Numer 1(391)    Styczeń 2018Numer 1(391)    Styczeń 2018
fot.Narodzenie Chrystusa Polichromia w cerkwi św. Jana Teologa w monasterze w Supraślu
W dalekim kraju
Tadeusz Wyszomirski
W małej, drewnianej cerkwi, pamiętającej czasy carskie, zgarbiona wiekiem staruszka, poruszająca się z trudem o lasce, stawia świeczkę przed ikoną Przeczystej Bogarodzicy. Może to już po raz ostatni modlę się za syna – przychodzi jej do głowy smutna myśl. Jakże dawno go utraciła. Z cichym westchnieniem czyni trzykrotny znak krzyża:
– Pomjani Hospodi duszu raba twojego, pokojnogo Jurija.
Pora poprosić ojca Mikołaja o odprawienie panichidy. Która to będzie rocznica? Nie pamięta, wszystkie lata zlały się w jedno wielkie, tęskne oczekiwanie. Na co? Nie wiadomo.
Dopóki rządził Stalin, oczekiwała powrotu syna. Myślała – stanie się cud! Zobaczy go na rodzinnym progu i usłyszy tylko jedno słowo: – Mamo!
Nie stał się cud, nie wrócił.
Za Chruszczowa przywykła już do nieobecności Juroczki. Raz czy dwa, nie więcej, zobaczyła go we śnie, jakoś tak niewyraźnie, wyglądał jak cały utkany z mgły. Przyszły czasy Breżniewa – podupadała na zdrowiu, a pracować w kołchozie, wiadomo, trzeba, jak to ludzie mówią, świątek czy piątek.
Sama była na tym świecie, gdzie tylko choroby, smutek, wzdychanie i życie takie krótkie. Dawniej władza mówiła:
– Bądźcie cierpliwi, przyjdzie świetlana przyszłość!
Nie przyszła, chociaż przez tyle lat ją obiecywali. Później władza też przestała o tym mówić. Znikąd nie było pocieszenia.
Męża zabrali jeszcze przed wielką wojną. Przyszli w nocy, kolbami rewolwerów załomotali w drzwi:
– Sobirajties’ z wieszczami!
Nie pozwolili nawet się pożegnać. Więcej go nie zobaczyła. Dzień aresztowania pozostał w jej pamięci tak samo żywy, jak dzień ślubu.
Jacy byli oboje uroczyści i szczęśliwi, kiedy szli zapisać się w Urzędzie. Było z nimi jeszcze tylko dwóch świadków, kolegów męża z wojska. Formalności trwały krótko. Ważna Urzędowa Osoba ogłosiła i mężem i żoną, chociaż oni już dawno przecież nimi byli. Wyszli, popili w domu trochę samogonu, zakąski nie mieli zbyt dużo. Wot i wsio!
Cerkiew, pamięta, już wtedy była zamknięta, przez dziurawy dach deszcze wlewały się bez przeszkód do środka. Nawet nie pomyśleli o ślubie w cerkwi, takim uroczystym jak za cara, z koronami. Zresztą nawet nie mieliby w co się ubrać. Bieda była w całym Związku Radzieckim.
Ciężkie było sowieckie życie, lecz przecież wszyscy wokół żyli tak samo, nie było łatwo, a nikt nie narzekał na los. Najgorzej było za Gorbaczowa. Pierwszy raz ogarnął ją strach o losy ojczyzny. Jak rozwali się Związek Radziecki, kto będzie nam płacił emerytury? Po raz pierwszy, właśnie wtedy, zaczęła się modlić za bezbożne władze, oby tylko przetrwały.
Lubiła wspominać czasy roześmianej młodości. Wtedy wszystko cieszyło. Zaczęła pracować w kołchozie, tutaj poznała swojego męża, przyszedł właśnie z wojska. Wszędzie wtedy wisiały portrety towarzysza Stalina.
Jak galopuje uciekający czas, coraz trudniej złapać oddech. Co się z człowiekiem porobiło? Wydaje się jej jakby dopiero wczoraj pożegnała syna, dając mu z płaczem małą metalową ikonkę. Chroniła ona podczas wojny, tej wcześniejszej, pierwszej, jej ojca. Chciała, żeby i on ją nosił, chociaż sama wówczas nie była jeszcze wierząca, no może nie tak do końca. Niezupełnie wierzyła też w towarzysza Stalina. Wydawał się jej groźny na tych wszystkich portretach. Od dzieciństwa nie ufała ludziom z Kaukazu, mieli opinię podstępnych wrogów Rosjan, udających przyjaciół. Już po jego śmierci słyszała, jak ludzie nazywają go Ludojadem.
Chciała przy pożegnaniu wcisnąć w rękę synowi ikonkę. Juroczka tylko się zaśmiał:
– Mamoczka! Chłopcy się będą ze mnie śmiać. Przecież wiesz – Boga nie ma i nigdy nie było. Jakby był, partia by przed nami tego nie ukrywała.
Nie wziął ikonki. Jaka szkoda. Mógł ją gdzieś schować, tak żeby nikt nie zobaczył, chociażby zawinąć w onuce. Może by wtedy powrócił? Nie ma już łez, żeby płakać, wypłakała wszystkie przez tak długie lata. Nie powrócił z wojny jej syn, nie powrócił Juroczka kochany, jedyny.
Napisali jej urzędowe pismo. Zginął gdzieś w Polsce, daleko na zachodzie, po drodze do Germanii. Nie umiała sobie wyobrazić tamtego kraju. Polsza – czto takoje Polsza? Czy rosną tam takie brzozy, jak u nas?
Mówiono jej tylko:
– Tam wielka bieda panuje. Polakom nie chce się pracować, buntują się, strajkują. Ze Związku Radzieckiego trzeba im chleb przywozić, żeby ich dzieci miały co jeść, z głodu nie poumierały.
U nas cóż, skromnie, ale nikt nie narzeka. Tylko dlaczego my musimy wszystkich karmić – Kubańczyków, Wietnamczyków, Polaków? Mało tego, amerykańscy imperialiści chcieliby nas zniszczyć tylko dlatego, że miłujemy pokój. Co za świat! Dobrze że istnieje Związek Radziecki, inaczej by już dawno ten świat zginął z głodu.
Jej syn spoczywa daleko, w obcej ziemi. Nie wiadomo, czy ma chociaż bezimienną mogiłę?
Mówili jej znający świat: – Polacy nas, Russkich, nie lubią!
Może tam daleko ktoś przyjdzie na jego grób, chociaż i bezimienny.
Gdyby tylko wiedziała, gdzie zginął, na piechotę by tam poszła, mogiłę odnalazła, cerkiewną świeczkę na niej zapaliła.
Mówili jej:
– Polacy straszni ludzie, od Kałmuków gorsi, znacznie gorsi. Pomniki naszych bohaterów faszyści wyrzucają, Amerykanom się wysługują, tacy niby Słowianie. Z nami powinni trzymać się razem przeciwko zachodowi. Myśmy ich wyzwolili, a oni patrzcie, jak nam odpłacają.
Słyszała też, chociaż nie bardzo mogła uwierzyć: – Polaki na Moskwę nawet napadli, naszego patriarchę ubili!
Kiedy się to wydarzyło, nikt nie wie. Dawno, dawno temu, pewnie jeszcze za cara Mikołaja. Jeden taki, co był kiedyś nauczycielem w szkole, mówił jej nawet, że Polacy dwa razy byli zdobywcami na Kremlu. Z Napoleonem też przyszli, faszyści, łupić i gnębić russką ziemię, palić, mordować i gwałcić. Od Tatarów gorsi, nie mówcie mi nawet o nich.
Nie wierzyła mu zupełnie. Wódkę za bardzo lubił i nie wiedział, co mówi. Jakże to możliwe, żebyśmy pozwolili Polakom zająć Kreml? Do tego jeszcze dwa razy? Chyba mu się coś pomieszało, stanowczo za dużo pije. Za to go i ze szkoły wyrzucili. Nie dziwota, jak dzieciom takie głupoty o Polakach i Napoleonie opowiadał.
Inni ludzie, co z nie jednej miski kaszę jedli, też o Polakach źle mówili:
– My ich karmimy, a ani naszą rękę kąsają.
Czasem stara kobieta myśli sobie tak: – Mój syn doszedł do samego Berlina, tam Gitlera ubił i padł zastrzelony w ostatnim dniu wielkiej wojny jako radziecki bohater.
Kiedyś przy spowiedzi ojciec Mikołaj ją pocieszał:

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Tadeusz Wyszomirski

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token