Numer 1(391)    Styczeń 2018Numer 1(391)    Styczeń 2018
fot.Narodzenie Chrystusa Polichromia w cerkwi św. Jana Teologa w monasterze w Supraślu
O języku
Anna Radziukiewicz
W Sandomierzu odpowiedziałam, że rosyjski jest bogatszy od ukraińskiego i białoruskiego.
Konsternacja. Jak można na szalę brać języki? Trzeba było wytłumaczyć. W Przeglądzie mogę to zrobić dużo obszerniej. Naturalnie, wyjaśniłam, najbliższy sercu jest język matczyny, ojczysty i powinniśmy go strzec i zachowywać. Jednak języki mają także funkcje poznawcze i znajomość tych „uniwersalnych” – w przeszłości była to greka i łacina, a obecnie obok angielskiego także francuski, niemiecki, rosyjski czy chiński – dla ludzi ciekawych świata jest konieczna. W naszym, słowiańsko-prawosławnym, świecie najpopularniejszy pozostaje wciąż język rosyjski, choć podejmowane są próby jego rugowania. Ostatnia to podpisana przez prezydenta Ukrainy Petra Poroszenko nowa ustawa oświatowa, zgodnie z którą język ukraiński staje się jedynym językiem wykładowym w szkołach. Dla mieszkających na Ukrainie mniejszości narodowych oznacza to zakaz nauczania w językach ojczystych, co w sposób oczywisty jest sprzeczne z obowiązującymi w Europie, dotyczącymi mniejszości, konwencjami i aktami międzynarodowego prawa. Przeciwko tym zmianom ostro zaprotestowały Węgry, Bułgaria, Rumunia i Rosja (około połowa ludności Ukrainy jest rosyjskojęzyczna). Polski MSZ zapowiedziało, że „będziemy uważnie obserwować proces zmian”.
Jak jest więc z rosyjskim? Jak długą ma historię? Gdzie się rodził? Ile przyswoił słów z innych języków? Ile utworów lieratury pięknej w nim napisano? Ile przetłumaczono na ten język obcych literatur? Jakie chroni zasoby naukowe? Ile milionów ludzi go używa? To ważne pytania dla określenia rangi języka.
Po pierwsze prezydent Poroszenko powinien wiedzieć, że ten język wcale nie rodził się w Moskwie, tylko na jego rodzinnych ziemiach, w Kijowie i na zachodniej obecnie Ukrainie. Rodził się wtedy, gdy nie było jeszcze ani Moskali, ani Ukraińców, ani Białorusinów, ani Kacapów, ani Chachłów – jak prześmiewczo mówi nasz redakcyjny przyjaciel Wasilij Anisimow, dziennikarz z Kijowa, filolog, który dostarczył wielu argumentów do tego tematu. Ale był już Kijów „matką ruskich miast” i ruska ziemia była, i ruska wiara, i ruski język, o czym zaświadczył już na początku XII wieku mnich Kijowsko-Pieczerskiej Ławry Nestor Latopisiec w księdze „Powieść minionych lat”. Były i ruskie latopisy, księgi i cała wielowiekowa kultura, która trwała do 1917 roku. Aż przyszli bolszewicy. Uważali, że budują nową epokę ludzkości i dlatego tysiącletnie duchowe i kulturowe dziedzictwo narodu zrzucili do lamusa historii. Czego nie mogli schować do magazynów, burzyli. A nosicieli tamtej kultury wyganiali, wywozili na Sołowki. Sterylizowali historyczną świadomość narodu, tworząc „nowego człowieka”. Tamci „mojżesze” prowadzili do komunizmu – zauważa Anisimow – obecni do Europy. Obecni ograniczają używanie języka o tysiącletniej historii, piśmiennictwa i oświaty, języka Nestora Latopisca, arcybiskupa Teofana Prokopowicza, Bierdiajewa, Szestowa, Bułgakowa, Wiercińskiego, Wołoszyna, Erenburga, Niekrasowa, genialnego Gogola. Dla setek wspaniałych nazwisk był to ich język ojczysty. Jest to jednocześnie język kijowskiej duchownej akademii, Uniwersytetu Charkowskiego, gigantycznej duchowej kultury, naukowego dziedzictwa, stworzonego na terenie współczesnej Ukrainy. To także język Tarasa Szewczenki, który w tym także języku, a nie tylko po ukraińsku, pisał prozę, listy i co najbardziej osobiste – prowadził dzienniki. To był ich język ojczysty i nikt nie jeździł uczyć się go do Moskwy. Wszyscy uczyli się u miejscowych nauczycieli, dziaczków, w szkołach i gimnazjach.
Ekspansja kulturowa na Rusi szła akurat z zachodu na wschód, czyli z Kijowa do Moskwy, Włodzimierza, Suzdala, Riazania. A wraz z nią szedł język. Szedł razem z używającą go Cerkwią, z prawosławiem, jednoczącym naród, z wysoką kulturą, wcieloną w architekturę, teologię, obrzędy, pieśni, kazania.
Podstawy ruskiego języka tworzyły się akurat na zachodniej Rusi – w Kijowie, Wilnie, Ostrogu, Lwowie. W Wilnie wyszła w 1619 roku słynna „Gramatyka” Melecjusza Smotryckiego, która niepodzielnie panowała na ziemiach Rusi, także moskiewskiej, przez dwa stulecia, wielokrotnie wydawana. Na Wołyniu wyszła Biblia Ostrogska, w Kijowsko-Pieczerskiej Ławrze najbardziej czytana po Ewangelii księga, „Żywoty świętych” Dymitra Rostowskiego. W Ławrze archimandryta Innocenty Gizel stworzył w XVII wieku Sinopsis ili kratkoje opisanie o naczale slowienskago naroda..., który przez półtora stulecia pozostawał podręcznikiem do nauki historii. Symeon Połocki, absolwent kijowskiej Mohylanki, zorganizował w końcu XVII wieku w moskiewskim monasterze szkołę, a potem zainicjował stworzenie słowiańsko-grecko-łacińskiej akademii w Moskwie, kuźni kadr zarządzających. Do wykładania w niej zaproszono profesorów z Kijowa. Profesorowie nie mieli żadnych problemów językowych, by porozumieć się ze studentami z Moskwy i z całego rodzącego się Rosyjskiego Imperium. Zresztą to według kijowskich gramatyk – zauważa Anisimow – tworzono moskiewski język oficjalny.
Nawet reformy cara Piotra I znalazły nabardziej zagorzałych zwolenników i doradców wśród małoruskich, czyli zachodnich, oświecicieli. Jego najbliżsi doradcy to metropolita Stefan Jaworski, pochodzący z Galicji, i rektor Mohylanki abp Teofan Prokopowicz. Obaj popierali przebudowę kraju według europejskich porządków i byli gorącymi zwolennikami Piotrowej reformy językowej. Proces sprzyjął wzbogaceniu języka ruskiego/rosyjskiego za Piotrowych czasów aż o 4,5 tysiąca europejskich słów.
I mimo tego wzbogacenia język zachował ogromną warstwę cerkiewnosłowianizmów, jak żaden inny ze słowiańskich. Dlatego ci, którzy używają rosyjskiego, cerkiewnosłowiański rozumieją lepiej niż rozmawiający tylko po polsku, białorusku czy ukraińsku.
Ale Poroszenko chce rozerwać jedność wschodniosłowiańskich narodów, tkaną między innymi wspólnym językiem, dziś nazywanym rosyjskim/ruskim. To zabieg polityczny. Bo jakże można określić odrzucenie języka, kształtującego się przez tysiąc lat, głównie na obecnej ziemi ukraińskiej, jeśli nie gestem politycznej bezmyślności, dyktowanej nienawiścią, która jest zawsze złym doradcą.
Na miejsce rosyjskiego/ruskiego wprowadza się ukraiński. Nic nie mam przeciwko ukraińskiemu ani tym bardziej białoruskiemu – każdy język jest ogromną wartością kulturową – które do rangi języków literackich dojrzewały dopiero w drugiej połowie XIX wieku, z dialektów wynoszone. Także na Ukrainie było wiele dialektów, a jednemu z nich, z zachodniego obszaru Ukrainy, poszczęściło się – wyrósł do rangi oficjalnego, państwowego. Wyrastał na fali romantyzmu, który w końcu osiemnastego i na początku dziewiętnastego wieku zmieniał europejskie prądy estetyczne i filozoficzne. Oświecenie ceniło to co klasyczne, uniwersalne, zagraniczne. Romantyków fascynowało to co lokalne, a więc ustna ludowa twórczość, żywy ludowy język. Zaczęto zbierać podania, baśnie, mity, byliny, obrzędy, przysłowia, przypowieści oraz tworzyć słowniki żywego ludowego języka, także gramatyki takich języków. I tak Pawłowski stworzył gramatykę małorosyjskiego (ukraińskiego), jak napisał w słowie wstępnym, „zanikającego języka”. Romantyczna moda na ludowość nie ominęła ani Ukrainy, ani Białorusi. Tyle, że przyszła tu z pewnym opóźnieniem w stosunku do Niemiec. Zaowocowała kodyfikacją i nobilitacją języków, które dotychczas były gwarami. Oczywiście je też „czyszczono”, uszlachetniano, uzupełniano, czyli w oryginale one niemal nie występowały. I ten proces nie dotyczył tylko ukraińskiego czy białoruskiego. Trwał na całym obszarze Imperium Rosyjskiego, a potem Związku Radziekiego, kiedy jedynie na Syberii wydźwignięto do rangi literackich aż siedemdziesiąt lokalnych języków, czyli oszlifowano je, stworzono ich gramatyki, zaczęto w nich drukować. I nie robiono tego po to, by siać wrogość między małymi syberyjskimi narodami, dzielić je na tle językowym, ale by te języki chronić i rozwijać. I „uszlachetniając” miejscowe gwary i języki nie walczono z rosyjskim, nie ograniczono jego używania, jak to się robi na Ukrainie. Bo wiedziano, że będzie to odcinanie się od świata.
Po co walczyć na Ukrainie z rosyjskim, a są zwolennicy takiej walki i na Białorusi. Co wtedy traci taki naród?

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token