Numer 1(391)    Styczeń 2018Numer 1(391)    Styczeń 2018
fot.Narodzenie Chrystusa Polichromia w cerkwi św. Jana Teologa w monasterze w Supraślu
I o naszej wywózce nie można zapomnieć
Ałła Matreńczyk
Wiosna 1945 roku, Stanisławowo. – Wszyscy prawosławni powinni wyjechać na wschód – mówi do swych parafian o. Teofan Rakiecki. Kto go do tego skłonił, nie wiadomo do dziś.
Teodora Leonowicz z domu Dziemieńczuk, mama matuszki Heleny Kuprjanowicz, płacze. Jak to wyjechać? Stanisławowo to jej rodzinna wieś. To tu, do założonej w 1839 roku wokół twierdzy nowogierogijewskiej (dziś Modlin) Kolonii Aleksandryjskiej, zostali sprowadzeni, w grupie 350 kolonistów, jej dziadkowie Stefan i Paraskiewa, rodem spod Pińska. Czekał na nich zbudowany przez ruskich cieśli dom, 20 morgów ziemi, narzędzia rolnicze i wyposażone gospodarstwo oraz żywność aż do pierwszych zbiorów. Także praca w twierdzy. I cerkiew. Na początku w kreposti, a po siedmiu latach już we wsi, „jedna z lepszych murowanych prawosławnych świątyń w Królestwie Polskim”, zbudowana na planie krzyża o boku 25 metrów i wysokości 38, a więc rozmiarami zbliżona do obecnego soboru w Warszawie.
I choć koniec I wojny światowej przyniósł koniec starego świata – Kolonia Aleksandryjska zmieniła nazwę na Stanisławowo, w nowogieorgijewskiej twierdzy rozlokowała się baza Polskiej Marynarki Wojennej, a piękna cerkiew, choć wciąż są wierni, zostaje rozebrana – Stanisławowo pozostaje jej wsią.
Tu wychodzi za mąż za Pawła Leonowicza, tu w 1937 roku oboje cieszą się, że władze w końcu pozwoliły na budowę dużo mniejszej murowanej cerkwi, bo przez kilkanaście lat modlili się na plebanii, tu radują, gdy w 1939 na świat przychodzi ich dziecko, Helenka.
Stąd zaraz potem Paweł wyruszył na wojnę, tu szczęśliwie z niej wrócił, tu Teodora urodziła kolejne dziecko, Kolę, tu zastał ich koniec wojny. To nic, że ledwie wybudowana cerkiew jest bardzo zniszczona, brakuje drzwi wejściowych, okien, szyb, przez dziurawy dach deszcz leje się do środka – w parafii jest wciąż około sześciuset wiernych. I teraz ma stąd wyjechać? Jak to?
– Wyjeżdżamy – mąż nie ma wątpliwości. Pochodził z Wileńszczyzny, w latach międzywojennych w Modlinie odbywał służbę wojskową i w cerkwi, na chórze, poznał Teodorę. Teraz może chce do bliskich wrócić?
W Stanisławowie robi się niespokojnie. Pewnego wieczora ktoś z rewolweru strzela do szwagra Teodory. – Wyjeżdżamy, nie wiadomo, co nas tutaj czeka.
Bezpiecznie czują się ci, którzy założyli mieszane rodziny. Pozostał więc jedyny brat Teodory, który ożenił się z ewangeliczką. Także Piotr Akimow z żoną katoliczką. Pozostała też pani Juszczenko. Jej męża wcześniej aresztowano i wywieziono w nieznanym kierunku. Postanowiła w Stanisławowie na niego czekać, a dzieci z siostrą męża wyprawiła na rodinu.
– Ten wyjazd zapamiętam do końca życia – mówi matuszka Helena Kuprjanowicz. – Miałam wtedy sześć lat
Bocznica stacji Modlin, skład bydlęcych wagonów. Gorączkowa krzątanina, nerwowe pokrzykiwania. Ryczenie krów i pisk świń – dobytek jest już w wagonach. Tata w nocy pilnuje już krowy i beczki soli. Mama z dwójką dzieci wraca do domu, na ostatnią noc.
Układa dzieci w sionce, na szmacianym chodniku. Okrywa je swoim paltem, siada obok, płacze. Dwuletni Kola zasypia. Helenka nie może. Przez uchylone drzwi widzi część pokoju, długo patrzy na wysoki kwietnik z popiersiem dziecka na samej górze i doniczką z asparagusem na środkowej półce.
Ledwie zaświtało, Teodora z dwójką dzieci wyrusza w stronę Modlina. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na rodzinny dom, stojący jak prawie wszystkie szczytem do ulicy, na kopuły cerkwi. W wagonie Paweł układa dzieci na sianie. Jego zapach i miarowy stukot kół uspokaja, dziewczynka usypia.
Baranowicze. Skład wagonów zatrzymuje się na bocznicy, na dość długo. Po jednej stronie zniszczone miasto, z ruinami przedwojennej cukierni, po drugiej pastwisko, na którym pasie się stado czerwonych krów z dużymi rogami.
Dzieci wybiegają na trawę. Jedna z krów bierze Kolę na rogi i podrzuca jak zabawkę. Chłopcu na szczęście nic się nie stało. Odtąd dzieci mogą wychodzić tylko pod opieką rodziców.
Następnego ranka Teodora wybiera się na długi spacer. Jest smutna, przygnębiona, właśnie dowiedziała się, że spodziewa się kolejnego dziecka. A tu życie w wagonie, niepewność. Musiała wszystko sama przemyśleć, może wypłakać, albo się pomodlić…
Wróciła w dużo lepszym nastroju, na pastwisku, wśród łusek, znalazła, wklęśnięty z jednej strony, garnek z kaszą gryczaną w środku.
– Popatrz Pawłusza, żołnierze nie zdążyli jej zjeść, musieli pewnie uciekać w popłochu – mówi przejęta do męża.
– Już dobrze, dobrze – odpowiada. – A garnek wyklepię i będzie jak nowy.
Nagle słyszą przeraźliwy krzyk. „Mikołaj nie żyje!” – Mikołaj? Który? – dopytują się, bo w wagonach było ich kilku. Na peronie leży jeden z czterech szwagrów Teodory, dostał zawału serca, pierwsza ofiara wyjazdu. Osierocił dwoje dorosłych już dzieci, bardzo opłakiwały go wnuki, Georg i Zoja.
Zbombardowana cukiernia wciąż słodko pachnie. Zadomowiły się w niej na dobre stada szczurów. Kiedy zapada zmrok, wbiegają do wagonów przesiedleńców. Mężczyźni z długimi kijami starają się je zabić albo przynajmniej przepędzić. Którejś nocy szczur, zwabiony zaschniętą resztką zupy na angorowej bluzeczce Helenki (nikt do spania się nie przebierał), wygryzł w niej dziurę.
– Pawłusza, przecież on mógł odgryźć nos naszej córeczce – długo nie mogła się uspokoić mama
Władze wkrótce zaczęły zasiedlać repatriantami ze Stanisławowa domy Polaków, którzy wyjechali już nad Wisłę. I tak jedni mieszkańcy Stanisławowa już w Baranowiczach znaleźli nowy dach nad głową, inni w pobliskiej wsi Mołczad’. Osiadły tam dwie siostry Teodory. Dostały drewniane zapuszczone domki z ogródkiem i piecami ulepionymi z gliny. Ubogo, żeby nie powiedzieć biednie. Także rodziny, które znalazły się w Słonimie, Lidzie i Mińsku, trafiły na spartańskie warunki. Byle jakie mieszkania i byle jaką pracę.
Tatę Pawła ogarniały coraz większe wątpliwości. Postanowił zorientować się, co dzieje się z jego rodziną na Wileńszczyźnie. Wyprawił tam Walka, swego kolegę ziemlaka, który ożenił się z kuzynką Teodory.
Walek nie przywiózł dobrych wieści. Okazało się, że rodziców Pawła z najmłodszym bratem Piotrem wywieziono na Syberię, do Barnaułu. Mąż jednej siostry, oficer korpusu Wojsk Ochrony Pogranicza, zginął najprawdopodobniej w Katyniu, a druga wyszła za mąż za prawosławnego duchownego.
Paweł już nie miał wątpliwości – trzeba wracać. Nie było to jednak proste.
Tymczasem nadeszła zima. Mama zawiozła Lenę do jej chrzestnej, do Mołczadi. Chrzestna była krawcową. Uszyła małej paltko z szarego baranka, do tego czapkę a la czerwony kapturek i mufkę na sznureczku. I już w najbliższą niedzielę zaprowadziła do cerkwi. W cerkwi wszyscy stali w porwanych, czarnych butach, chyba walonkach, ona jedna – w brązowych, co prawda bardzo zimnych, trzewikach.
W jaki sposób tacie i wujkowi Władkowi udało się załatwić powrót do Polski, wiedzą tylko oni i Bóg. W kwietniu 1946 roku, już jako prawosławni, urodzeni w Polsce Polacy, ruszyli w drogę powrotną. Pociąg zatrzymał się w Skarżysku-Kamiennej. Rodzice poszli na stację. Dzieci miały nie ruszać się z wagonu.
W pewnej chwili pociąg ruszył. Lena z bratem zerwali się na równe nogi, pobiegli w stron wyjścia. Zauważyli ojca, który niósł na rękach mamę. – Zatrzymaj pociąg – krzyczał do maszynisty. Obok taty ktoś niósł małe zawiniątko. Ich najmłodszą, urodzoną na stacji siostrzyczkę. Oglądali ją z takim skupieniem, że nie wiadomo kiedy dojechali do Modlina.
Niestety, stary dom Dziemieńczuków w Stanisławowie jest już w rękach przybyszy zza Buga. Przyjęła ich rodzina wujka Władka – udostępniła pokój. Teodora znowu gotuje barszcz z ziemniakami tłuczonymi, wkładanymi do środka, we środy i piątki podaje śledzia z supirtasem, na niedzielę piecze watruszki, drożdżowe bułeczki z serem. I z siostrą Żenią cały czas rozmawia po rosyjsku.
Do Stanisławowa dojeżdża batiuszka, o. Wsiewołod Łopuchowicz. Przyjeżdża raz w miesiącu, szaty liturgiczne i Ewangelię zostawia u Leonowiczów.
We wrześniu Helenka idzie do pierwszej klasy w Pomiechówku. Jeszcze nie wie, że szkołę zbudowano z rozebranej w Stanisławowie, a wyświęconej w 1846 roku cerkwi, a cegły, zdarzało się, dowoził swoim ciężarowym samochodem sam premier – generał Sławoj Składkowski, który miał w okolicy swoją rezydencję.
Po roku Leonowiczowie przenoszą się do Modlina, potem do Warszawy. W 1955 roku umiera Teodora, ma zaledwie 42 lata. Zostaje pochowana, zgodnie ze swoją ostatnią wolą, na cmentarzu w Stanisławowie. Szesnastoletnia córka często przyjeżdża na jej grób i do cerkwi. Nieraz z ciocią Żenią chodzi sprzątać chram. Z cementowej podłogi długo trzeba zbierać wodę – deski ułożone są tylko w ołtarzu i na klirosie.
Cerkiew wciąż pozostaje nieotynkowana, remont zewnętrzny wraz z położeniem tynków przeprowadzi o. Borys Dekaniec.
Potem przyszła kolej na remont wewnętrzny. Cerkiew obito pilśnią, ale że dach nie był dobrze zabezpieczony, pilśń zaczęła przeciekać. A w kasie pusto. Wtedy o. Rościsaław Kozłowski starał się wydzierżawić część ziemi przy cmentarzu. Także następny batiuszka, o. Mikołaj Lenczewski, robił co mógł.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk
fot. archiwum matuszki
Heleny Kuprjanowicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token