Numer 12(390)    Grudzień 2017Numer 12(390)    Grudzień 2017
fot.Adam Bruczko
Prawosławni w Berlinie
Anna Radziukiewicz
SERBSKI BERLIN

Laicyzacja wygoniła z niego ewangelików. Przez dwadzieścia lat stał pusty. Chcieli go kupić muzułmanie. I buddyści oferowali duże pieniądze. Niemcy jednak sprzedali go tym, którzy dawali najmniej, prawosławnym Serbom, których w Berlinie jest około dwudziestu tysięcy, a najwięcej ich przybyło w latach siedemdziesiątych minionego wieku. Do dziś Serbowie pamiętają chrześcijański gest Niemców. Oni, katolicy i protestanci, zbierali pieniądze, by pomóc Serbom w zakupie świątyni i na początku wspierali finansowo prawosławnych duchownych, zachęcani do tego przez swoich księży. W ubiegłym roku obchodzili Serbowie ćwierćwiecze parafialnego życia w poewangelickim kościele. Za dwa lata ma być jego wielkie wyświęcenie po gruntownym remoncie.
Tu rzeczywiście Zachód spotkał się ze Wschodem. Przede mną nowy, piękny ikonostas, dzielący nawę od części ołtarzowej. W kiocie ikona Bogarodzicy Trojeruczycy. Ale za plecami klasyczny gotyk, z rzędami ławek.
Dla Serbów to nie tylko świątynia. To ich centrum życia na obczyźnie. Tu odbywają się koncerty chórów, jest prowadzona szkoła języka serbskiego, przyjeżdżają serbscy wykładowcy z prelekcjami, dzieci uczą się religii, stąd wyruszają pielgrzymki albo wycieczki do Serbii czy Czarnogóry, tu odbywają się wystawy. Dla wielu to jest dom. Niektórzy w tym domu lepiej się czują niż w tym, w którym śpią – i taką opinię słyszę. Tak było zwłaszcza w 1999 roku podczas bombardowania Serbii przez siły NATO. Serbowie, gdy tylko rozpoczęto atak, przyszli tu i modlili się przed ikoną Trojeruczycy. Uciekali pod Bożą opiekę i od agresywnych, zaczepnych, nieraz niewybrednych reakcji swoich sąsiadów Niemców. Niemiecka propaganda robiła wszystko, by zatruć umysły swoim obywatelom, pokazać, że każdy muzułmanin – Albańczyk czy Bośniak – cierpi wyłącznie z powodu barbarzyństwa Serbów. Wszystkie niemieckie media były przeciw Serbom.
– Z pomocą Bożą przetrwaliśmy tamten trudny czas. Żyliśmy wtedy na ziemi naszych wrogów. Patrzono na nas niczym na diabłów – mówi proboszcz serbskiej parafii, o. Veljko Gačič. – Mnie grożono przez telefon. Ale byli także Niemcy, którzy „włączyli mózg” i pomagali nam, choćby Peter Handke, takich jednak intelektualistów było bardzo mało.
W obszernej świetlicy pijemy kawę. Jest z nami proboszcz, o. Veljko i opiekujący się nami Dragan Mitrovski, Anastasija Sandhacker, austriacka dyplomatka, Eugeniusz Czykwin. Świetlica jest dumą parafii. Przylega do części ołtarzowej. Długo niemieccy urbaniści nie dawali pozwolenia na jej budowę. Wreszcie zgodzili się, pod warunkiem, że bryła nie będzie miała żadnego okna. I nie ma. Za to cały dach przeszklono.
– Do dziś wystawa o zniszczonym serbskim dziedzictwie kulturowym po bombardowaniach NATO znajduje się w tej parafii – mówi Anastasija. – W tej świetlicy była prezentowana.
Wystawę przygotowali młodzi ludzie z Białegostoku pod kierunkiem o. Michała Czykwina w 2004 roku. Pokazano ją po raz pierwszy w Sejmie. Eugeniusz Czykwin był wtedy posłem. Eugeniusz opowiada: – Proszę ówczesnego marszałka Sejmu Marka Jurka, by pozwolił w głównym holu parlamentu pokazać wystawę. – Jaką? – pyta. – O dziedzictwie kulturowym Serbów – wyjaśniam. Wieczorem, w przeddzień otwarcia, montujemy wystawę. I wieczorem dzwonią do mnie z kancelarii Sejmu: „Co pan czyni, jaką wystawę pan tu pokazuje!”. A ja, po sugestii Anastasiji, zaprosiłem nawet na jej otwarcie wszystkich ambasadorów państw NATO-wskich. Zasłaniam się tylko jednym zdaniem: „Marszałek pozwolił”. Całą noc czułem niepokój. I po raz pierwszy w życiu widziałem we śnie, jakby całkiem realnie, że św. Wasilij Ostrogski – w monasterze w Ostrogu w Czarnogórze byłem tylko raz – wstaje i idzie do drugiego pokoju. Wraca i znów się kładzie. Opowiadam komuś z rana sen. Słyszę: „Będzie dobrze”. Wystawę otworzyliśmy. Nie przyszedł żaden ambasador z państw należących do NATO ani marszałek, który miał ją otwierać. Potem marszałek powiedział mi: „Pan mnie podprowadził. Miałem tyle przykrości”. – Panie Marszałku – odpowiedziałem – może za to Pan Bóg daruje nam jakieś nasze grzechy.
O. Veljko wyjmuje telefon. Pokazuje zdjęcie. Zrobił je w Ostrogu. Na zdjęciu nad modlącymi się widać wyraźnie unoszącą się postać św. Wasilija Ostrogskiego, trochę jakby utkaną z gęstej mgły, bardziej błękitną od wiernych.
– Ile jest cerkwi w Berlinie? – pytamy. – Dwie greckie, pięć ruskich, dwie serbskie, jedna bułgarska, czyli dziesięć – wylicza o. Veljko. – I jeszcze Gruzini mają kaplicę.
Z Draganem jedziemy do drugiej serbskiej cerkwi. W tej dzielnicy mieszka dużo muzułmanów. – W tym domu – wskazuje Dragan – muzułmanin zabił swoją siostrę dlatego, że według niego zbytnio przyjęła zachodni styl życia.
Cerkiew przypomina prosty dom. Tylko wydłużone wąskie okna zdradzają inną funkcję niż mieszkalna. To była ewangelicka świątynia, kupiona przez prawosławnych osiem lat temu. Po poprzednich gospodarzach została tylko gablota, w której wiszą ogłoszenia obu wspólnot – prawosławnej i ewangelickiej. Tę świątynię też chcieli kupić muzułmanie. Ale i ją ewangelicy woleli sprzedać prawosławnym za niższą kwotę i na nieoprocentowane raty.
– Jeszcze nie o wszystkim decydują pieniądze – sumuje i prowadzi nas do cerkwi i domu parafian, tak, parafian, bo tu nie ma mieszkań duchownych, tylko świetlica, kuchnia, jadalnia, biblioteka, sale katechetyczne i zabaw dla najmłodszych. Między domem i cerkwią sielskie podwórze, nie przypominające wielkomiejskiego.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token