Numer 11(389)    Listopad 2017Numer 11(389)    Listopad 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Metropolita Józef Siemaszko
Aleksy Kordiukiewicz
Działalność ludzi, którzy przyczynili się tak do zawiązania unii brzeskiej, jak i jej likwidacji powinna być oceniana pod kątem chrześcijańskich norm sumienia. Przecież miały one wpływ na ludzkie losy nie tylko w życiu ziemskim, lecz i w wieczności. W przypadku metropolity Józefa Siemaszki należy to czynić nie w celu usprawiedliwienia go przed wrogami prawosławia, bo ich i tak nic nie przekona, ale ze względu na nas, prawosławnych. Czy był dobrym cerkiewnym hierarchą? Czy unia upadła na skutek czystych z religijno-moralnego punktu widzenia działań hierarchy odpowiedzialnego przed Bogiem i ludźmi?
Na samym początku trzeba zmierzyć się z podstawowym problemem. Jak, mając prawosławne przekonania, Józef mógł zostać biskupem unickim i przy tym działać przeciw unii z Rzymem. W niektórych monografiach można znaleźć nawet pogąd, że Siemaszko potajemnie przyjął prawosławie w 1829 lub w 1834 roku. W takim przypadku okazałby się kimś w rodzaju nasłanego agenta wpływu. W rzeczy samej władyka Józef do 1839 roku nie przechodził na prawosławie. Po cóż by inaczej składał prośby o osobiste przyłączenie do Cerkwi prawosławnej w latach 1832 i 1836. Działo się to wtedy, gdy uważał, że ogólnego zjednoczenia nie da się zrealizować.
Należy również pamiętać, że Józef Siemaszko przez okres pozostawania w unii nie osłabiał jej jako cerkiewnej wspólnoty. Nie rozkładał jej, przemieniając w łatwą zdobycz dla prawosławnych misjonarzy, lecz czynił wszystko w interesie jej eklezjologicznego wzmocnienia. Starał się skierować z powrotem życie duchowe Cerkwi unickiej na drogę, z której zboczyło po przyjęciu dogmatów nauki Kościoła rzymskokatolickiego.
Nie zwracał przy tym uwagi na wielkie osobiste ryzyko. Plan ostatecznej likwidacji unii, przyjęty przez tajny komitet do spraw unickich w styczniu 1839 roku, był ułożony tak, że w przypadku dużych niepokojów społecznych, które w sposób nieunikniony stałyby się znane w Europie, rząd zajmowałby neutralną pozycję. Cała wina za nieporządki spadłaby na pomysłodawców i realizatorów wniosku o przyłączenie do Cerkwi prawosławnej. Dlatego zgodziwszy się na wypełnianie planu komitetu, zdecydowanie dążąc do zjednoczenia, Józef Siemaszko balansował nad przepaścią. Władyka doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Ryzykować można było tylko będąc przekonanym o słuszności sprawy.
Zresztą sam władyka Józef tak opisywał swoje uczucia: ...od dzieciństwa miałem... duchowy pociąg do Rosji i wszystkiego ruskiego... Niezmierzona Rosja, związana jedną wiarą, jednym językiem, ukierunkowana do dobrego celu jedną wolą, stała się dla mnie bliską, wielką ojczyzną, której służyć, dla dobra której przyczyniać się uważałem dla siebie świętym obowiązkiem – oto siła, która popchnęła mnie do ponownego zjednoczenia unitów, oderwanych w smutnych czasach od wspaniałego ruskiego prawosławnego drzewa... Płomienna gorliwość do tego dzieła w przeciągu 12 lat (1827-1839) zawładnęła całym moim życiem.
Metropolitę Józefa, stawiającego na pierwsze miejsce nie osobiste interesy, lecz służenie Cerkwi i społeczeństwu, charakteryzują w szczególności jego stosunki z najwyższymi władzami. Zawsze zachowywał poczucie godności służby arcypasterskiej, był niezależny w osądach i czynach. Przekonany o słuszności podjętych działań, nie wahał się bezpośrednio zwracać do najwyższych instancji rządowych i do monarchy. Nie bał się milczeć, gdy oczekiwano od niego pokazowej egzaltacji. Nie bał się wypowiadać opinii niezgodnych z ogólnym kierunkiem polityki państwowej. W celu wzmocnienia prawosławia nie unikał konfrontacji z urzędnikami, od których przecież zależał. Równocześnie brzydził się intrygami, odmawiał w nich uczestnictwa, nawet mimo kuszących obietnic.
Charakterystyczne, jakiej nagrody oczekiwał dla siebie. 26 lutego 1839 roku przekazał imperatorowi Mikołajowi I notatkę, w której prosił o zwolnienie z obowiązku niesienia posługi arcypasterskiej. Prosił również o udzielenie niewielkiego dożywotniego wsparcia i zgodę na zamieszkanie w stolicy imperium. Pisał: Sądząc na podstawie okoliczności, mój udział w tej sprawie wkrótce okaże się bezużyteczny, a być może nawet szkodliwy. I z tego powodu mój pobyt w zachodnich guberniach będzie dla mnie całkiem uciążliwy. Z drugiej strony obce wychowanie, zakorzenione od dzieciństwa przyzwyczajenia, słaba znajomość języka rosyjskiego, czynią mnie mało zdatnym do zajęcia odpowiedniego do mej pozycji miejsca wśród rdzennego ruskiego duchowieństwa prawosławnego. Stąd też moja służba na tej niwie byłaby najprawdopodobniej powodem pokusy dla wielu, a dla mnie niepotrzebnych nieprzyjemności. Chciał tego nie od razu, lecz po kilku latach, gdy zostaną zakończone wszystkie przedsięwzięcia konieczne do utwierdzenia zjednoczenia.
Po wieloletnich trudach przygotowania i realizacji rozerwania unii ideałem arcypasterza był „domek z sadkiem, w nim pokój z książkami”.
Z jego osobistych notatek wynika, że w wolnym czasie interesował się rolnictwem, statystyką, geografią i kartografią. Historycy piszą o zamiłowaniu metropolity do sztuki, kolekcjonowaniu obrazów o treści religijno-historycznej, portretów osób duchownych. Dwieście dzieł malarskich ozdabiało jego arcypasterski dom. Pisał o odwiedzaniu teatru podczas pobytu w Petersburgu. Śpiewał w kręgu znajomych, opiekował chórami cerkiewnymi. Ulubionym zajęciem metropolity Józefa było czytanie książek. Nie żałował środków na zakup do swojej biblioteki wybitnych dzieł teologicznych i historycznych. Kupował również książki przyrodnicze oraz periodyki, wydawane i w językach obcych. Większość swoich książek za życia, część po śmierci, przekazał do Seminarium Litewskiego. W 1856 ofiarował uniwersytetowi w Wilnie egzemplarz „Statutu Litewskiego” z 1588 roku.
W towarzystwie zachowywał się z godnością, rozmawiał spokojnie, prostolinijnie. Szanował rozmówcę. Jeżeli czegoś nie znał lub nie rozumiał, nie wstydził się powiedzieć: „To zagadnienie dla mnie nowe, pomyślę”. Umiał pogodzić świecką grzeczność z dostojeństwem swojej funkcji.
Arcypasterz nie zapominał o biednych i wielokrotnie przekazywał im wielkie ofiary. Mężnie podtrzymywał ludzi na duchu podczas epidemii cholery. W czasie głodu organizował rozdawnictwo chleba wszystkim potrzebującym, bez względu na wyznanie.
Nie był człowiekiem fanatycznym. W wielu pracach jest przedstawiany jako człowiek tolerancyjny, podtrzymujący normalne stosunki z biskupami katolickimi, Wacławem Żylińskim i Adamem Krasińskim, luterańskim pastorem Ewertem i innymi przedstawicielami tych konfesji, chociaż w latach 30. niezbyt dobrze układały mu się stosunki z prawosławnym biskupem połockim Smaragdem.
Niektórzy uważają litewskiego arcypasterza za zdrajcę katolicyzmu. Należy się jednakże zastanowić nad tym, co można nazwać zdradą. Jeśli człowiek, należący do jednej ze zwalczających się stron, przechodzi na drugą stronę z powodu braku zasad moralnych i twardych przekonań, z powodu wynagrodzenia materialnego, to jest on niewątpliwie zdrajcą. Na pierwszy rzut oka w życiu i działalności władyki Józefa można odnaleźć takie oznaki. Rzeczywiście przeszedł z szeregów jednego duchowieństwa do drugiego. Po soborze połockim do końca swoich dni korzystał z przychylności rosyjskiego rządu. Miał osobistą dożywotnią emeryturę. Otrzymał wiele orderów państwowych i wszystkie możliwe nagrody Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, w tym nadzwyczajne odznaczenie w postaci pastorału wysadzanego brylantami. Na koniec władyka został wyniesiony do godności metropolity, chociaż kierował prowincjonalną diecezją litewską. Na to w działalności władyki często wskazują katolicy.
Jednak w sferze religijnej trudno mówić o zdradzie. Jest poszukiwanie i wybór drogi prowadzącej do zbawienia. Dążenie Józefa Siemaszki do przejścia na łono prawosławia nie może być więc poddawane osądowi religijnemu i moralnemu. Chyba że się wierzy, że koniecznym warunkiem zbawienia jest podporządkowanie papieżom rzymskim.
Gdyby Józef Siemaszko przeszedł na prawosławie w samotności, to być może wyzwoliłoby to zarzuty o zdradę, lecz szybko zostało zapomniane. Ostatecznie taki postępek dotyczyłby tylko jego osobiście. Gdyby w 1827 roku Józef Siemaszko wskazał rządowi drogę do likwidacji unii i od razu osobiście przyjął prawosławie, uciekając od wszelkiej odpowiedzialności, można byłoby to źle oceniać. Jednak stało się inaczej. Poczynając od 1828 roku władyka bez końca poświęcił się sprawie zjednoczenia. Nie zwracał uwagi na własne położenie i osobistą wygodę. W 1833 roku odmówił np. zajęcia bogatej i mniej zlatynizowanej katedry białoruskiej i prosił o wyznaczenie go do biednej i znacznie trudniejszej do przygotowania zjednoczenia diecezji litewskiej.
Ostatecznie władyka przyczynił się do całkowitej likwidacji unii w imperium rosyjskim. Jest to główną przyczyną nienawiści do niego ze strony tych, kogo drażni istnienie współczesnego białoruskiego prawosławia. Należy jednak pamiętać, że w 1827 roku stawiał przed rosyjskim rządem problem powrotu do prawosławia tylko tych, którzy mieli ruskie korzenie, których przodkowie siłą i oszustwem zostali oderwani od Cerkwi prawosławnej. W odrzuceniu zgubnej unii z Rzymem – zgodnie z jego opinią – zawierał się zarówno religijny, jak i historyczny interes Rusinów. Równocześnie uważał za niedopuszczalne odwrócenie się rosyjskiego prawosławia od jego dawnych członków, zaniechanie prób usunięcia przeprowadzonego siłą podziału.
 
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Aleksy Kordiukiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token