Numer 11(389)    Listopad 2017Numer 11(389)    Listopad 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Milczenie Boga - O 118 psalmie
Metropolita Limassol Atanazy
Dla Pana czas już jest działać: pogwałcili Twoje prawo (Ps 118,126) Może to oznaczać, że nadszedł czas uczynić coś dla Pana. Właściwe tłumaczenie jest jednak inne: „Dla Pana także nastał czas działać”. Doświadczenie człowieka to potwierdza: każdy człowiek w swoim życiu doświadcza wielkiej tajemnicy – tajemnicy milczenia Boga.
Często wydaje się nam, że Bóg milczy, jest nieobecny. Często chcemy, by Bóg coś zrobił, ale On pozwala wydarzeniom się rozwijać, a ten rozwój może być dla nas tragiczny,
Może przytłaczać nas niesprawiedliwość, może nas dopaść nieszczęście, ale mimo to Bóg milczy, nie interweniuje.
Oczywiście w człowieku rodzi się bunt, jakby chciał powiedzieć Bogu: „Dlaczego nic nie robisz? Dlaczego nie interweniujesz i nie zatrzymasz tej niesprawiedliwości, przecież ją dostrzegasz, widzisz, że jest przeciwna Twemu prawu”? Bóg jednak milczy.
Bóg zawsze tak postępował. Rozstrzygał swoje sprawy w milczeniu. Zjawiał się na świecie, ale jednocześnie jakby był nieobecny w tym co dzieje się na tym świecie i to nie tylko w życiu osobistym człowieka, ale nawet w życiu Cerkwi.
Kiedy czytamy żywoty świętych, a zwłaszcza męczenników, widzimy, że chrześcijan prześladowano, że niektórzy krwią płacili za swoją wiarę, były czasy, kiedy wydawało się, że Cerkiew lada moment upadnie, że wrogowie Cerkwi osiągnęli apogeum potęgi, mocy i chwały, a Cerkiew jest u kresu bezsilności i poniżenia. Ktoś mógłby powiedzieć: „Dlaczego Bóg nie interweniuje, dlaczego wrogom Cerkwi sprawy układają się dobrze, a nam jest coraz gorzej i gorzej”. Dlatego, myślę, że nas, posłańców, Bóg postawił jako ostatnich, jakby skazanych na śmierć, staliśmy się bowiem hańbą dla świata – dla aniołów i ludzi (1 Kor 4,9). Ostatnimi ludźmi, najbardziej poniżonymi, okazaliśmy się my, apostołowie.
Bóg tak działa w naszym życiu. Chce w ten sposób zmienić sposób naszego myślenia, chce, żeby włączyło się w nas pokajanije, nastąpiła zmiana sposobu myślenia, żebyśmy odeszli od świeckiego i weszli w Boży sposób myślenia, który jest ofiarą, miłością i kenozis (samouniżenie Boga) za innego człowieka.
Zastanówcie i zobaczycie, że Bóg w swym ziemskim życiu postępował tak, kiedy został złapany, oddany w ręce ludzi i poniżył siebie w najbardziej poniżający sposób. Wtedy Chrystus powiedział do św. Piotra, który chciał go ratować: – Myślisz, że nie mogę siebie obronić? Jeśli zechcę, zbiorę tutaj 12 tysięcy aniołów, żeby mnie obronili, ale nie chcę tego i nie potrzebuję ludzkiej obrony. Dobrowolnie idę na śmierć, nie sprzeciwiając się temu, co się dzieje.
Podobnie dzieje się w życiu każdego z nas, wszystkich bez wyjątku, wtedy w duszy rzeczywiście rodzi się poczucie, że Bóg już dłużej nie może milczeć: „Boże, zrób coś w końcu! Powstań, przebudź się!”.
W Wielką Sobotę śpiewamy Woskresni, Gospodi, sudi ziemli, ale to nie znaczy, że Chrystus wtedy zmartwychwstał. Jest to modlitwa Cerkwi, prośba do Boga, by zmartwychwstał: „Powstań, w końcu zmartwychwstań, nie bądź tak milczący, poniżony, ukryty w Grobie”. To oczekiwanie człowieka, nasze oczekiwanie, na to, żeby coś się stało. I dobrze, że nie jesteśmy bogami. Przecież w ciągu kilku minut wywrócilibyśmy świat do góry nogami! Osądzilibyśmy wszystkich i posadzili na ławie oskarżonych – po ludzku!...
Przypominam sobie, że kiedy byłem młodym diakonem, zareagowałem w podobny sposób. – Co to ma znaczyć?! Ten człowiek powinien zostać ukarany, trzeba postawić go na swoje miejsce, niech poniesie jakąś karę!
Starzec słuchał mnie, kiwał głową i niczego nie mówił. A ja dorzuciłem któreś z popularnych słów, które wypowiadamy, kiedy wypełnia nas poczucie niesprawiedliwości. Następnego dnia, podczas Liturgii odczytano Ewangelię, w której mówi się, jak pewnego razu Chrystusa wypędzono z miasta i On odszedł, a uczniowie powiedzieli mu: – Nauczycielu, chcesz, pomodlimy się, żeby ogień zszedł z nieba i spalił ich? (Łk 9,54). Przecież oni ciebie prześladują!
A Chrystus odparł im: – Nie wiecie, jakiego jesteście ducha! Jeszcze nie zrozumieliście, jakiego wy jesteście ducha, a jakiego ja. Przyszedłem nie po to, żeby niszczyć dusze ludzkie, ale zbawiać ludzi (Łk 9,55-56).
Jak tylko przeczytałem Ewangelię, starzec zatrzymał mnie w cerkwi i powiedział: – Przeczytaj to jeszcze dwa-rzy razy, żebyś najpierw sam zrozumiał, a potem także inni.
Rzeczywiście, to wielka sprawa – zmienić sposób myślenia, odstąpić od świeckiej i wejść do Bożej sprawiedliwości, gdzie Bóg działa zupełnie inaczej, jak Ojciec, który pragnie zbawić wszystkich ludzi, nawet diabła. A my funkcjonujemy jak ludzie pragnący wprowadzenia swojej sprawiedliwości.
– Spójrz, on mnie męczy, tyranizuje, zagraża memu życiu, miarka się przebrała! Nie wytrzymuję, już dłużej nie mogę, zamknij mu usta! Albo schwyć za gardło! No dobrze, nie mówię przecież: „Zabij go”, ale jeśli umrze, po nim nie zapłaczę.
W żywocie św. apostoła Karpa, który żył w Rzymie i głosił Ewangelię, mówi się o pewnym heretyku – kłamcy, udającym chrześcijanina, krasomówcy i zręcznym szarlatanie, cały czas sprawiającym apostołom trudności i przeszkadzającym w głoszeniu Ewangelii. Chrześcijanie chcieli zrobić coś dobrego na duchowej niwie, a on wszystko im zaprzepaszczał, i oni, jak to ludzie, zareagowali na to z oburzeniem.
Podczas modlitwy św. ap. Karp ujrzał otchłań, nad którą wisiał niszczący dzieło Cerkwi heretyk. Heretyk drżał i cały się trząsł, a otchłań w każdej chwili gotowa była go pochłonąć.
– No nareszcie – powiedział do siebie św. apostoł Karp. – Niech sobie tam wpadnie, żebyśmy w końcu mogli swobodnie odetchnąć! Jak długo będzie nas jeszcze męczyć, on nas po prostu zamęczył!
Jak tylko wypowiedział te słowa, ujrzał przed sobą ukrzyżowanego Chrystusa, który mu powiedział: – Popatrz, jestem gotów znowu dać się ukrzyżować za tego człowieka. A ciebie, jeśli nadal będziesz tak mówić, skieruję do tej otchłani. Jeśli będziesz nadal tak myśleć, nie zrozumiesz, kto jest Moim Duchem i jakiego powinieneś mieć ducha!
To rzeczywiście trudne, ale Cerkiew poprzez swoje uzdrawiające działania dokonuje tej zmiany, a nade wszystko dokonuje tego Bóg, który postępuje wedle swego rozeznania i w ostatecznym rozrachunku nam pomaga. Czasami mijają długie lata, a Bóg w ogóle nie mówi i pozwala człowiekowi się męczyć, dopóki ten nie zmieni swego stylu życia. I my chcemy, żeby Bóg w końcu powstał i ukrócił nasze udręki.
Przede mną leży jeszcze jeden niepublikowany tekst. Kiedyś pewna rodzina pojechała do Essex w Anglii do starca Sofroniusza (Sacharowa), świętego człowieka, który opisał życie św. Sylwana Atoskiego, współczesnego świętego. Ci ludzie mieli ogromny problem z dzieckiem, chorym na wrodzoną nieuleczalną chorobę, i nieśli naprawdę ciężki krzyż.
Poszli do starca Sofroniusza, zapłakali, opowiedzieli o swoim bólu i nieszczęściu, poprosili, by powiedział im kilka słów. Po modlitwie, z ogromnym współczuciem, opowiedział im historię ze swego życia, którą zapisali. Potem pokazali mu notatki, a starzec napisał: „Dokładnie tak mówiłem”.
Sofroniusz był Rosjaninem, nienagannie mówił po grecku. To nieduży tekst, który opowiada o jego własnej życiowej drodze. Przeczytam wam, żebyście zobaczyli jak dramatycznie przeżywali święci to milczenie Boga w swoim życiu, ale to okazało się kluczem, który otworzył im drzwi do świętości.
A starzec im powiedział: „57 lat noszę riasę i wydaje mi się, że starałem się nie być niedbałym wobec mego zbawienia, z wielkim strachem i łzami zawsze modliłem się do Boga, żeby stał się dla mnie słońcem, żeby wybaczył mi wszystkie grzechy i nie odsunął mnie od swego podnóża.
Starałem się, w miarę swoich sił, nie obrazić nikogo na ziemi i pragnąłem, żeby Pan szybciej dał mi odwagę służenia ludziom, nie oczekując od nich żadnej rekompensaty – ani materialnej, ani duchowej, ale jedynie od Boga pragnąc łaski odpuszczenia grzechów. I cały czas nie zaznawałem ani pokoju, ani bezpieczeństwa, ale zawsze odczuwałem obok siebie jakieś niebezpieczeństwo, albo co najmniej nieprzyjazny stosunek do mnie.
Cokolwiek bym zaczynał, nawet najmniejszą sprawę, niemal zawsze napotykałem na ogromne przeszkody. Drzwi tego świata, niemal wszystkie, były przede mną zamknięte.
Zestarzałem się i mimo wszystko nie zrozumiałem sensu wszystkich tych doświadczeń – czy są one przejawem gniewu Bożego w stosunku do mnie, czy coś innego dzieje się w moim życiu? Nie mogłem tego zrozumieć. Wielokrotnie prosiłem Boga, żeby odkrył przede mną, dlaczego wszystko idzie nie tak, ale Bóg odpowiadał mi milczeniem.
Z tego wszystkiego, co wam powiedziałem, zrozumiecie, że nie jestem w stanie objaśnić wam tego dramatycznego doświadczenia, które jest waszym udziałem, ale zawsze będę was wspominać w swoich modlitwach z miłością i współczuciem”.
I kończy: „Trudno jest nam oskarżać Boga i usprawiedliwiać siebie. Ale tak samo niełatwo uczynić coś przeciwnego, niczym przyjaciołom Hioba, którzy zapragnęli zostać rzecznikami prawdy Bożej, zapominając o tym, przez jakie straszne męki przechodził Hiob”.
Ale znowu, mówi starzec, niełatwo jest powiedzieć: „Jesteście winni, a Bóg niewinny!”. Zostać adwokatami Boga i powiedzieć cierpiącemu człowiekowi: – Wiesz, Bóg nie jest winny, ale ty jesteś winien i dlatego cierpisz to wszystko!
„Innymi słowy, są dwa stanowiska.Pierwsze: „Jestem niewinny, winien jest Bóg, który mnie męczy i dręczy, ponieważ jest rozgniewany!”. I drugie: „Jestem winny, a Bóg niewinny!”. Ale oba stanowiska są trudne. W pierwszym nie możesz przypisać Bogu wszystkich trudności i kłopotów, przez które przechodzisz, w drugim nie możesz przypisać ich sobie, i tak już cierpiąc, nieść jeszcze jedno brzemię, a dokładniej to, że sam jesteś wszystkiemu winien, tzn. zostać adwokatem Boga” – mówi starzec Sofroniusz.
I kończy następującym słynnym zdaniem: „Dlatego Bóg milczy, milczmy i my”.
Myślę, że to bardzo mocny tekst. Wszystkie teksty i słowa starca Sofroniusza są tak mocne. A to słowo, które było jego żywym słowem adresowanym do ludzi, po prostu znalazłem, przechowywane bowiem było w monasterze do osobistego użytku i poprosiłem, żeby zrobiono mi kopię.
Rzeczywiście, jakie to typowe dla naszego życia! Na każdego z nas, bez wyjątku nadchodzi taki czas, kiedy przechodzimy przez takie trudności, kiedy nawet nie wiemy co powiedzieć. Czy wziąć na siebie brzemię odpowiedzialności? Ale go nie udźwigniemy. Nie jesteśmy w stanie go nieść. Już i tak mamy tyle problemów, że nie wytrzymujemy ich ciężaru. Czy też przypisać je Bogu? Ale i to jest ciężkie, tego też nie jesteśmy w stanie uczynić. Cóż więc wtedy czynimy? Robimy to, o czym mówi starzec Sofroniusz: „Bóg milczy, milczymy i my”. Powierzamy życie swoje w ręce Boga z wielkim zaufaniem. To to, co ogłaszamy podczas Liturgii: Sami siebie i drug druga i wieś żywot nasz Christu Bogu predadim. Samych siebie, wszystkie nasze sprawy, całe życie swoje przekażmy w ręce Chrystusa, żeby osiągnąć spokój, żeby przestać gryźć się nawzajem, prowadzić wojnę, walczyć z Bogiem.
Dlaczego mi się to przytrafia? Ileż kłopotów, ileż męki, ileż przeciwności? Dlaczego nic nie układa się w moim życiu tak jak trzeba? Dlaczego wszystko u mnie jest nie tak? Nic nie poszło tak jak trzeba. Wszystko idzie wspak!
I starzec mówił: „Wszystkie drzwi były zamknięte i nigdy ani jedne drzwi nie otworzyły się przede mną”.
I człowiek się zadręcza, to naturalne, takie ludzkie. Zadręcza się pytaniem, „dlaczego to przytrafia się właśnie mnie”. Ale na pytanie „dlaczego” nie ma odpowiedzi, albo takiej odpowiedzi, którą chciałabyś otrzymać. Dlatego, że Bóg odpowiada ci milczeniem po to, żebyś zrozumiał, że powinieneś się uspokoić, posiąść pokój. I kiedy wszystko przekażesz w ręce Boga, kiedy będziesz w stanie, chociaż zmęczony tym wszystkim, oddać siebie w Boże objęcia, przytulić się, wtedy zrozumiesz dlaczego do tego wszystkiego doszło. Wtedy Bóg ci odpowie.
Pamiętacie przykład ze starcem Efremem z Katunaki? Ten starzec był posłusznikiem pewnego bardzo surowego starca, trudnego, konfliktowego. Czterdzieści dwa lata na pustyni okazywał posłuszeństwo temu tyranowi, temu człowiekowi o bardzo ciężkim charakterze. Starał się nie potępić starca i nie sprzeciwiać się mu.
Wiele razy miał już tego dosyć i mówił sobie: „To koniec, więcej nie mogę, odejdę stąd, zostawię go! Z nim nie można żyć!”. Ilekroć podejmował decyzję i mówił: „Odchodzę, to pewne” – czuł, że opuszcza go łaska. Nic nie zmieniało się na lepsze, powracał, płakał i prosił o przebaczenia Boga za to, że postanowił złamać posłuszanije i odejść.
Minęły 42 lata, a on cały czas się modlił, pragnąc zrozumieć, co ma robić w takiej sytuacji. Pod koniec życia starzec stracił rozum i stał się całkowicie nieznośny. Życie starca Efrema zamieniło się w istną męczarnię. Potem starzec zmarł.
Rozpoczął się pogrzeb, i, tak jak przyjęte jest na Świętej Górze Atos, przed opuszczeniem ciała do grobu, abba Efrem podszedł do martwego starca po błogosławieństwo, pocałował go, żeby następnie pogrzebać. I w tej samej chwili, kiedy pochylił się nad swoim starcem, Bóg w Duchu Świętym odpowiedział mu: „Na to, co robiłeś, pozostając posłusznikiem u tego człowieka przez 42 lata, była wola Boża!”.
W tej samej chwili, kiedy otrzymał tę duchową wiadomość od Boga, odpowiedział Bogu w łasce: „Teraz do mnie mówisz? Kiedy starzec zmarł i kładą go do grobu? Dlaczego przez tyle lat nie powiedziałeś mi tego? I pozostawiłeś mnie 42 lata?
Jakie to ma znaczenie dla mnie teraz, kiedy on umarł?”. I Bóg odpowiedział mu: „Gdybyś odszedł wcześniej, zgubiłbyś siebie!”.
Oczywiście, nie wyrośliśmy na ich miarę. Nie każdego dnia pojawiają się tacy starcy. Nie myślcie jednak, że starzec Sofroniusz, abba Efrem czy ci wielcy starcy, których żywoty czytamy, wiedli spokojne życie. Przeciwnie, ich życie było męczarnią, każdy dzień to praca, ból, nieszczęście, łzy, pot i walka. Ci ludzie nie zaznali spokoju w swoim życiu. I to czym się zajmowali, także nie układało się tak jakby chcieli, ale to co w oczach ludzi wydawało się stratą i poniżeniem, w oczach Bożych było ich chwałą.
W ostatecznym rozrachunku zostali wysławieni przez Boga, przeszli bowiem drogę złej sławy, cierpliwości, wiary, wyrzeczenia się zadowolenia, nadziei wyłącznie w Bogu, w nikim więcej. Takie jest więc posłanie Boże: „Nie miejcie nadziei na nic więcej, oprócz Boga! W Nim niech będzie twoja nadzieja, i tylko w Nim znajdziesz pocieszenie i łaskę”.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

metropolita Limassol Atanazy
tłum. Ałła Matreńczyk

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token