukrywanej. Taka narastająca tożsamość to było małe zwycięstwo prawosławia, to było pokazanie siebie w mieście, także w nowoczesnych strukturach, również politycznych, o czym wcześniej nie było mowy.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

oprac. Anna Radziukiewicz


Od redakcji: Nie sposób podsumować desykusji, czego i nie podjął się, słusznie, o. Jarosław Jóźwik. Zdania były zbyt rozbieżne.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token