Numer 12(390)    Grudzień 2017Numer 12(390)    Grudzień 2017
fot.Adam Bruczko
Zmarł o. arcydiakon Włodzimierz Trusiewicz
o. prot. Doroteusz Sawicki
Mawia się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Bywają jednak ludzie tak niezwykli, że nikt i nic ich nie zastąpi. Gdy odchodzą, pozostawiają po sobie pustkę. Tak właśnie czuliśmy się nocą z 7 na 8 listopada, przed pogrzebem. Czuwaliśmy przy trumnie o. archidiakona Włodzimierza Trusiewicza, dziwiąc się, że tak cicho i spokojnie leży na środku świątyni, przyzwyczajeni, że zawsze podchodził szybkim krokiem, obejmował, zadawał dziesiątki pytań i, słysząc nasze narzekania, kiwał głową. My, wychowankowie „Bizona”, jak zwykł o sobie mówić, pamiętaliśmy różne „akcje” i wieczorne spotkania, gdy tłumaczył, jak powinniśmy sprawować panichidę czy molebień. Pamiętaliśmy, ile zabawy i śmiechu było podczas tej „nauki”. Wspominaliśmy „dokarmiania” podczas wyjazdów na święta parafialne czy jego paschalne dyżury w cerkwi, gdy mocniej święcił nasze głowy niż koszyczki z pokarmami. A teraz leżał tak spokojnie, w białym sticharionie, z kadzidłem w ręku i Kazańską Ikoną Matki Bożej na piersi. Twarz, jak zawsze, dobroduszna i pełna ciepła, spoglądała na nas z ustawionej obok fotografii.
19 grudnia 1965 roku, jako 24-letni student teologii z Siemianówki, przyjął w warszawskim soborze św. Marii Magdaleny święcenia diakońskie i przez 52 lata upiększał go swym głosem. Nieco mniej, bo 31 lat, był wychowawcą i nauczycielem w Prawosławnym Seminarium Duchownym w Warszawie.
Do obowiązków o. arcydiakona należało codzienne uczestnictwo w Liturgii w soborze. Z radością odprawiał nabożeństwa. Podczas urlopów oprowadzał też pielgrzymów w monasterze św. Onufrego, który miłował nie mniej niż jabłeczyńscy mnisi. W bieżącym roku wrócił z urlopu w Jabłecznej znacznie bardziej zmęczony niż zwykle. Jesienią zaczęły nękać go choroby. W październiku, z powodu kamieni w nerce, znalazł się w szpitalu. Ostatnią służbę odprawił w dniu święta Podwyższenia Krzyża Pańskiego. Później problemy zdrowotne nagle zaczęły się nawarstwiać, aż powiedziano nam, że pozostały tylko godziny... A o. Włodzimierz, z charakteryzującą go dobrodusznością, jeszcze przez cały miesiąc cieszył nas swą obecnością. Raz było lepiej, raz gorzej. Raz milczał, innym razem śpiewał psalmy. W niedzielę 5 listopada po raz ostatni przyjął Eucharystię, by rankiem 6 listopada, w dniu święta Ikony Matki Bożej „Wszystkich Strapionych Radość”, odejść do Pana.
We wtorek, 7 listopada, wrócił do swojej cerkwi, gdzie do pogrzebu nawet przez chwilę nie był sam – otaczali go hierarchowie, duchowni, wierni, odprawiano panichidy, akatyst, nie ustawały modlitwy, czytano psałterz.
Liturgię z obrzędem pogrzebu celebrował metropolita Sawa w asyście biskupa łódzkiego i poznańskiego Atanazego, biskupa siemiatyckiego Warsonofiusza, 32 kapłanów i 12 diakonów. Kolejnych dwudziestu duchownych dołączyło podczas obrzędu pogrzebu. Wiernych chyba nikt nie próbował nawet policzyć. Zapełnili świątynię kwiatami i świecami, gorącą modlitwą, łzami i ufnością, że o. Włodzimierz jest już tam, dokąd my jeszcze zmierzamy.
Podobne nadzieje w swym pożegnalnym słowie wyraził władyka Sawa. Jeszcze raz wymienił zasługi o. Włodzimierza, który był wychowawcą i nauczycielem setek naszych kapłanów i wzorem do naśladowania dla tysięcy wiernych. Podkreślił pokorę, takt i szczere kapłańskie oddanie zmarłego. Cerkiew była sensem jego życia, jego powołaniem, któremu oddał się bez reszty za cenę nawet największych wyrzeczeń. Na zawsze o. Włodzimierz pozostanie dla nas wzorem do naśladowania. W imieniu całej Cerkwi i własnym metropolita podziękował o. arcydiakonowi za długą i gorliwą posługę, za nabożeństwa celebrowane z wielkim kunsztem, za piękny śpiew, za prostotę serca. Równie gorąco podziękował wszystkim, którzy towarzyszyli o. Włodzimierzowi w ostatnich dniach życia i modlili się o jego uzdrowienie, oraz lekarzom i personelowi medycznemu, którzy szukali sposobów, aby przywrócić go do zdrowia. W sposób szczególny podziękował rodzinie, która w zdrowiu i chorobie nigdy nie opuściła o. Włodzimierza oraz wychowankowi zmarłego, panu Dawidowi, którego troska o o. Włodzimierza pozostanie dla nas przykładem.
Pięknie śpiewał chór, prowadzony przez o. protodiakona Sergiusza Bowtruczuka, i duchowni.
Potem wszyscy udali się na prawosławny cmentarz na Woli, gdzie spoczął niedaleko mogiły o. Jerzego Klingera i o. Atanazego Semeniuka.

o. prot. Doroteusz Sawicki
fot. Jarosław Charkiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token